21 Lipca 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Wyrok we frankach: Mąż popełnia samobójstwo. Ona zostaje sama z zadłużeniem. Banku to nie interesuje

  • frankicalkiemnowe.jpg

– Napisał, że jest frajerem i że nie dał rady, a potem zacisnął sobie pętlę na szyi. Zostałam sama. Nie wiem, czy zdążę spłacić kredyt, zanim umrę. A świadomość, że zostawię dzieci z długiem, którego nie zaciągały, jest dla mnie nie do zniesienia. Nie chcę nic od państwa, żadnych dotacji. Chcę tylko wiedzieć, na czym stoję. Mieć pewność, że ten rollercoaster się w końcu zatrzyma i będę mogła wysiąść. 39-letnia Barbara Husiew z Piastowa razem z mężem z banku wzięła 260 tysięcy złotych. Po sześciu latach spłacania kredytu jej zadłużenie wynosi 407 tysięcy złotych. – Chcieliśmy mieć tylko własne mieszkanie. Czy to grzech? – pyta. Swoją historię opowiada, bo jak mówi – chce pomóc „sprawie” innych frankowiczów. Pięciuset tysiącom osób z kredytem w szwajcarskiej walucie.

 

Jest połowa 2008 roku. Barbara i jej mąż, Piotr, od znajomej dowiadują się, że sąsiadka obok ma do sprzedania mieszkanie. 57 mkw. Dwa pokoje z kuchnią i ogródkiem. – Mąż miał dom po rodzicach, był jego współudziałowcem. Chcieliśmy spłacić jego siostry, ale one nie chciały się na to zgodzić. Mieszkaliśmy więc w małym mieszkaniu, kupionym po okazyjnej cenie. 40 metrów kwadratowych. Dla trójki robiło się trochę ciasno – mówi.

 

Spotykamy się w jednej w warszawskich galerii handlowych. Barbara właśnie wyszła z pracy. Biurowiec, w którym mieści się jej firma, stoi obok galerii. – Zwykle tu nie bywam. Jest za drogo – podkreśla. Poza tym pensja z jednego etatu nie wystarcza na zobowiązania. Po pracy szybko wraca więc do Piastowa, by na drugim etacie pracować w założonej razem z bratem firmie. – Ale opowiem pani swoją historię od początku – mówi.

 

Kredyt? Tylko CHF

 

Małżonkowie postanawiają sprzedać mieszkanie, by mieć na wpłatę własną. Na mieszkaniu zarabiają 170 tysięcy. To, które chcą kupić, kosztuje 370 tysięcy. Idą do banku po kredyt. – Konkretnego. Bo w tej placówce pracowała żona ówczesnego koordynatora kontraktu, który moja firma miała z tym bankiem. Pomyślałam, że to uczciwy bank, że znajoma osoba tam pracuje – mówi.

 

Ona pracowała w biurze firmy ochroniarskiej.

Mąż w tej samej firmie, tyle że w grupie interwencyjnej.

 

Doradca kredytowy po wstępnej analizie ich zarobków powiedział, że mają zdolność kredytową 400 tys. złotych.
Zadatkowali więc mieszkanie z pieniędzy, które dostali po sprzedaży starego. Dopiero wtedy okazało się, że zdolność, owszem, mają, ale jedynie na franki szwajcarskie. O kredycie w złotówkach nie było mowy.

 

– Co mieliśmy wtedy zrobić? Zadatek wpłaciliśmy, nasze stare mieszkanie zostało wcześniej sprzedane – podkreśla kobieta.
Zaczęli załatwiać formalności kredytowe. Pod koniec października 2008 roku podpisali umowę z bankiem. Na początku listopada bank wypłacił sprzedającym mieszkanie pieniądze. 260 tysięcy.

 

Mieszkanie kosztowało w sumie 370 tysięcy. Nadwyżka pozwoliła im kupić nowe meble, zrobić remont. Chcieli zacząć wszystko od nowa. Jak młode małżeństwo. Chociaż nim już wtedy nie byli. Ona miała 32 lata. Mąż 35. Ich syn 12.

 

– Jedyne, co udało mi się wtedy wynegocjować, to możliwość ominięcia spreadu. Ustaliłam, że sama będę wpłacała franki na konto. Nie bardzo chcieli się na to zgodzić, ale w negocjacjach pomogło to, że bank był klientem mojej firmy. A ja się nim opiekowałam – wyznaje.

 

Nowy początek

 

Ze sprzedającymi Barbara i jej maż umówili się, że do nowego mieszkania wejdą 31 stycznia 2009 roku. – Myśleliśmy, że czeka nas nowe otwarcie. Przez pierwsze 3–4 miesiące rzeczywiście było świetnie. Ale potem problemy zaczęły narastać. Mąż przestał mi dawać pieniądze na kredyt. Miałam do niego o to pretensje. I o to, że kłopoty próbował leczyć zaglądając do kieliszka – opowiada.

 

Na początku ich miesięczna rata wynosiła 625 franków. Przy kursie 2,30. – Tyle tylko że pod koniec 2008 roku wybuchł kryzys. Zaczęła się huśtawka. W naszym życiu też. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. W końcu, w grudniu 2009 roku, po roku od wzięcia kredytu, spróbowałam wstrząsnąć mężem. Sprawić, żeby zaczął myśleć racjonalnie, zadaniowo. Powiedziałam mu: „Piotrek, tylko żebyś nie zrobił nic głupiego. Mamy dziecko, wspólne zobowiązania”. Odpowiedział: „Basiu, ja o tym wiem”. Trzy dni po tej naszej rozmowie sąsiad znalazł go w domu jego rodziców. Wisiał. Zanim zacisnął pętlę, napisał list pożegnalny. A w nim: „„Przepraszam. Nie dałem rady. Jestem frajerem” – opowiada kobieta.

 

Dziś przyznaje, że nie wie, co tak naprawdę ten list miał oznaczać. – Jest pani pewna, że chodziło o kredyt, zadłużenie? Nic innego się nie działo? – pytam.

 

– Niczego nie jestem już pewna. Ale odkąd wzięliśmy kredyt, było coraz gorzej. Gdy odbierałam jego rzeczy, w plecaku, który zabierał ze sobą do pracy, znalazłam kserokopię aktu notarialnego kupna mieszkania. Do dziś zastanawiam się, po co była mu ta kopia? Czy przed śmiercią był w banku? Po co mu to było, skoro wszystkie dokumenty leżały skompletowane w domu…

Barbara dodaje, że syn miał wtedy 13 lat. I że ojciec był mu bardzo potrzebny.

 

– 3 miesiące po śmierci męża spotkałam się z jego najstarszą siostrą. Poprosiłam, by mnie spłaciły. Nie chodziło tak naprawdę o mnie, a o mojego syna. Jej chrześniaka. Odmówiła. Siostry męża twierdzą, że to ja jestem winna jego śmierci. Że to przeze mnie postanowił umrzeć. Zaraz po śmierci Piotra na portalach społecznościowych obrzucały mnie epitetami. Może to rzeczywiście jest moja wina? Może mają mi za złe, że jego zachowanie oceniam jako skrajnie nieodpowiedzialne? Ale co innego mogę powiedzieć? Sam się uwolnił od problemów.

 

Bank. Pierwsze podejście

 

Kobieta wzięła do ręki umowę kredytową. Chciała zobaczyć, jak wygląda sytuacja z ubezpieczeniem kredytu. Wszyscy dookoła mówili jej przecież, że przy tak dużej wpłacie własnej nie powinna mieć problemu z wyjściem z dramatycznej sytuacji. Że połowę kredytu, zaciągniętą tak jakby przez jej męża, spłaci ubezpieczyciel.

 

– Byłam pewna, że kredyt jest ubezpieczony. Gdybym wiedziała, że nie jest – wykupilibyśmy takie ubezpieczenie. Wcześniej bałam się nawet kupować meble na raty. Poszłam więc do banku pewna, że problem długu choć w połowie zostanie rozwiązany. Wyszłam – zdruzgotana. Tak zaczął się mój wyrok – opowiada.

Barbara na pół roku wykupiła ubezpieczenie, bo była przerażona, że coś jej się stanie i syn zostanie z długiem. Ale po tym czasie z ubezpieczenia zrezygnowała. Płacenie dodatkowych 78 franków miesięcznie przerastało jej możliwości.

 

Zarabiała wtedy 1700 zł. Na szczęście jej mąż był w pracy ubezpieczony. Ubezpieczyciel wypłacił jej połowę kwoty ubezpieczenia, czyli 25 tysięcy złotych. Te pieniądze pozwoliły jej na rok spłaty kredytu. Miała spokojną głowę.

 

Mówi, że gospodarowała tym, co miała. By zagwarantować dziecku normalne życie.

Ale po roku zaczęły się problemy. Skończyły się pieniądze z ubezpieczenia. Syn dostał co prawda po ojcu rentę, 800 zł. Ale to były jedyne pieniądze, jakie w dwójkę mieli na przeżycie miesiąca. Pensja Barbary szła na kredyt.

 

Wakacje kredytowe

 

– Potem wyczytałam, że mam prawo do trzykrotnej karencji w spłacie kapitału. Ale odsetki muszę spłacać. Był początek 2011 roku. Napisałam pismo. Bank odroczył mi spłatę na 3 miesiące. I w ciągu roku wykorzystałam wszystkie trzy możliwości – wspomina.

 

Po tym czasie zaczęła wyprzedawać złoto, które miała w domu. Zaproponowała nawet, by bank odkupił jej udziały w domu rodzinnym męża. Dyrektor placówki się nie zgodził. Bo na co mu kawałek domu. – Pytali, co mieliby z tym zrobić – wspomina.

 

W końcu bank zaczął grozić, że wypowie umowę. – Błagałam, by zaległości rozłożyli na raty i doliczyli do kolejnych przeze mnie spłacanych. Na to też nie przystali. Żadna restrukturyzacja kredytu również nie wchodziła w grę. Nic do nich nie docierało. Dzwoniłam, pisałam e-maile. Wysyłałam pisma. Przez przypadek znalazłam wywiad z Krzysztofem Oppenheimem. Umówiłam się na spotkanie. Zaproponował mi pomoc – wyznaje. Nie miała jednak wystarczająco dużo pieniędzy, by z niej skorzystać.
Minęły kolejne trzy miesiące. Barbara nie płaciła rat. Bank przysłał jej pismo, w którym zapowiedział, że wypowie umowę. Był początek 2013 roku.

 

Poszła więc do dyrektora, prosiła o restrukturyzację kredytu. Błagała, by pomogli znaleźć rozwiązanie. Wyjątkowo wydłużyć okres spłaty kredytu, bo jej sytuacja się radykalnie zmieniła. – Prosiłam, by wydłużyli do 35 lat spłatę mojego kredytu, by rata się zmniejszyła. Ale oni nie słuchali jej próśb.
Ostatecznie kobieta sprzedała samochód, by oddać bankowi pieniądze. Ostatnią cenną rzecz, którą jej została. Za część uzyskanej kwoty, w rozliczeniu, musiała wziąć mniejsze auto. By móc jeździć na rehabilitację z córką.

 

Tragedia równoległa

 

Bo dwa lata po samobójczej śmierci męża Barbara poznała mężczyznę. Przyjaciółka zaprosiła ją do siebie, do Niemiec. Tam po raz pierwszy spotkała się z „przyjacielem rodziny” jej znajomej z Polski.

– Zaszłam w ciążę. Córka urodziła się z okołoporodowym porażeniem splotu ramiennego. Jej ojciec za chorobę obwinia mnie. Twierdzi, że gdyby córka urodziła się w Niemczech, lekarze nie popełniliby błędu. Ale nigdy propozycja porodu czy mieszkania w Niemczech z jego ust nie padła – wyznaje.

 

Niemiec swoją córkę pierwszy raz zobaczył, gdy mała miała tydzień. Potem, gdy miała półtora roku. Trzeci i ostatni raz – gdy miała dwa lata.

Mimo zasądzonych alimentów, dużych – bo ma płacić 1100 złotych – Barbara nie dostaje grosza. W czerwcu doczekała się prawomocnego wyroku sądu z klauzulą natychmiastowej wykonalności. A że Polski komornik nie ma nad Niemcem żadnej władzy, w rolę komornika wchodzi sąd okręgowy. Kobieta złożyła w sądzie wszystkie dokumenty. Te mają trafić do sądu odpowiedniego dla jego miejsca zamieszkania w Niemczech.

Niemca będą windykować, o ile będą mieli z czego. Dwa lata temu pisał Barbarze, że stracił pracę. Gdy raz pojechała do niego z córką, musiał do sąsiadów chodzić, żeby pożyczyć trzy ziemniaki, bo nie miał na obiad dla dziewczynki.

 

Poświęcenie dla dziecka

 

O swoim nieudanym związku Barbara nie chce mówić dużo. Była samotna, poznała mężczyznę. Ten obiecywał jej złote góry. I stało się.
Jednak choroba córki uniemożliwiła jej pracę. – Pierwsze trzy lata jej życia poświęciłam staraniom, by odzyskała władzę w ręce. Miesiąc ćwiczeń w domu, trzy tygodnie na turnusie rehabilitacyjnym. Gdy skończyła rok, przeszła operację dzięki temu, że z grupą przyjaciół udało nam się zebrać 6 tysięcy euro. O ironio – była operowana w Niemczech.

Ale jej tata o tym nawet nie wiedział – wspomina.

 

Najpierw była na macierzyńskim. Potem na wychowawczym. Szefostwo poszło jej na rękę. Pracowała w domu. Pisała pozwy sądowe przeciwko dłużnikom…
Znajoma zaproponowała, że może jej załatwić pracę w Nadarzynie. – Sprzątałam biuro. Zaprzyjaźniony ksiądz zaoferował mi, że raz w tygodniu mogę przyjeżdżać na plebanię prać rzeczy księżom i gotować im, a drugi raz – żeby prasować. To nie jest tak, że z założonymi rękami czekałam, aż ktokolwiek przyjdzie mi z pomocą. Jestem nauczona, że na wszystko trzeba sobie zapracować. Że nikt mi nic nie da – mówi.

 

Niestety, nawet te starania i kilka dorywczych zajęć, nie wystarczyły, by spłacać wszystkie zobowiązania.

 

– Był taki okres, kiedy byłam na wychowawczym, że nie płaciłam czynszu za mieszkanie. Po opłaceniu rat i kredytu, zostawało mi 400 złotych na życie. Z tego musiałam opłacić benzynę, by z dzieckiem móc jechać do Dziekanowa, do szpitala, na rehabilitację. Za gaz i światło musiałam płacić. Żeby dzieci nie marzły i syn mógł się uczyć. A potem miałam do wyboru. Zapłacić czynsz, 310 złotych, czy dzieciom kupić jedzenie. Zrobiłam sobie dług, prawie 10 tysięcy złotych we wspólnocie. Nie płaciłam ze dwa lata. Dostałam pismo od komornika, że zajął mi konto. Mimo że zobowiązałam się do zapłacenia w konkretnym terminie. Czekaliśmy na przelew od ubezpieczyciela – opowiada.

 

Dopiero gdy syn dostał swoje pieniądze z odszkodowania po śmierci ojca, 25 tysięcy złotych – Barbara połowę tej kwoty zaniosła do wspólnoty mieszkaniowej. Bo doliczono koszty komornicze i odsetki od czynszu.

 

Równolegle cały czas próbowała przekonać bank, by przystał na renegocjację warunków.

 

Bo jej pensja wciąż wystarczała tylko na ratę. Renta syna – na jego szkolne wydatki i życie rodziny. 153 złote zasiłku rehabilitacyjnego, które Barbara dostaje na córkę, to tylko kropla w morzu potrzeb dziewczynki.

 

Na szczęście mała jest podopieczną fundacji zajmującej się dziećmi z porażeniem splotu ramiennego. – Rehabilitacja jest kontynuowana tylko dlatego, że na koncie fundacji są pieniądze dla mojej córki. Rehabilitantka przychodzi, wystawia fakturę, fundacja płaci.

 

Dwoje dzieci bez ojca

 

W styczniu tego roku rozpoczął się kolejny dramat w życiu Barbary. Szwajcarski bank centralny ogłosił bowiem uwolnienie kursu własnej waluty wobec euro. Dla kredytobiorców oznaczało to tyle, że za franka trzeba było zapłacić już ponad 4 złote.

 

Ale kobieta podbudowana kontaktem z ruchem „Pro futuris”, pomagającym oszukanym i oburzonym kredytobiorcom, po raz kolejny poszła do banku. Spytała, co mają jej do zaoferowania.

 

Tym razem była bardziej stanowcza. Bo zdenerwowana i wyedukowana dzięki pojawiającym się w tym czasie publikacjom. – Ale pani z uśmiechem na twarzy odpowiedziała, że mogą mi przewalutować kredyt po kursie z tego konkretnego dnia. Ale po kursie NBP. W nerwach odpowiedziałam jej: „Spotkamy się w sądzie”. A ona ironicznie: „Niech pani próbuje”.

 

Czeka pani na zmianę na scenie politycznej? – Propozycja PO mnie chyba nie obejmie. W proponowane przez PiS przewalutowanie kredytu po kursie z dnia jego zaciągnięcia – zwyczajnie nie wierzę. Zresztą nie wierzę żadnej sile politycznej. Nie wierzę w ani jedno słowo padające w czasie wieców wyborczych. Dla banków wciąż jesteśmy zieloną wyspą. Rząd pilnuje ich interesów, a nie ludzi, którzy płacą im pensje – mówi rozgoryczona.

 

Dożywocie we franku

 

– Co mogę dzisiaj zrobić? – pyta kobieta.
Mówi, że rodzina jej nie pomoże. Ma tylko brata bliźniaka, z którym zresztą od jakiegoś czasu prowadzi firmę budowlaną. Dzięki niej miesięcznie do podziału mają 4–5 tysięcy złotych. Z siostrą nie utrzymuje kontaktu. Ojciec zmarł jak miała trzy lata. Mama zmarła dwa lata temu.

 

Mogłaby iść do sądu, walczyć o swoje pieniądze z domu rodzinnego męża. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale na to też potrzeba pieniędzy.

 

Mówi, że gdyby miała gdzie iść z dziećmi, powiedziałaby, żeby bank sobie zabrał to mieszkanie. Ale nie ma gdzie się podziać.

 

W lotto gra tylko czasem, zaraz po pensji.

 

– Nie jestem oszustem, krętaczem, cwaniakiem. Po prostu chciałam mieć swoje mieszkanie. Dziś nawet praca traci sens. Miesięczna pensja wystarcza tylko na to, by opłacić rachunki. Własne dzieci skazałam na ekonomiczną porażkę. Dla mnie to jest najgorsze. Teraz mam jeden przelicznik: tygodniowy wyjazd nad morze z dzieckiem, to rata kredytu. Wszystko przeliczane jest na te cholerne franki.


Post scriptum

 

W czerwcu tego roku 35-latek z Bielska-Białej – który przez kredyt we frankach wpadł w spiralę zadłużenia – odebrał sobie życie wykorzystując fakt, że jako ochroniarz jednostki wojskowej miał dostęp do broni. Zostawił 6-letnią córkę i żonę, która odziedziczyła po nim dług. 400 tysięcy złotych.

 

– Ile jest takich historii? Nie wiadomo. Bo nie zawsze motywacja samobójców jest jasna, poza tym nawet jeśli jest, rodziny nie ujawniają dramatów. Ale samobójstwa to nie wszystko. Wiele osób przez kredyt we franku szwajcarskim znalazło się w zakładach psychiatrycznych – mówi Tomasz Sadlik, prezes stowarzyszenia „Pro futuris”.

– Wie pani, co o takich historiach ludzie piszą na forach? Że tylko idioci brali kredyty we frankach – mówię Barbarze.

– Jeżeli idiotami są wszyscy ci, którzy nie mogąc liczyć na spadek po bliskich zadłużyli się, by mieć własne mieszkanie, to ja też jestem idiotką – odpowiada Barbara.

Tagi: kredyt we frankach, CHF, banki, zadłużenie, samobójstwo, mieszkanie

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone