29 Grudnia 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Rejsy podwyższonego ryzyka

  • pap200505070KZ.jpg Gdynia , 07.05.2005 r. W gdyńskim porcie nastał sezon pasażerskich wycieczkowców. Oto rufa jednego z nich - portugalskiej

Wystarczy jeden chory pasażer na pokładzie, by wakacyjna podróż statkiem-miastem pływającym między popularnymi portami zamieniła się w koszmar. W ubiegłym roku na cruiserach zachorowało przynajmniej 1700 osób. W ciągu ostatnich pięciu lat – kilkadziesiąt osób doświadczyło napaści na tle seksualnym. Drobnych kradzieży nikt nawet nie liczy.

 

Choć do niedawna temat dotyczył tylko garstki polskich podróżników, wybierających tę formę spędzania wakacji, dziś chętnych na rejsy jest coraz więcej. Te najpopularniejsze, po Karaibach, kosztują kilkaset dolarów. A biorąc pod uwagę fakt, że do nawet najodleglejszego portu można coraz taniej dolecieć samolotem, okazuje się, że dwutygodniowe wakacje na statku mogą kosztować tyle, ile opcja all inclusive w europejskim kurorcie. Poza tym po Bałtyku także pływa coraz więcej wycieczkowców. I coraz częściej dobijają one do polskiego wybrzeża. W tym sezonie do gdyńskiego portu przybije ponad czterdzieści statków, a każdy będzie miał po kilka tysięcy pasażerów na pokładzie.

 

Pewnie będą i takie, dla których postój w polskim porcie będzie przykrą koniecznością.

 

Kilka miesięcy temu potężny, pływający pod banderą Malty, wycieczkowiec „Celebrity Eclipse” o długości 317 metrów zacumował w Gdyni. Pojawił się tam kilka godzin przed planowanym terminem przybycia, ponieważ stan zdrowia jednego z pasażerów był tak fatalny, że potrzebna była szybka, profesjonalna pomoc medyczna. Taka, jaką zapewnić może jedynie szpital. W tej sytuacji los ponad 2 tys. pasażerów – wypoczywających na pokładzie pływającego miasta – był całkowicie uzależniony od tej nagłej potrzeby.

 

Bywa jednak, że skala problemu jest o wiele większa.

 

Bo zagrożenie polega też na tym, że w wypadku znacznego uszczerbku na zdrowiu, wymagającego szybkiej pomocy, dostęp do specjalistycznej medycyny jest odwleczony w czasie. A szybkość reakcji specjalistów zależy od położenia statku.

 

Pechowe rejsy

 

Rok temu 281 pasażerów i 22 członków załogi wycieczkowca „Explorer of the Seas” zachorowało na tzw. grypę żołądkową. Kondycja połowy z nich nie pozwalała na dalszy udział w rejsie, statek musiał dobić do portu na Florydzie, żeby ewakuować zakażonych wirusem układu pokarmowego pasażerów.

 

W 2012 r. 187 osób pływającego co prawda po Renie, ale wielkiego holenderskiego statku, zostało na nim uwięzionych. Powód? Musieli zostać poddani kwarantannie, gdyż 60 osób zachorowało z powodu norowirusa, na infekcję którym nie ma mocnych. Czasem wystarczy jedna chora osoba, by cała społeczność – tym bardziej zamknięta na statku – została zarażona.

 

Także norowirus spowodował koszmar pasażerów luksusowego statku „Queen Mary2”, pokonującego 30 razy w ciągu roku Atlantyk na trasie Southampton–Nowy Jork. Amerykańskie władze sanitarne informowały wtedy o dwustu chorujących osobach.

 

W 2014 roku chwile grozy przeżyli pasażerowie „Carnival Magic” z Panamy. Wyszło bowiem na jaw, że wśród 3,7 tys. uczestników rejsu jest mieszkaniec Teksasu, który mógł mieć kontakt z próbkami pobranymi od zmarłego na ebolę. Rejs ostatecznie przerwano i statek zawrócił do USA.

 

To tylko niektóre z najgłośniejszych przypadków ostatnich lat. Z roku na rok jest ich coraz więcej. Jak informuje portal ProPublica.org, tylko w ubiegłym roku z powodu norowirusa zachorowało w sumie ponad 1,7 tys. pasażerów i członków załogi wycieczkowców pływających pod amerykańską banderą.

 

Safety first

 

Choć tym hasłem, czyli ideą „najpierw bezpieczeństwo”, chwalą się armatorzy, zdarza się jednak obchodzić prawo. Dzieje się tak dzięki przepisom, które pozwalają właścicielom linii wycieczkowych rejestrować swoje statki poza USA. Tym samym odcinają oni siebie od odpowiedzialności karnej, a pracowników od ochrony prawnej Stanów Zjednoczonych. Bywa więc, że załoga pracuje zbyt długo, co może generować kolejne tragedie.

 

Dziennikarze ProPublica.org sprawdzili, jakie niebezpieczeństwa czyhają na uczestników rejsów wycieczkowcami. Okazało się, że wybierając taki rodzaj wakacji, należy obawiać się nie tylko chorób przewodu pokarmowego. Od 2012 r. co najmniej siedmioro dzieci utonęło w basenach, które oferują pływające kolosy. Wszystko dlatego, że zdarzają się armatorzy, którzy nie zatrudniają ratowników w pełnym wymiarze godzin.

 

Zbyt mała załoga sprzyja też tragediom związanym z przypadkowym wypadnięciem za burtę lub świadomym rzuceniem się do wody. Ochrona nie jest w stanie śledzić każdego z pasażerów.

 

Poza tym, jak wynika z przytaczanych przez ProPublica.org informacji pochodzących od Straży Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, tylko w ostatnich pięciu latach na statkach wycieczkowych co najmniej 94 osoby padły ofiarą napaści na tle seksualnym. Kradzieże też są normą. Tyle że ciężko w tym wypadku przytaczać statystyki, bo te drobne wykroczenia najczęściej nie są zgłaszane policji. – Statki wycieczkowe są jak pływające miasta z własnym zestawem przepisów – stwierdził w rozmowie z ProPublica.org Spencer Aronfeld, adwokat z Miami, specjalizujący się w przestępstwach, do których doszło na wycieczkowcach.

 

Zresztą sam Barack Obama zainteresował się rosnącą liczbą gwałtów, napaści seksualnych i innych przestępstw na statkach wycieczkowych podpisując ustawę, w ramach której nałożono na armatorów m.in. wymóg instalowania większej liczby kamer bezpieczeństwa i wizjerów w drzwiach kabin pasażerskich.

 

Oczywiście wytyczne dotyczą statków, które w USA są zarejestrowane.

 

Kapitan Marek Czapiewski, na co dzień pływający na promach na Bałtyku, uspokaja mówiąc, że konsekwencje prawne, grożące armatorom w wypadku udowodnienia, że do jakiegokolwiek wypadku doszło na skutek zaniechania, zaniedbania czy złamania któregoś z wielu bardzo restrykcyjnych przepisów obowiązujących w żegludze pasażerskiej, są naprawdę poważne nie tylko dla właścicieli amerykańskich linii rejsowych. – Reguluje te przepisy szereg międzynarodowych konwencji, z których najważniejsze to:

 

Konwencja SOLAS, czyli „Safety of Life at Sea”(konwencja o bezpieczeństwie życia na morzu), szczegółowo określająca wymogi techniczne, które musi spełniać każdy statek dopuszczony do żeglugi. Konwencja ta skupia się przede wszystkim na wszelkich aspektach bezpieczeństwa, a dla wielkich cruiserów jej przepisy są oczywiście najbardziej restrykcyjne.

 

Konwencja STCW, czyli „Ship’s Training, Certification and Watchkeeping”, szczegółowo określająca zakres szkoleń, które musi przejść każdy członek załogi pływającej, oraz rodzaje potwierdzających takie szkolenia certyfikatów. Ważne jest również, że w żegludze – jak już w niewielu chyba innych dziedzinach działalności – bardzo istotną rolę odgrywają prawa niepisane, a wynikające z obyczaju i tradycji, których korzenie sięgają czasów, kiedy na morzach i oceanach królowały żaglowce – zaznacza kapitan Czapiewski.

 

Podkreśla też, że właśnie zgodnie z tym duchem wykładowcy w szkołach morskich uczą adeptów, że najcenniejszym ładunkiem, za którego odpowiadają na morzu, jest człowiek. – Każdy inny ładunek można opisać, można sprawdzić jego właściwości, można przewidzieć, jak zachowa się w zetknięciu z wysoką temperaturą czy wilgocią, ale ludzkich reakcji w pełni przewidzieć się nie da. I właśnie dlatego nie da się całkowicie zapobiec przykrym zdarzeniom. Wszak na statku pasażerskim codziennie znajduje się kilka tysięcy ludzi – zauważa.

 

Pamiętać trzeba o tym, że wycieczkowce generują ogromne zyski. Rocznie taką formę wakacji wybiera ponad 20 milionów osób. Nikt nie namawia potencjalnych przyszłych użytkowników do porzucenia planów wyjazdowych. Chodzi raczej o to, by uświadomić, że taki rejs niesie ze sobą pewne ryzyko.

 

Trucizna z wycieczkowca

 

Jest jeszcze jedna kwestia, która coraz częściej pojawia się w kontekście statków wycieczkowych. I dotyczy nie tylko Polaków, którzy planują urlop na pełnym morzu. Dotyczy tych wszystkich, których choć odrobinę obchodzi stan Bałtyku. A może raczej stan jego zanieczyszczenia. WWF, czyli Światowy Fundusz na rzecz Przyrody, kilka tygodni temu wykazał, że każdego lata po Morzu Bałtyckim kursuje około 80 statków wycieczkowych zarządzanych przez około 40 firm. I większość z nich ma za nic możliwość korzystania z instalacji odbioru ścieków, które oferują bałtyckie porty. Nieczystości z kuchni i toalet trafiają więc wprost do Bałtyku, mimo że – jak przypomina WWF – w 2010 roku Międzynarodowa Organizacja Morska (IMO) podjęła decyzję o zakazie zrzutu ścieków ze statków wycieczkowych i pasażerskich do Morza Bałtyckiego. – Warunkując wejście w życie tej decyzji dostępnością odpowiednich instalacji w portach – piszą przedstawiciele organizacji. Problem w tym, że przewoźnikom pomysł najwidoczniej się nie spodobał. Gdy w tym roku WWF poprosił 50 armatorów o odpowiedź na pytanie: „Czy potwierdzacie, że eksploatowane przez was statki pasażerskie nie zrzucają nieoczyszczonych ścieków do Morza Bałtyckiego i że ścieki są oczyszczane bezpośrednio na statku bądź w całości zdawane w portowych punktach odbioru?”, większość nie była gotowa odpowiedzieć twierdząco. WWF opublikował więc listę tych, którzy za nic mają regulacje. Wśród nich są: Læsø Line, Costa Cruises, Seaborn, Peter Deilmann Cruises, Asuka Cruise, Compagnie du Ponant, Club Med, Cruise & Maritime Voyages, Cunard, Fred Olsen Cruise Line, Holland America Line i m.in. Carnival.

Tagi: podróże, morze, rejs, statek pasażerski, pasażer