10 Sierpnia 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Zakażone próbki, obietnice bez pokrycia. Tak działają niektóre banki krwi pępowinowej

  • krewpepowinowanowebank.jpg Fot. flickr.com

– W preparacie krwi pępowinowej stwierdzono obecność drobnoustrojów. W praktyce nie dyskwalifikuje to krwi do dalszego przechowywania – list polecony z taką informacją dostali rodzice dziewczynki, którzy jeszcze przed porodem zdecydowali się wykupić dziecku „zdrowotną polisę na życie”. Czyli zainwestować w przechowywanie próbki z krwią będącą źródłem komórek macierzystych. Tyle że nie o przechowywanie próbki, za które trzeba płacić bankowi roczny abonament, chodzi. A o fakt, czy komórki te będą mogły kiedykolwiek być wykorzystane. – Czy pani przetoczyłaby sobie zakażoną krew? – tak odpowiada na moje pytanie oburzony historią prof. Wiesław Jędrzejczak, były konsultant krajowy w dziedzinie hematologii. Bo bank klarownej odpowiedzi na pytanie o sens przechowywania takiej krwi już nie udzielił, spychając odpowiedzialność za decyzję na rodziców. Tych samych, którzy troszczą się o zdrowie swojego dziecka.  – Bank jest zainteresowany przychodami, a nie informacją – dodaje prof. Jędrzejczak.

 

– Cały problem polega na tym, że „wchodząc” w tę umowę nie zostaliśmy poinformowani o tym, że w czasie pobierania krwi albo jej badania może dojść do zakażenia. W umowie, owszem, jest informacja o zakażeniu, ale taka, że bank nie ponosi za nie odpowiedzialności. Dlatego list z informacją o gronkowcu nas zszokował, bo córka urodziła się przez cesarskie cięcie, a zatem na sali operacyjnej, w sterylnych warunkach – mówią rozgoryczeni rodzice.

 

– Nawet jeśli krew miałaby się dziecku nie przydać, dobrze by było, gdyby była czysta i ewentualnie gotowa do użycia. A tak? Zapłaciliśmy 3 tysiące i nie wiemy co robić. Poza tym przywiązaliśmy się do myśli, że zabezpieczymy córkę na przyszłość – mówią rodzice Kasi, którzy wolą pozostać anonimowi. Sprawa jest dla nich delikatna.

 

Boom na krew

 

Ich córka przyszła na świat w połowie roku. W czasie cesarskiego cięcia pobrano próbkę krwi pępowinowej. Jej objętość to 65 ml.

 

Rodzice zdecydowali się wykupić swoistą polisę, bo przekonał ich argument, że krew pępowinowa może być pomocna, gdyby ich dziecko ciężko zachorowało, np. na białaczkę. – W naszych rodzinach były przypadki chorób nowotworowych. Skoro ktoś dawał szansę na to, by w wypadku wystąpienia takiej choroby w przyszłości – zminimalizować jej tragiczne skutki, czy wręcz uratować naszą córkę, to oczywiste było, że z tego skorzystamy – mówią. Zresztą tak samo postąpili dwa i pół roku wcześniej, gdy na świecie pojawił się ich syn.

 

Tylko tym razem wybrali inny bank, podobno najlepszy w kraju. Liczby, którymi bank ten się chwali, rzeczywiście mogą robić wrażenie. Bo chwali się, że zaufało mu już kilkadziesiąt tysięcy rodziców. Wrażenie robi także tabela, z wymienionymi przeszczepieniami komórek krwi pępowinowej w przypadkach ostrej białaczki limfoblastycznej czy ciężkiej anemii aplastycznej.

 

Wykupienie tej „polisy na życie” jednak sporo kosztuje. Konsultantka, która przyjechała do nich do domu, poinformowała o opłatach. Podpisali umowę, w ramach której przed porodem zapłacili więc 880 zł, m.in. za sterylny zestaw do pobrania materiału. Opłata po porodzie, „podstawowa”, m.in. za badania pobranej próbki: 2090 zł. A potem roczny abonament: 780 zł.

 

Po dwóch miesiącach z banku krwi pępowinowej dostali pismo. Z informacją, że ich próbka (prawdopodobnie w czasie pobierania przez oddelegowaną do tego i przeszkoloną przez ten konkretny bank położną, w szpitalu) została zakażona bakterią staphylococcus epidermidis, czyli rodzajem gronkowca. Ten, teoretycznie, w ciele ludzi zdrowych nie sieje spustoszenia. Jednak u chorych, np. zakwalifikowanych do przeszczepu szpiku kostnego, u których wykorzystywano by krew pępowinową – może być śmiertelnie groźny.

 

Zresztą bank sam napisał: „Przeszczepione komórki macierzyste odbudowują szpik kostny, ale może to trwać nawet 6 tygodni. W tym czasie biorca ma obniżoną odporność. Jeżeli preparat z komórkami macierzystymi jest zakażony, istnieje ryzyko, że oporne na antybiotyki drobnoustroje wywołają ciężkie zakażenie u pacjenta”.

 

Jednak, jak dodał później, „opisane ryzyko wystąpienia zakażenia u pacjenta pozbawionego odporności  istnieje także w przypadku podania preparatu jałowego”.

Bo drobnoustroje pochodzące z organizmu pacjenta i spoza niego – także mogą stanowić niebezpieczeństwo, wszak nie ma szans, by całkowicie odizolować pacjenta.

 

Wypowiedzi banku miały klientom uzmysłowić, że medycyna idzie do przodu i być może za kilkanaście lat czy w przypadku konieczności skorzystania z próbki – gronkowiec nie będzie stanowił problemu.

 

Po co przechowywać?

 

Na czacie jednego z banków krwi pępowinowej zadaję konsultantce pytanie: Jak często dochodzi do zakażenia próbki? Np. gronkowcem? I co państwo rekomendujecie w takich przypadkach?

 

Dostaję odpowiedź: W takiej sytuacji to rodzice podejmują decyzję na temat dalszego przechowywania materiału, natomiast zakażenie gronkowcem nie jest przeciwwskazaniem do przechowywania.

 

Dziwne, bo nie o „przechowywanie” przecież chodzi.

 

Dzwonię do osoby odpowiedzialnej za kontakt z mediami. Zadaję te same pytania. I robi się jeszcze ciekawiej: klient jest informowany o zakażeniu. Ma prawo zrezygnować z umowy i zwracana jest mu wtedy opłata podstawowa. Ale proszę pamiętać, że krew jest zamrażana w ciekłym azocie i że w tych warunkach ginie większość bakterii.

 

Wydaje mi się to zaskakujące, więc profesorowi Jędrzejczakowi zadaję pytanie, jak to jest z tym ciekłym azotem, temperaturą –196 stopni Celsjusza i ich wpływem na bakterie?

 

Profesor zaczyna się śmiać.

 

Pani z banku krwi pępowinowej informuje jeszcze, że na Węgrzech przeprowadzono transplantację materiału zakażonego i wszystko zakończyło się happy endem.

 

Publiczny zakażonych nie zamraża

 

Jakiś czas temu zrobiło się głośno o pierwszym polskim Publicznym Banku Komórek Macierzystych w Podzamczu Chęcińskim pod Kielcami. Publicznym, czyli darmowym. Krew przekazywana do tego banku zabezpieczana jest na potrzeby rodziny, która ją przekazuje. Jednak jest też dobrem społecznym i – jeśli okaże się, że będzie mogła służyć innym potrzebującym – także jest wykorzystywana.

 

Pojawiły się informacje, że połowa z próbek zdeponowanych w banku jest zakażona.

 

Dr Michał Piast, dyrektor Regionalnego Centrum Naukowo-Technologicznego informacje co prawda dementuje mówiąc, że z prawie dwustu próbek, które są w banku – tylko 6 zostało zakażonych. Jednak to wciąż 6 rodzin, które w ideę bankowania krwi pępowinowej uwierzyły. – Do zakażenia próbek mogło dojść podczas pozyskiwania krwi. Próbka do nas trafia, dopiero robimy posiew i dowiadujemy się, że jest bakteria. Nie wiem, ile z tych 6 zakażonych próbek, które są w naszym banku – zostało zakażonych w czasie porodu naturalnego, a ile w trakcie cesarskiego cięcia. System zarządzania jakością Publicznego Banku w RCNT nie pozwala nam na mrożenie zainfekowanych próbek – mówi Piast.

 

Dodaje też, że banki komercyjne mogą mieć inne standardy i dopuszczać zamrażanie zakażonego materiału. Wtedy zakażona próbka w dalszym ciągu może być przechowywana w banku. Jeśli pomimo zakażenia zostanie zamrożona, w ślad za tym musi iść dokumentacja. Piast zaznacza, że w przypadku jej użycia biorca materiału musi mieć wdrożoną antybiotykoterapię celowaną w tę bakterię. Bo w czasie podania zakażonego materiału on także zostanie zakażony. – Należy sobie jednak zadać pytanie, co jest ważniejsze: zdrowie, czy życie – podkreśla Piast.

 

Dla profesora Jędrzejczaka odpowiedź na to pytanie jest oczywista.

 

Skutki tylko finansowe

 

Profesor wyjaśnia, że dyskusja o wykorzystaniu zakażonych próbek to dyskusja o przeszczepie komórek macierzystych człowiekowi poddanemu wcześniej wyniszczającej układ odpornościowy chemioterapii. I dlatego tłumaczenia o ciekłym azocie, rozwijającej się medycynie, która może za kilkanaście lat rozwiązać problem, czy antybiotykoterapii stosowanej u pacjentów przed przeszczepem zakażonym materiałem – z  jednej strony bawią, a z drugiej go przerażają. – Nie wiem, czy ci ludzie słyszeli o Agacie Mróz. Nie była przeszczepiana krwią pępowinową, ale była przeszczepiana z infekcją. I wszyscy wiemy, jak to się skończyło – mówi.

 

Poza tym dla profesora Jędrzejczaka, autorytetu w dziedzinie hematologii, sama procedura przechowywania krwi dla konkretnego dziecka nie ma sensu. Bo on, gdyby miał dziecku z białaczką przeszczepić krew pępowinową, wybrałby krew innego dawcy. Bo wtedy występuje pożądany efekt „przeszczepu przeciwko białaczce”. Warto odnotować, że profesor Jędrzejczak przeprowadził w 1985 roku pierwszy w Polsce autologiczny przeszczep szpiku. Czyli polegający na podaniu choremu własnych komórek macierzystych. I wie, co mówi.

 

Zdaniem profesora, parom czekającym na potomstwo sprzedawane są obietnice bez pokrycia. Jedyne pocieszenie – uważa – że poza wydatkiem pieniężnym nie jest to na szczęście szkodliwe.

 

Bo, jak wylicza ekspert: Polska, jeśli chodzi o przeszczepianie krwi pępowinowej, jest czarną dziurą. Tego się u nas prawie nie robi.

 

Po drugie, bankowanie krwi do własnego użytku osoby, która była pierwotnie dawcą, do tej pory nie uzyskało żadnej akceptacji naukowej. Zaś Europejska Grupa ds. Etyki, czyli oficjalny organ doradczy Unii Europejskiej, jak zaznacza profesor – jednoznacznie negatywnie oceniła sens podejmowania takich działań.

 

Po trzecie, ryzyko, że krew pępowinowa będzie kiedykolwiek potrzebna – wynosi 1 do 10 tys., a nawet 1 do 100 tysięcy.

 

I tu kolejne dane. Do tej pory na świecie odnotowano tylko 17 przypadków wykorzystania krwi pępowinowej do przeszczepu autologicznego.

 

Po czwarte, krew pobrana do celów autologicznych jest pobierana w innej technologii. Pobierane jest tyle, ile się da. A w czasie porodu, gdy np. pobranych zostanie 20 mililitrów – porcja ta wystarczy do przeszczepu dla pacjenta ważącego nie więcej niż 6 kg. Zaś u ¼ dzieci, u których białaczka rozwinie się w wieku niemowlęcym – te komórki chorobowe są już w krwi pępowinowej.

 

Kolejna sprawa – do tej pory wskazania do przeczepienia krwi autologicznej u dzieci są ograniczone. Dotyczą w zasadzie tylko nerwiaków zarodkowych i anemii plastycznej, czyli może 20–30 osób w Polsce, u których się te choroby diagnozuje. – Ale i w tym kontekście nie wykazano, że krew pępowinowa jest lepsza niż materiał pobierany później – zaznacza Jędrzejczak.

 

Głupi profesor

 

Do rodziców Kasi jakiś czas temu zadzwoniła nawet pani doktor, hematolog współpracująca z bankiem krwi pępowinowej. I powiedziała, że w zasadzie nie mają jak wnieść roszczeń, bo nikt nikogo za rękę nie złapał. Nie wiadomo, kiedy doszło do zakażenia – choć doszło nie z winy matki, bo gdyby tak było – zakażona byłaby także krew łożyskowa, którą ludzie ci również zdeponowali i jest „czysta”.

 

Szpital mówi, że położne pobierające krew są przeszkolone. I w zasadzie szpital ze sprawą ma niewiele wspólnego, bo to decyzja na linii pacjentka–bank krwi pępowinowej.

Rodzice Kasi myślą o pozwie, jednak jeszcze raz zaznaczają, że nie chodzi im o wyrzucone pieniądze, a o zawiedzione nadzieje.

 

Nawet sceptycznie podchodzący do bankowania krwi pępowinowej profesor Jędrzejczak mówi, że nadziei nie można im odebrać. Wprawdzie w ciągu ostatnich 10 lat w zakresie wykorzystania tego materiału do przeszczepów własnych nie odnotowano postępu, nie wiadomo jednak, co wydarzy się przez kolejne dekady.

 

Jednak radzi rodzicom, by zamiast podążać za modą, wzięli pod uwagę opinie ekspertów.

 

I, z przymrużeniem oka, przytacza historię sprzed lat.

– 8 lat temu zostałem ojcem. Do mojej żony, do szpitala przyszły wtedy panie, które namawiały ją na bankowanie krwi pępowinowej. Ona odpowiedziała, że zdaniem autorytetów to nie ma sensu. A one na to: Rzeczywiście jest taki „głupi” profesor Jędrzejczak.


Warto jeszcze dodać, że jak w ubiegłym roku napisał „Forbes”, przychody największego banku krwi pępowinowej w Polsce przekraczają 70 milionów złotych. W Europie zdeponowanych ma być ok. 500 tysięcy, a na całym świecie 2 miliony próbek krwi pępowinowej. Biznes cały czas rozkwita.

Tagi: krew pępowinowa, bank krwi pępowinowej, zakażenie, gronkowiec, komórki macierzyste, wiesław jędrzejczak, paulina socha-jakubowska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone