15 Października 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Polka skazana na emigrację: zdaniem władz jestem żoną terrorysty

  • PAP-Adam-Warzawa-paszport.jpg Fot. PAP/Adam Warżawa

W sierpniu do Polski przyleciała z synem, dwuletnim Rayanem. Mówi, że nawet długo wyczekiwana wizyta w rodzinnym kraju okupiona była stresem. – Bramka „Schengen” na lotnisku była zamknięta. Miałam wrażenie, że na nas czekają. Pierwsze pytanie strażnika: „Pani Marakchi, pani przyleciała tylko z synem?”. Już miałam powiedzieć, że mąż w walizce się ukrył, ale ugryzłam się w język. Przecież oni są nieprzewidywalni. Byli przekonani, że do Polski właśnie przyjechała żona terrorysty. Dobrze, że nie sprawdzali, czy Rayan nie ma bomby w pampersie – mówi Marta Marakchi, żona Marokańczyka, który przez polskie władze został uznany za potencjalne zagrożenie i wydalony z kraju. Ona, doktor religioznawstwa, była dziennikarka ogólnopolskich mediów, dziś opowiada, jak wygląda życie z człowiekiem, którego ABW wpisało na czarną listę.

 

Rozmawiamy przez Skype. Marta kilka razy przerywa, bo musi włączyć dziecku bajkę, potem daje synowi coś do zjedzenia. Gdy mały walczy o uwagę skupionej na rozmowie mamy, ona w końcu rzuca żartem: „Jak nic, terrorysta”.

 

Wprowadzenie

 

Co roku 11–12 tysięcy osób trafia do wykazu cudzoziemców, których pobyt na terytorium Polski jest niepożądany. To o kilka tysięcy osób więcej, niż mamy zacząć przyjmować już od początku przyszłego roku uchodźców z Bliskiego Wschodu.

 

Jak informuje Urząd ds. Cudzoziemców, od 1 stycznia do 12 października tego roku do „wykazu” wpisano 10 107 osób. Najwięcej, bo 6158, znalazło się na czarnej liście w związku z wydanymi decyzjami o zobowiązaniu do powrotu do swojego kraju – w większości z zakazem ponownego wjazdu na nasze terytorium. A z tych najwięcej wydawanych jest przez Straż Graniczną i dotyczy Ukraińców. Jednak nie tylko ona może podjąć decyzję o umieszczeniu cudzoziemca na czarnej liście.

 

Zgodnie z ustawą z grudnia 2013 r., uprawnienia takie ma m.in. minister obrony narodowej, spraw zagranicznych, komendant główny policji, szef Służby Celnej, ABW, Agencji Wywiadu i wojewoda.

 

 

Cudzoziemiec trafia do „wykazu”, jeśli został skazany prawomocnym wyrokiem w Polsce lub państwie innym niż państwo obszaru Schengen – za przestępstwo stanowiące zbrodnię w rozumieniu polskiego prawa. Albo w Rzeczypospolitej Polskiej lub innym państwie obszaru Schengen – zostaje skazany na przynajmniej rok pozbawienia wolności. Albo, „gdy wjazd lub pobyt cudzoziemca na terytorium Polski jest niepożądany ze względu na zobowiązania wynikające z ratyfikowanych umów międzynarodowych”. I jeśli wymagają tego względy obronności lub bezpieczeństwa państwa.

 

Właśnie z ostatniego powodu 36-letni dziś Marokańczyk, Chakib Marakchi, pięć lat temu został zmuszony do wyjazdu z Polski. Zdaniem ABW wymagało tego bezpieczeństwo kraju. Dostał dwuletni zakaz powrotu. W 2012 roku przedłużono go o kolejne trzy lata. 23 czerwca tego roku Chakib Marakchi dowiedział się, że wciąż figurować będzie w wykazie cudzoziemców, których pobyt na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest niepożądany. I tak do 2020 roku. Potem Urząd ds. Cudzoziemców przedłużać swój zakaz może w nieskończoność.

 

Jego żona, Marta, pozbyła się złudzeń. Wie, że przyjazd jej męża do Polski, a co za tym idzie całej, dziś trzyosobowej, rodziny, nigdy nie będzie możliwy. Chyba że zdarzy się cud. Wygrają w Strasburgu i polskie prawo zostanie zmienione.

 

Bo sprawa Chakiba Marakchiego, bez względu na to, czy wierzyć Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czy uznawać wersję Marokańczyka i jego żony, pokazuje mankamenty systemu. Tego samego, który już niebawem zostanie wystawiony na bodaj najcięższą próbę, związaną z przyjazdem do Polski uchodźców i ich niezbędną weryfikacją.

 

Początek

 

„Chakib, terrorysta ze sklepu z pamiątkami”, „Polski paragraf 22”. Tak w 2010 roku pisano o Marakchim. Sprawa absolwenta Politechniki Krakowskiej, który po 8 latach pobytu w Polsce nie zgodził się, jak relacjonowano, na współpracę z ABW, przez co ściągnął na siebie gniew służb – została nagłośniona między innymi dzięki Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Która zresztą wpisała ją do programu spraw precedensowych.

 

W Warszawie zorganizowano nawet konferencję prasową, w czasie której omawiano temat wydalenia z Polski pewnego, jeszcze bezimiennego, Marokańczyka. Marta, wtedy dziennikarka, przyszła na nią nie wiedząc, że kilka lat później razem z „bohaterem” konferencji będzie musiała na dobre pożegnać się z Polską.

 

Wszystko zaczęło się tak: Jest 2006 rok. Chakib w Polsce ma status studenta. Przy okazji pracuje, płaci podatki. Wojewoda małopolski wytoczył mu co prawda sprawę w sądzie, twierdził, że Marokańczyk został nielegalnie zatrudniony, ale ten podobno nawet prawnika nie wziął. Sam udowodnił, że ma prawo do pracy, bo jest studentem. – Nie udało się z niego zrobić nielegalnego pracownika, to zrobili z niego terrorystę albo szpiega – mówi dziś Marta. Zaznacza, że doskonale zdaje sobie sprawę, jak absurdalne mogą się wydawać jej słowa. Ale ciągnie opowieść dalej. Jej historia przypomina scenariusz serialu sensacyjnego ze służbami specjalnymi i agentami rozdającymi karty w rolach głównych. – Tyle że to wydarzyło się naprawdę – podkreśla.

 

Wersja Chakiba

 

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że historię tę można opisywać tylko na podstawie opowieści Marakchiego i jego bliskich oraz ludzi zaangażowanych w obronę jego prawa do sądu. Ale o sądzie później.

 

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, na wniosek której szef Urzędu ds. Cudzoziemców wpisał Marokańczyka na listę osób niepożądanych w Polsce, o sprawie nie może powiedzieć nic. „Ze względu na ograniczenia natury prawnej nie możemy informować ani w formie potwierdzenia, ani zaprzeczenia o szczegółach naszych działań bez względu na to, czy są one podejmowane, czy też nie” – czytam w kuriozalnej odpowiedzi rzecznika ABW.

 

„Przesłanki nie są podawane, gdyż takie postępowania są zwykle oznaczone klauzulą tajne (wchodzimy w postępowania prowadzone przez służby bezpieczeństwa i ochrony porządku publicznego naszego kraju).W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z taką sprawą. Więcej szczegółów zapewne posiada sam zainteresowany, gdyż miał możliwość wglądu do swoich akt w trakcie postępowania zarówno na poziomie WSA, jak i NSA” – brzmi odpowiedź Urzędu ds. Cudzoziemców.

 

I tak, mimo upływu ponad pięciu lat, odkąd świat usłyszał o Marakchim, wciąż nie wiadomo, co polskie służby mają do niego. Odpowiedź Urzędu ds. Cudzoziemców w tym kontekście też jest dość absurdalna, bo „zainteresowany” nie mógł mieć wglądu do akt. Przecież nie miał nawet wstępu do Polski, gdy jego sprawa była rozpatrywana. Wglądu do materiałów nie mieli także jego pełnomocnicy. Później nie miała go żona – Marta.

Innymi słowy – sprawa jest tak tajna, że klucz do jej rozwiązania ma tylko ABW.

 

Sklep z bombami

 

Chakib Marakchi pierwsze spotkanie z ABW miał mieć w 2006 roku. Odebrał telefon, umówiono się z nim i poszedł, zupełnie nie wiedząc, o co może chodzić. Kolejne spotkania odbywały się regularnie. Przez dwa lata. – Spotykali się w hotelach, najczęściej bardzo drogich. Podawali numer pokoju, nie interesowało ich, czy Chakib ma w tym czasie wykłady, inne zajęcia. Przychodził, zamykali się w pokoju. Na początku było miło. Żarty, rozmowy, pytania o to, co zje. Oni za wszystko płacili. W końcu przywieźli kogoś ważnego z Warszawy. I przestało być zabawnie. Znów w hotelowym pokoju zamknęli się z moim mężem. Tyle że wtedy oświadczyli, że żywy stamtąd nie wyjdzie – opowiada.

 

Mówi, że chodziło o to, by został informatorem. Ale jakie informacje miałby przynosić, przeciwko komu działać – tego podobno nie sprecyzowali. – Był przedsiębiorczy, występował w telewizji, brał udział w spotkaniach z miejscowymi politykami, współorganizował dni arabskie, miał dużo kontaktów politycznych, bywał w ambasadach. Nie wiadomo, czy chodziło o inwigilację środowiska arabskiego, inwigilację ambasad, polityków – mówi Marta Marakchi.

 

Dodaje, że ostatecznie wyciągnięto donos, który miał skłonić Marakchiego do współpracy.

 

– Tam, literami, jakie stawia dziecko w szkole, ktoś miał napisać: „Jestem Arabem, znam dane Chakiba. Wiem, gdzie mieszka i gdzie wynajął sklep” – mówi Marta. Na liście miała znajdować się także kluczowa z punktu widzenia służb informacja. Czyli, że sklep z pamiątkami, którego Marokańczyk był współwłaścicielem – mieści się naprzeciwko Urzędu ds. Cudzoziemców, bo Marakchi planuje zamach.

 

 

Jest maj 2009 roku. Chakibowi Marakchiemu kończy się karta pobytu. Był wystarczająco długo w Polsce, dlatego chce starać się o obywatelstwo. Jego żona mówi, że wtedy dostał decyzję, o nieprzedłużeniu mu prawa do pobytu i ma tydzień na opuszczenie kraju. Mówi, że wyjechał sam, nie deportowano go. W połowie lipca 2009 roku wydano mu pozwolenie na warunkowy powrót do Polski. – Przez pół roku mu tę zgodę przedłużano. Tak się chyba nie robi z terrorystami, prawda? – pyta.

 

W styczniu 2010 roku w mediach pojawia się informacja, że - jak wynikało z donosu - Marakchi miał działać na rzecz terrorystycznej organizacji Selafija Jihadija.

 

Żonę Marokańczyka pytam o sklep, vis-à-vis krakowskiego Urzędu ds. Cudzoziemców. – Faktycznie wynajął tam lokal. Bo akurat tam znalazł miejsce na sklep – mówi.

 

Polka i terrorysta

 

Poznali się kilka lat wcześniej. Jeszcze jak Marakchi był na studiach, na manifestacji na rzecz wolnej Palestyny. Kiedy Chakib został wyrzucony z Polski, nie byli razem. Nie utrzymywali nawet kontaktu.

 

W tym czasie Marta, wtedy dziennikarka, zakochała się w Maroku. Jeździła tam, przesiadywała na forach o Maroku, o muzułmanach. Wszystkich napotkanych tam znawców tematu zadręczała pytaniami. – W końcu jeden stary Arab napisał do mnie, że ma dość tego mojego gadania i że jak chcę, to on da mi namiar na kolegę, Marokańczyka. I wysłał mi link do profilu Chakiba. W ten sposób odnowili kontakt. Po jakimś czasie zostali parą.

 

Polka kilka razy pojechała do Maroka, do Chakiba. Ale doszła do wniosku, że nie ma sensu tak krążyć. Podjęła decyzję o przeprowadzce, cztery lata temu wzięli ślub. Dwa lata później została mamą. Przyznaje, że choć wiedziała, iż z punktu widzenia ABW wychodzi za terrorystę, wtedy łudziła się, że blokada minie i wrócą do kraju. Dziś wie, że służby tak nie działają.

 

Sama w sprawie męża pisała do prezydenta, ministra spraw zagranicznych, do premiera. „Może Pan, jako Premier, może uzyskać wgląd do owych tajnych akt mojego męża i raz na zawsze zakończyć ten »kafkowski proces«? Za wszelką pomoc będę wdzięczna” – czytam w liście adresowanym do Donalda Tuska.

– Odpowiadali, że nie są kompetentni, by coś w sprawie zrobić. Czyli ABW może napisać co chce, a nawet pisać nie musi, bo i tak nikt tego nie sprawdzi – mówi rozgoryczona.

 

 

Strasburg

 

Sprawą Chakiba Marakchiego zajmował się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, i później – Naczelny Sąd Administracyjny. Jednak droga sądowa w Polsce została wyczerpana, a Marakchi i jego żona nie dowiedzieli się, za co Marokańczyk został wydalony z kraju. W wyrokach pisano o „odmowie wydania zaświadczenia o treści żądanej”. Bo chodzi o materiały tajne.

 

Właśnie z tego powodu Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która zapewnia Marakchiemu opiekę prawną, w jego sprawie wniosła skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

 

Barbara Grabowska-Moroz z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mówi, że teraz Trybunał będzie podejmował decyzję czy „zakomunikuje” sprawę naszemu rządowi. Jeśli tak się stanie – rząd będzie musiał odpowiedzieć na pytania dotyczące sprawy. Potem do udzielonych odpowiedzi będą odnosić się pełnomocnicy Chakiba Marakchiego.

 

Może się jednak zdarzyć, że wyrok zapadnie dopiero po kilku latach.

 

Co do możliwych rozstrzygnięć trybunału, ten może uznać, że w Polsce Chakibowi Marakchiemu w wystarczającym wymiarze zagwarantowano zapisane w Konstytucji RP i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – prawo do sądu. I będzie po sprawie.

 

Z drugiej jednak strony – sędziowie mogą uznać, że doszło do naruszenia konwencji. W zależności od tego, co orzeknie trybunał, wykonanie ewentualnego wyroku może wiązać się z wypłatą zadośćuczynienia lub na przykład zmiany obowiązującego w naszym kraju prawa.

 

 

Zdaniem Barbary Grabowskiej-Moroz główny problem polega w tej sprawie na niejawności postępowania administracyjnego, a później sądowego, wynikającego z braku dostępu do niejawnych materiałów zebranych przez ABW. To przez tę klauzulę doszło do braku możliwości działania przed sądem we własnej sprawie. – Nie ma w Polsce instytucji, która gwarantowałaby w takiej sprawie dostęp strony do tajnych materiałów. Jeśli są oklauzulowane, zainteresowany nie wie, jakie są wobec niego zarzuty. Dostęp taki służy przede wszystkim bardziej wnikliwej weryfikację zebranych informacji. Tymczasem strona postępowania nie ma możliwości odniesienia się do tych materiałów. A to ma bezpośrednie przełożenie na status, miejsce pobytu, a tym samym na życie prywatne czy rodzinne takiej osoby – podkreśla Barbara Grabowska-Moroz.

 

Przedstawicielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowiek przyznaje, że Polska, wzorem innych państw świata, powinna ten problem rozwiązać.

 

Za przykład krajów, które znalazły wyjście z tak kłopotliwej sytuacji, czyli troski o bezpieczeństwo państwa konfrontowanej z prawem do rzetelnego procesu sądowego, podaje Wielką Brytanię i Kanadę. W krajach tych ustanowiono funkcję specjalnego pełnomocnika, który ma możliwość zapoznania się z materiałami niejawnymi i podjęcia działań na rzecz konkretnej osoby.

 

Warto dodać, że w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka prowadzona jest jeszcze druga, analogiczna sprawa, która obecnie jest na etapie postępowania przed sądem administracyjnym. Zostałam poproszona, by narodowości objętego opieką wydalonego z Polski mężczyzny nie ujawniać.

 

Zamach na rodzinę

 

Trzy lata temu Marta Marakchi mówiła mi, że decyzje władz odbiera jako „zamach na rodzinne szczęście”. Pytała, czy jej mąż „naprawdę musi wybierać pomiędzy byciem szpiegiem, a byciem terrorystą”? I czym będzie się różniło jej życie od życia samotnej matki, skoro mąż nie zawsze może być z nią?

 

Dziś jest mniej waleczna. Mówi, że nawet gdyby wygrali w Strasburgu, jej mąż nie wróci do Polski. Jedyne, czego chcą, to móc wybierać miejsce zamieszkania. Takie, w którym ich syn będzie mógł mieć zapewnioną bezpieczną przyszłość. Dziś mieszkają w Wielkiej Brytanii.

 

Tagi: marta marakchi, emigracja, terrorysta, wydalenie, zakaz wjazdu, ABW, urząd ds. cudzoziemców, helsińska fundacja praw człowieka

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone