01 Sierpnia 2015

Terroryzm
1280x852.jpg
autor: Izabela Smolińska

To nie jest kraj dla bohaterów. Codzienna walka byłych powstańców warszawskich

  • pap2015080102N.jpg Warszawa, 01.08.2015. Premier Ewa Kopacz podczas uroczystości przy Pomniku Mokotów Walczy 1944, upamiętniających powstańcze walki na Mokotowie. PAP/Leszek Szymański

Schorowani, często samotni, żyją w biedzie. Wyciągani z cienia na chwilę, w rocznicę 1 sierpnia, zaraz znowu do niego wracają. – W kolejce musi odstać każdy, proszę nie machać książeczką PKP – słyszą u lekarza. Więc stoją i czekają. I nigdy się nie skarżą.

 

– Mamę jak worek ziemniaków wrzucili do karetki, a potem jak worek ziemniaków zostawili przed domem. O 1.40 w nocy obudził mnie telefon z pretensją: „Mamy tu pacjentkę, pacjentka nie ma kluczy” – opowiada Wojciech Konieczny. Rano do prawie nieprzytomnej mamy wezwał karetkę. Cały dzień spędził z nią w szpitalu. Po 23.00 lekarze wysłali go do domu, zapewniając, że kiedy będą już wyniki badań, zadzwonią i go powiadomią. – Przywieźli mamę przywiązaną do fotelika, położyli do łóżka i zostawili. A była w takim samym stanie, jak wtedy, kiedy ją zabrali. Może tylko trochę „podrasowana”, jak to się robi ze starymi samochodami, które chce się sprzedać, chociaż wiadomo, że wszystko w nich jest do wymiany. Rano stan mamy znowu się pogorszył. Było tak samo, jak przed zabraniem jej – mówi wzburzony.

 

Nie stresujmy starszej pani

 

Mama pana Wojciecha, Emilia Nogaj-Adamowicz, ma dziś 88 lat. 71 lat temu, 1 sierpnia, miała 17. W powstaniu była łączniczką. Trzy tygodnie temu trafiła do szpitala. Bardzo słaba, nie mogła podnieść się z łóżka Nie była w stanie chwycić nic w rękę, nie mówiła, bo plątał się jej język. Już dzień wcześniej, kiedy pojawiły się pierwsze symptomy złego samopoczucia, Konieczny zadzwonił po pogotowie. Usłyszał jednak, że po co będzie starszej pani fundował stres, nich poczeka i że jeśli będzie naprawdę źle, niech zadzwoni znowu.

Zadzwonił. W szpitalu powiedział też, że mama jest kombatantem wojennym i wyjął jej książeczkę. Usłyszał, że to nie jest przedmiotem wywiadu chorobowego i że ma nie machać zniżką na PKP. – Ja nawet nie wiem dobrze, za co i jakie mama ma ordery, nie znam tych wszystkich nazw. Gdybym potrafił je wymienić, po mamę też przyjechałaby specjalna karetka, jak po pana Jaruzelskiego albo pana Kiszczaka. I po tych, co się najarają mocarzem. W czasie tej trzytygodniowej batalii o to, żeby ktoś się wreszcie porządnie zajął mamą, już nawet z nią żartowałem. Mówiłem: „Mama, czekaj, pójdę na Pomostową, kupię trochę tego mocarza, ty się najarasz i gotowe”. Czułem się bezsilny – opowiada Konieczny.

Pani Emilia najprawdopodobniej mała lekki udar. W szpitalu jednak nie chcieli położyć jej na badania. Odesłali do domu z diagnozą: „nieżyt górnych dróg oddechowych”. A trzy dni później przepisali dziesięć dni zastrzyków na za zakrzepicę, bo bardzo spuchła jej ręka. Dopiero prywatny lekarz stwierdził, że zakrzepu nigdy nie było, ale że najłatwiej było rzucić właśnie taką diagnozę, bo prawdziwe dolegliwości pani Emilii wymagałby zbyt długiego i skomplikowanego leczenia.  Na pocieszenie Konieczny usłyszał tylko, że to kłucie mamy nie było takie do końca bezsensowne, bo jak leżała ze stanem zapalnym w domu, nie w szpitalu, zakrzep mógł się rzeczywiście zrobić.

Sprawę nagłośniła na Facebooku kuzynka Emilii Nogaj-Adamowicz, dziennikarka radiowa Ewa Wanat. I bardzo szybko pod jej wpisem pojawiła się lawina komentarzy osób, które z podobną sytuacją spotykały się nie jeden raz.

 

Każdy musi odstać w kolejce

 

– Moja mama się nie skarży – opowiada Cezary Harasimowicz. W czasie wojny trzy razy stała pod murem do rozstrzelania W powstaniu też była łączniczką. Dziś ma stopień podporucznika AK. I tę nieszczęsną książeczkę kombatancką, upoważniającą do korzystania z opieki zdrowotnej poza kolejką 

– Przerabiałem z nią tę książeczkę nie raz – mówi syn łączniczki. – Przyszliśmy do przychodni, mama przy okienku w recepcji powiedziała, że dzwoniła, że ma prawo być obsłużona poza kolejnością. „Tutaj wszyscy są tacy, proszę się ustawić w poczekalni” – usłyszała. Zawstydziła się, wbiła oczy w podłogę. Dopiero kiedy recepcjonistka spojrzała na mamę, zobaczyła, jak bardzo jest schorowana, że jeździ na wózku, zrobiło się jej chyba trochę głupio. Powiedziała, że możemy podejść do gabinetu. Ale wtedy ja już nie wytrzymałem i odparowałem, że dziękuję, że postoimy jak wszyscy tutaj – mówi Harasimowicz. I dodaje: – I tak jest notorycznie. Ci starsi ludzie wstydzą się, czy wręcz boją poprosić o coś, co się im należy, bo wszędzie spotykają się z taką samą reakcją. Ale co tam, niech Voo Voo na kolejnym koncercie w kolejną rocznicę zaśpiewa kolejną piękną piosenkę. I zorganizujmy sobie jeszcze jeden bieg. Oczywiście dla powstańców.

Mama pana Cezarego, Krystyna Królikiewicz, aktorka, pokolenie Kolumbów, rocznik 1921, i tak ma – można powiedzieć – lepiej. Ma syna, rodzinę, która się nią zajmie, może pomóc. Chociaż nie uchroniło jej to przed nieprzyjemnościami. Rok temu opiekunka, która miała się nią zajmować, okazała się oszustką. Okradła ją. I mimo że miała już wyrok w zawieszeniu i wiadomo, gdzie mieszka, nie jest nawet poszukiwana przez prokuraturę. – Mama strasznie to przeżyła. Ale jest osobą, która się w ogóle nie skarży. Jest szczęśliwa i dumna z tego, w jakim kraju żyje. Ciągle podkreśla, ile w życiu przeżyła i że doczekała wolnej Polski. I w ogóle nie uznaje, że coś się jej należy.

 

Mamy, co mamy

 

To jest charakterystyczne dla powstańców. Nie są roszczeniowi. Twierdzą, że inni mają gorzej, że oni sobie radzą. A nawet kiedy jest bardzo ciężko, są zbyt dumni, żeby prosić o pomoc.

Zdzisław Iwanowski, ps. Józef,  do powstania poszedł jako 23-latek. Dzisiaj z domu już nie wychodzi. Porusza się z pomocą chodzika. Ma nieduże mieszkanie. W nim niewielka kuchnia z gazową kuchenką, małe elektryczne pianinko w salonie. Jest sam. I też się nie skarży. – To, co mamy – mówił reporterce telewizyjnych Wiadomości – musimy się z tym godzić, bo mogło być gorzej.

Jak u łączniczki Danusi. Porucznik AK Danuta Orłowska, rocznik 1929, w czasie wojny była w Szarych Szeregach. W 64. rocznicę powstania, została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Rok później, na 65. rocznicę prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, przysłała jej list z podziękowaniem za walkę sprzed lat.  „Niekwestionowany heroizm tego czynu pamiętamy do dziś. I czcimy” – mogła przeczytać porucznik Orłowska.

 W tym samym czasie prowadziła ze stołecznym ratuszem zupełnie inną korespondencję. Bo miasto wypowiedziało jej umowę najmu lokalu na Dobrej, w którym mieszkała od 1932 r. Kamienicę sprzedano prywatnej firmie. Zanim „czczona heroiczna bohaterka” trafiła na bruk, mieszkała bez ogrzewania, gazu i ciepłej wody, bo razem z wypowiedzeniem umowy odcięto jej media. Była tak schorowana, że nawet nie mogła mówić. Jej wspomnienia opowiadała siostra. Zmarła trzy lata temu.

 

Oko na OKO

 

Wielu powstańców żyje podobnie. Nie mają nic. Brakuje im pieniędzy niemal na wszystko. Nawet na jedzenie. Wspomaga ich kasa socjalna Związku Powstańców Warszawskich, ale ta też często jest pusta. Raz jedna z łączniczek przyznała w Związku, że na święta zostało jej tylko kilkadziesiąt złotych, pięćdziesiąt z groszami. Zwykle jednak wstydzą się  o takich rzeczach mówić, nie proszą.

Emerytury – jeśli wynoszą już z dodatkiem kombatanckim 1500 zł, to dobrze. Ten dodatek – 200 czy 300 zł – zwykle wydają na leki. I zwykle to nie wystarcza. Do lekarza dostają się zazwyczaj wtedy, gdy przywozi ich karetka, bo np. mają zawał. Ale i wtedy nie zawsze. Nie pokazują dokumentów kombatanckich, bo po prostu się wstydzą i boją się nieprzychylnych reakcji.

Rok temu, 20 sierpnia, żeby objąć ich opieką i pomocą, powołano do życia Ochotniczy Korpus Opiekuńczy (OKO). To porozumienie pomiędzy Towarzystwem Lekarskim Warszawskim a Mazowieckim Oddziałem Okręgowym Polskiego Czerwonego Krzyża. Czy to wystarczy, żeby poprawić sytuację jeszcze żyjących powstańców? Na pewno nie.

Przede wszystkim dlatego, że Korpusowi już brakuje pieniędzy.  – Początkowo dostaliśmy wsparcie od Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego i dofinansowanie urzędu pracy na aktywizację osób z grupy wiekowej 50+, dzięki czemu mogliśmy wyszkolić profesjonalnych pracowników. Ale to wystarczyło na objęcie opieką jedynie kilkunastu osób. – Pieniądze łatwo jest pozyskać na jednorazową akcję, wtedy ludzie chętnie dają. Ale tu potrzeba ciągłego wsparcia. Nie można zacząć i nagle przerwać – mówi prof. Jerzy Kotowicz, koordynator Korpusu. Na kolejny rok działania fundusze dało PZU. Szykowana jest nowa grupa, która zostanie objęta pomocą. Każdy powstaniec może się do niej zgłosić.

– Czasem potrzebna jest profesjonalna pomoc pielęgniarska, ale najczęściej chodzi o taką przy najprostszych codziennych czynnościach, jak zrobienie zakupów czy przyniesienie gazety – mówi Kotowicz. I dodaje to, co inni: – Powstańcy sami nie proszą o nic. Są zbyt dumni. I twierdzą, że inni są bardziej potrzebujący niż oni.

 

Bohaterowie naszych czasów

 

Sprawa pani Emilii Nogaj-Adamowicz, głównie dzięki zaangażowaniu w nią Ewy Wanat, skończyła się dobrze. Dziennikarka nagłośniła ją na swoim Facebooku, apel podchwyciły media. Zareagował Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzeum zadzwoniło do urzędu miasta w Poznaniu, gdzie mieszka pani Emilia. Urząd do Wojciecha Koniecznego. Nagle, niemalże w pół godziny, znalazło się miejsce w szpitalu. W dodatku wojskowym. Nagle zaczęto panię Emilię właściwie leczyć, a nawet zaplanowano dla niej rehabilitację.

Pani Emilia jest w dużo lepszym stanie niż jeszcze kilka dni temu, chociaż nadal nie chodzi – a miesiąc temu jeszcze spacerowała z psem. Wczoraj już nawet sama jadła. 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego spędzi jednak w szpitalu.

– Najcenniejsza pamiątka mamy to ryngraf łączniczki, numer 178. Spytałem, czy przynieść go jej do szpitala. Nie chciała. Boi się, że w tej zawierusze jeszcze się gdzieś zgubi. Więc zaniosę jej proporczyk AK. Żeby mogła trzymać go w ręce, myśląc o przyjaciołach. Ja sam w rocznice powstania nawet nie włączam telewizora. Czytam pamiętniki dziadka – powstańca śląskiego, wielkopolskiego i warszawskiego, AK-owca. Wspominam pamiętnik mamy, wspominam jej dwudziestoletnią siostrę Krysię, która też walczyła w powstaniu i zginęła zastrzelona przez Niemca w obozie, dzień przed imieninami. Wspominam przyjaciela mamy, który zginął, bo własnym ciałem przykrył granat, ratując kolegę – mówi Konieczny.

 

Nie walczyłem na kolanach

 

I dodaje: Mama ma mnóstwo orderów, ma Krzyż Zasługi. Ale ja te ordery mam gdzieś. Pieprzyć je. Pieprzyć te odznaczenia, te ukłony, to strzelanie w górę, to robienie paciorków i przyklejanie tej blachy do tych ledwie trzymających się staruszków. Pozałamują się pod nią. Niech te wszystkie władze, zamiast pisać dyrdymały o daninie krwi i Ojczyźnie, napiszą lepiej, że jak coś się stanie, to powstańcy mają swoje miejsce, w którym mogą szukać pomocy. I że nie będą tam potraktowani jak zbędne przedmioty. Oni poświęcili wszystko, co mieli, całe swoje życie, młodość. Oni walczyli dla ludzi i o ludzi. To naprawdę są bohaterowie naszych czasów. Najlepszym pomnikiem  powstania byłaby godna opieka dla tych, którzy mieli tego pecha, że przeżyli i muszą się starzeć i umierać wśród obojętności.

 

W Warszawie jest ok. 2 tys. powstańców, na świecie około tysiąca. Mają po 85–90 i więcej lat. Iwanowski rok temu mówił:  – Defilada się skończy i powstańca nie ma. Ja nie czuję do nich żalu, ponieważ to jest jałmużna. A ja na kolanach nie walczyłem, tylko na stojąco.

Tagi: powstańcy, powstanie warszawskie, bohater, kombatant, zapomnienie, lekceważenie, książeczka PKP, izabela smolińsk

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone