30 Września 2015

Terroryzm
1IP.jpg
autor: Izabela Smolińska, Paulina Socha-Jakubowska

Urząd ds. Cudzoziemców uczy: jak nie mówić o uchodźcach

  • image2.JPG Duma ośrodka. Tak wyglądają pokoje w wyremontowanym skrzydle placówki
  • image1.JPG Dębak - ośrodek recepcyjny
  • image3.JPG Remont w drugiej części ośrodka potrwa jeszcze kilka miesięcy

Dzisiaj trochę propagandowo pokazujemy to, co mamy nowego – wita poufale dziennikarzy Bożena Myszak, dyrektor z podwarszawskiego Dębaku. To ośrodek recepcyjny; tu uchodźcy są rejestrowani po raz pierwszy i tu też wracają, jeśli mają pecha, że zostaną złapani na próbie wyjazdu z Polski. I właśnie tu, na zaproszenie podlegającego Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Urzędu ds. Cudzoziemców na szkolenie zostali zaproszeni dziennikarze. Administracja rządowa postanowiła bowiem zareagować na to, co w związku z trwającym od tygodni kryzysem imigracyjnym pojawia się w mediach. I przeszkolić przedstawicieli redakcji, jak właściwie postrzegać sprawę i oddzielać „fakty od mitów o uchodźcach”. – Oczywiście piszcie państwo, co i jak chcecie – rzucają, żebyśmy nie poczuli się nieswojo.

 

Jako że część środowiska dziennikarskiego ideę szkolenia nazwała „urabianiem” dziennikarzy i „desperackim krokiem” MSW fundującego mainstreamowym pismakom darmową wycieczkę i obiad na koszt państwa, nie mogło nas tam nie być.

 

Na poważnie – byłyśmy ciekawe, co administracja państwowa ma w tej sprawie do powiedzenia, jak rozkłada akcenty. Liczyłyśmy na pogłębioną dyskusję, na to, że uda się zadać pytania i uzyskać odpowiedzi. Poruszyć wątki, na które na co dzień w medialnych rozważaniach brakuje miejsca. Okazało się jednak, że talon na obiad był jedyną rzeczą, która była w Dębaku nie na pokaz. Z małym zastrzeżeniem. Bo mimo zapewnień, że „jemy zupełnie jak uchodźcy”, dostajemy szklanki i pieczołowicie wypolerowane sztućce, owinięte w gustownie złożone serwetki. Stołowe akcesoria chowane są pod ladę natychmiast po tym, jak siadamy do stołów. Uchodźcom kuchnia wydaje posiłki mniej finezyjne w formie. A szklanki zastępują plastikowe kubki.

 

Każdy może być uchodźcą”

 

Kilkunastu dziennikarzy, rzeczniczka Urzędu ds. Cudzoziemców, Ewa Piechota, wspomniana wcześniej dyrektor ośrodka, Somalijczyk – uchodźca od blisko 20 lat mieszkający w Polsce, trzyosobowa delegacja z MSW i dwie przedstawicielki Polskiego Forum Migracyjnego. To one prowadzą warsztaty.

 

Atmosfera w Dębaku niemal rodzinna. Część dziennikarzy jest dobrze znana załodze. Co jakiś czas prosi się ich więc o odnotowanie, jak dużo w ośrodku się zmieniło i ciągle zmienia. Oczywiście na lepsze.

 

Szkolenie składa się z dwóch części. W czasie pierwszej, teoretycznej, wyjaśniana jest np. różnica między „uchodźcą” a „imigrantem” (co na wszelki wypadek zostaje wyraźnie rozrysowane na planszy, za pomocą matematycznych zbiorów). Punkt drugi to zabawa psychologiczna. Żeby obudzić w nas uczucia. Przede wszystkim te spójne z uczuciami uchodźców. „Każdy może w mgnieniu oka stać się uchodźcą” – słyszymy. Ze swoich przeżyć zostaniemy później odpytani.

Podzieleni na grupy, wcielamy się w role uchodźców. Członków rodzin migrantów. Czujemy się trochę jak w szkole, ale nie chcemy psuć planu. Odgrywamy więc posłusznie scenkę – udajemy, że przekroczyliśmy granicę i trafiamy na bezpieczny teren do bliżej nieznanego nam kraju. Służby graniczne wydają dyspozycje w języku, którego większość z nas nie rozumie. Mamy wypełnić jakieś formularze. Dostajemy do picia wodę. Stoimy, czekamy. Otoczeni liną imitującą ogrodzenie punktów na granicach, na których przetrzymywani są migranci. Ściśnięci, mamy poczuć się jak oni, zdezorientowani przybysze z Bliskiego Wschodu. Mamy poczuć, że tracimy kontrolę nad sytuacją, poczuć zagubienie, strach, narastającą w grupie frustrację wynikającą z nieznajomości reguł panujących w kraju, w którym szukamy schronienia. Wreszcie ma narastać w nas agresja i zdenerwowanie. Gra trwa około kwadransa.

 

Potem widzimy piramidę potrzeb uchodźców. W gruncie rzeczy – rozbudowaną piramidę Maslowa. Obracamy się wokół sfery uczuć i lęków. Mijają kolejne minuty. Skupiamy się tylko na emocjach uchodźców (nawet nie imigrantów, bo różnica między jednymi a drugimi raz wyjaśniona, w czasie warsztatów jednak się zaciera). Nie pada za to ani słowo o tym, co rozpala emocje Polaków najbardziej – o obawie przed rosnącym wraz z przyjęciem uchodźców zagrożeniem bezpieczeństwa. Zupełnie jakby problemu nie było. Twarz uchodźcy, według Urzędu ds. Cudzoziemców, jest tylko przerażona, zagubiona i bezbronna.

 

Sporo uwagi poświęca się natomiast innej kwestii – problemowi asymilacji i integracji. A w zasadzie temu, jak postępować, żeby przybywający do Polski czuli się u nas dobrze i komfortowo. Jak postępować, żeby nie zmuszać ich do przyjmowania polskich norm kulturowych. I jak my, Polacy, powinniśmy uczyć się otwierać na wielokulturowość.

 

Słyszymy także, że podejście humanitarne do problemu kryzysu migracyjnego polega na tym, że lepiej dać status uchodźcy jednej osobie za dużo, niż przyznać o jeden za mało. I że błędy i złe rozpoznanie sprawy, oczywiście, zdarzają się, ale że to normalne. Poza tym rzeczniczka urzędu zapewnia, że w historii jego działania było ledwie kilkadziesiąt przypadków odbierania statusu uchodźców już po ich nadaniu, czyli przyznanych bezzasadnie lub w oparciu o nieprawdziwe dane.

 

Nasi podopieczni”

 

Dostajemy też informację, że w ośrodku są cudzoziemcy, z którymi śmiało możemy rozmawiać. Namawiała do tego dyrektor Myszak, od 15 lat pracująca w Dębaku, nazywająca uchodźców „swoimi podopiecznymi”. Pracownicy chętnie wskazują dziennikarzom konkretnych „podopiecznych”, dobrze wypadających przed kamerą. Mają też gotowe formularze zgody na publikację wizerunku, tylko do podpisu. Sama dyrektor zapowiada, że nie udzieli żadnego wywiadu. I prosi, żeby nie nagrywać jej w czasie oprowadzania po ośrodku, co w wypadku szkolenia organizowanego dla dziennikarzy może jednak wydawać się nieco dziwne.

 

Tak naprawdę, jedyną konkretną informacją, jaką otrzymujemy, jest ta o procedurach przyjmowania kwoty migrantów, jaką wynegocjowaliśmy w Brukseli. Uchodźcy przyjadą do Polski w trzech grupach. Pierwsza – licząca 900 osób – zostanie wyselekcjonowana w listopadzie w Libanie. Casting przeprowadzi delegacja składająca się z przedstawicieli Urzędu ds. Cudzoziemców, Ministerstwa Pracy I Polityki Społecznej i funkcjonariuszy straży granicznej. Misję tę nazwano rekonesansową. Ludzie, którym Polska ma przyjść z pomocą, jak się przynajmniej zakłada, mają już doświadczenia w kontaktach z UNHCR, czyli ONZ-owską jednostką ds. uchodźców. I – co kluczowe – mają wyrazić chęć przyjazdu do Polski.

Druga grupa to uchodźcy już zarejestrowani w Grecji albo we Włoszech, oczekujący na relokację w tzw. hotspotach, czyli obozach przejściowych. To, jak wynika z rządowych obliczeń, ok. 5900 uciekinierów z krajów owładniętych wojną. Ich, w przeciwieństwie do grupy z Libanu, nie dotyczy dowolność wyboru miejsca, do którego trafią. Chociaż mają prawo odwoływać się od decyzji, że będzie to Polska.

 

Trzecia grupa przyjmowana przez Polskę to tzw. grupa szczególnie wrażliwa: kobiety, matki z dziećmi i chorzy. Wszyscy ci, którym trzeba będzie dać schronienie natychmiast.

 

Kolejka po rozmowę

 

Jako że już wkrótce część z nich trafi do Dębaku, dyrektor chce nam pokazać, jak bardzo ośrodek jest na nowych lokatorów przygotowany. Niczym szkolna wycieczka, oglądamy pokoje i korytarze w dopiero co wyremontowanym skrzydle. Kierownik placówki zachęca do fotografowania efektów pracy ekipy remontowej. Niczego nie ukrywa. Pozwala nawet zajrzeć do pań pielęgniarek popijających kawę w pokoju lekarskim. Pełna transparentność. I tylko gdy nieopatrznie wspomina, że mieszkańcy ośrodka dewastują toalety, wyłamują drzwi i rozbijają szyby w oknach, że wyrywają krany, a później próbują zrzucać winę na własne dzieci i m.in. dlatego trzeba wszystko regularnie remontować, rzeczniczka urzędu na moment przejmuje inicjatywę. Przypomina, że to lęk, frustracja, że to ludzie poirytowani swoją życiową sytuacją. Bywa, że po traumie. Mamy przypomnieć sobie swoje uczucia, kiedy staliśmy ściśnięci w wytyczonym liną kręgu.

 

Po zwiedzaniu pora na spotkania indywidualne. Można spotkać się i porozmawiać z uchodźcami. Spontanicznie. Do tych „najfajniejszych” ustawia się kolejka. Do pani, która „ma sporo uchodźczych doświadczeń”, byłybyśmy chyba dopiero trzecie. Nie korzystamy.


 

Mówić, żeby nie powiedzieć


 

Efekt warsztatów? Ci, którzy zajmują się tematem uchodźców, nie dowiedzieli się niczego nowego. Ci, którzy się nim nie zajmują, nie mieli możliwości pogłębienia swojej wiedzy. I tym samym dalej pewnie będą poruszać się pomiędzy prawdą „wszyscy uchodźcy to mili, biedni ludzie, spragnieni spokoju i domu dla rodziny" – głoszoną przez zwolenników – i „na Europę idzie armia mężczyzn w sile wieku, by niszczyć naszą kulturę" – powtarzanym przez przeciwników integracji.

Tym, czego zabrakło, była merytoryczna dyskusja. I porady bardziej profesjonalne aniżeli „pokażcie, państwo, człowieka, jego emocje". Zabrakło konkretów. Odpowiedzi na pytania kto i w jaki sposób zadba o bezpieczeństwo Polaków, jak weryfikowana będzie wiarygodność opowiadanych przez migrantów historii, jeśli nie mają żadnych dokumentów. Gdzie będą mieszkać, gdzie pracować, co stanie się z nimi po upływie roku, kiedy wyjdą spod kurateli ośrodków dla uchodźców. I wreszcie jaką rząd ma kryzysową strategię. Bo tłumaczenia, że „przecież w Polsce 15 tys. muzułmanów, więc kolejnych 6 tys. nawet nie zauważymy” albo że dzięki nim budżet państwa zyska, bo przecież konsumpcja będzie rosła – raczej nie przekonają im niechętnych.

 

Jeśli szkolenie nauczyło nas czegokolwiek, to tego, jak o uchodźcach nie mówić.

Tagi: uchodźcy, Bożena Myszak, Dębak, Urząd ds. Cudzoziemców, ośrodek recepcyjny, rejestracja, warsztaty

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone