08 Lipca 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Rzecznik Praw Dziecka: Sąd rodzinny jest opieszały? Nie ma ludzi niezastąpionych

  • pap201310291Q1.jpg Marek Michalak (fot. PAP/Paweł Pawłowski)

Marek Michalak pytany o to, czy był szykanowany w szkole – odpowiada, że nie był. Mówi, że nikt go nawet nie przezywał. Rzecznik Praw Dziecka oba pytania o szkolną mowę nienawiści z wywiadu jednak usuwa. Choć przecież on – jak zapewnia – miał szczęście i w szkole nic złego go nie spotkało. Pytam więc wprost o sprawę Dominika z Bieżunia, 14-latka, który popełnił samobójstwo, bo nie wytrzymał tego, jak podle wobec niego zachowywali się rówieśnicy. Minister na to odpowiada, że „tematu nie było w agendzie spotkania”. Oto, co było w „agendzie”.


 

Co zamierza pan zrobić w sprawie Dominika? 14-latka, który odebrał sobie życie, bo nie wytrzymał szykan rówieśników.

 

W Bieżuniu trwają kontrole, zresztą zainicjowane przez RPD. Dajmy sobie chwilę na zbadanie sprawy, byśmy wiedzieli więcej.


Boję się, że dzieci wrócą po wakacjach, a w szkole nic się nie zmieni.


Dziś wiem tyle, że i kadra, i instytucje nadzorujące szkołę muszą wykonać swoje zadania i zapewnić w szkołach pomoc psychologiczno-pedagogiczną. Trzeba powstrzymać atak na dzieci. Słychać głosy, że są trudne, potrafią być okrutne. Ale te dzieci nie przyszły do szkoły z bezludnej wyspy – żyją w naszym społeczeństwie. Jeśli widzą nietolerancję, agresję u bliskich albo w przekazie medialnym – czerpią niewłaściwe wzorce.

Poza tym myślę, że rodzice oprócz tolerancji powinni uczyć dzieci asertywności, budować w nich poczucie własnej wartości.


Gorzej jeśli rodzice uczą tego i dziecko przekonane o swojej wartości idzie do szkoły. Nie ukrywa na przykład swojej orientacji, a wtedy zderza się z murem nietolerancji. Na którą – na domiar złego – nie reagują nauczyciele.


Jeśli ktoś widzi krzywdę drugiego człowieka i nie reaguje, zachowuje się niedopuszczalnie.

Niestety, dramatyczna historia Dominika to nie jedyny „dziecięcy” problem w ostatnim czasie. Niedawno zajmował się pan opisywaną przeze mnie sprawą Patryka, dziewięciomiesięcznego chłopca, który postanowieniem sądu został przeniesiony z hospicjum do domu dziecka. Mimo że w hospicjum mógł poczekać na operację, dzięki której pewnie zwiększą się jego szanse na znalezienie rodziców zastępczych.


Żadnemu dziecku nie sprzyja ciągła zmiana placówek. Zgodnie z ustawą o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, takie dzieci w ogóle nie powinny trafiać do instytucjonalnej pieczy.


Do hospicjum trafił.


Tak, ponieważ wymagał tego jego stan zdrowia. Warto jednak zauważyć, że hospicjum nie mówiło: „Zabierzcie od nas to dziecko, my już zrobiliśmy swoje”. Ta decyzja wcale nie musiała być wtedy podejmowana. Mam zapewnienie ze strony kadry hospicjum, że chcieli oni uczestniczyć w opiece nad Patrykiem do czasu zakończenia procesu leczenia i znalezienia właściwej rodziny dla chłopca.


Pojawił się zarzut, że hospicjum walczy o stwierdzenie u siebie ośrodka preadopcyjnego. I że każdy odnotowany sukces, rodzina znaleziona dla chorego dziecka – sprzyja tej idei i wysyła w świat pozytywny komunikat: my sobie z problemem niechcianych chorych dzieci umiemy radzić.


Nie mam takich informacji, jednak jeśli ktoś potrafi realnie pomagać dzieciom, zasługuje na szacunek i uznanie. W działaniach, które zabezpieczają dziecku poczucie bezpieczeństwa i dają możliwość bycia z osobami, które kocha – nie widzę nic nagannego.


Sąd w Łodzi najwidoczniej widział.


Jeśli nie ma zarzutów, że ktoś szkodzi dziecku, odrzuca leczenie, przetrzymuje dziecko, które mogłoby być w rodzinie – nie rozumiem tej decyzji. To, że ktoś walczy o dziecko, tak jak hospicjum o dobro Patryka, jest powodem do zadowolenia. Przecież chcemy, by instytucje były przyjazne dzieciom i skuteczne w swoich działaniach.


W sprawie Patryka jest jeszcze jeden istotny wątek. Sekretarki z sądu, która została opiekunem prawnym dziecka. Rozumiem, że jest problem z opiekunami prawnymi i czasem na chętnych czeka się miesiącami…


W skali kraju może być taki problem, ale tu go chyba nie było. Przedstawicielka hospicjum była gotowa przejąć opiekę prawną nad dzieckiem. Najlepiej jest, gdy tę opiekę sprawuje ktoś, kto tego chce, a nie człowiek zmuszony, z przypadku. Ubolewam, że w sprawie Patryka moje wnioski skierowane do sądu zostały oddalone. Uważam, że dzięki nim zabezpieczono by dobro dziecka w sposób prawidłowy.


Pozostaje mieć nadzieję, że Patryk szybko trafi do kochających go ludzi. A ile dzieci nie miało tego szczęścia? Ile jest w Polsce dzieci o nieuregulowanej sytuacji prawnej?


W ubiegłym roku szczegółowo analizowałem ten problem. Okazało się, że dzieci poniżej 3 roku życia, umieszczonych w instytucjonalnej pieczy zastępczej, jest około tysiąca. Część z nich wróciła już do rodzin biologicznych. W części przypadków sąd wydał decyzję o pozbawieniu rodziców władzy rodzicielskiej, co umożliwiło znalezienie dzieciom szczęśliwego domu. Trzecia część to dzieci z nadal nieuregulowaną sytuacją prawną.


Takie, o które nikt nie walczy?


Takie, wobec których sąd nie jest w stanie podjąć w obecnym momencie decyzji o pozbawieniu rodziców władzy rodzicielskiej.


Najczęstsze powody tego zawieszenia?


Kiedy sąd nie jest w pełni przekonany, czy rodzice naprawią swoje życie. A ja wtedy zadaję pytanie, komu sąd powinien dać szansę – dziecku czy rodzicowi?


Ja odpowiedziałabym, że powinien dawać ją dziecku.


Nieraz, oczywiście, trzeba dać szansę rodzicowi. Jeśli widać, że rodzic robi wszystko, by móc wychowywać swoje dziecko, nie wolno mu go odbierać. Ale jeśli widzimy, że jego zachowanie nie ulega poprawie, nie odwiedza dziecka, nie idzie na terapię...


…a miesiące lecą.


Wtedy uważam, że trzeba być odważnym i podjąć decyzję zabezpieczającą dobro dziecka.


Chodzi o to, by miało szansę na adopcję.


Niestety, im dziecko jest starsze, tym mniejsze są szanse na znalezienie dla niego kochającej rodziny.

Łatwo powiedzieć. Ze zleconych przez Pana badań sytuacji najmłodszych dzieci przebywających w domach dziecka wynika, że sądy decydujące o ich losie są opieszałe, a postępowanie przewlekłe. Ponadto sądy źle współpracują z placówkami, w których dzieci przebywają.


Bywa też, że niewłaściwie realizują przepisy ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. W 2014 r. skontrolowaliśmy 32 losowo wybrane placówki. Przebywało w nich wówczas 783 dzieci w wieku 0-6 lat, z czego 544 to były dzieci do lat 3. W placówkach zostały umieszczone z naruszeniem przepisów ustawy, ponieważ tak małe dzieci nie powinny trafiać do tzw. domów dziecka.


Chyba, że mówimy o przypadkach nadzwyczajnych.


Tu nie było takiej sytuacji. Dzieci nie trafiły do placówek, by być z rodzeństwem, ani nie były dziećmi małoletnich matek. Wtedy decyzja sądu byłaby uzasadniona. Dlatego dzisiaj zabiegam o to, aby moje postulaty, które znalazły się w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, były nie tylko zapisane na papierze, ale i stosowane w praktyce. Bo dzieci nie są na papierze.


Utopia.


Musi być przekonanie na każdym szczeblu, samorządowym i sądowym, że priorytetem jest dobro dziecka, a nie jedynie dobre samopoczucie osób wykonujących swój zawód.


Ostatnio słyszałam, że dobre samopoczucie jest istotniejsze. Że sędzia zachorował i decyzja w sprawie maleńkiego dziecka została podjęta po pół roku. Dla takiego dziecka to lata świetlne.


Nie ma ludzi niezastąpionych. To nie jest tak, że mamy jednego sędziego na całą Polskę. Sprawy dotyczące dzieci to najdelikatniejsze sprawy, jakie wymiar sprawiedliwości podejmuje. Wymagają szczególnego podejścia i szczególnie kompetentnych i empatycznych osób.


Empatyczny sędzia odbiera dzieci matce tylko dlatego, że jest otyła?


W przypadku, który ma pani zapewne na myśli, powodem odebrania dzieci nie była otyłość. W mediach doszło do przekłamania. Wielokrotnie czytając artykuły i akta sądowe, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z dwoma różnymi sprawami.


Pan ma to szczęście, że ma dostęp do akt. Większość dziennikarzy chętnie poczytałaby akta z sądów rodzinnych. Problem w tym, że to graniczy z cudem. A sądy najczęściej nie chcą się wypowiadać na temat małoletnich. I mamy sytuację nie do rozwiązania.


Musimy chronić prywatność dzieci.


Mówi pan jak jeden sędzia rodzinny, z którym ostatnio rozmawiałam. Tłumaczył mi, jak bardzo krzywdząca jest nagonka na sędziów. Że nikogo nie interesuje to, co jest w aktach. Że wyroki wydawane są w stacjach telewizyjnych. A przecież sądom zależy na ochronie małoletnich.


Jakiekolwiek generalizowanie na bazie pojedynczych, często opierających się na wyrywkowej informacji, przypadkach może być krzywdzące dla rodzin i sądów. Jednak najważniejsze, żeby w konsekwencji nie krzywdziło dzieci.


Może to doprowadzić do sytuacji, kiedy ludzie nie zwrócą się o wsparcie do ośrodka pomocy społecznej, nie założą rodziny zastępczej, ponieważ ten medialny napad na rodziny ich zniechęci.


Nagłaśnianie tych spraw jest przyczynkiem do społecznej dyskusji.


Tematy społeczne trzeba podejmować, zło trzeba piętnować, ale nie można się wpisywać w stygmatyzowanie młodego człowieka. Kiedy dorosły oberwie, jakoś sobie poradzi. Ale kiedy w małej miejscowości wszyscy się dowiedzą, że to jest „ten” Jaś Kowalski, chłopiec, który na przykład był molestowany – dziecko stanie się podwójną ofiarą. I molestowania, i stygmatyzacji.


Właśnie dziś żyjemy historią dziecka, które nie wytrzymało faktu, że część środowiska go nie akceptowała.

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone