25 Czerwca 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Ochojska: wstyd mi za polski rząd

  • pap200905260G2.jpg Prezes Polskiej Akcji Humanitarnej Janina Ochojska PAP/Grzegorz Jakubowski

W 1957 roku przyjęliśmy 14 tysięcy uchodźców z Grecji. Czy coś nam się w związku z tym stało? Uratowaliśmy ludzi, całe rodziny. Dziś mamy tę samą szansę. Dlatego jest mi wstyd za nasz rząd. Jeśli taką postawę będziemy mieć w Unii Europejskiej, to nie zasługujemy na pomoc, która do nas z Unii płynie – mówi Janina Ochojska, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej.

 

Jak historie, jak ta z amerykańskim Czerwonym Krzyżem, który za pół miliarda dolarów z datków wybudował na Haiti 6 domów, wpływają na inne organizacje charytatywne? Na to, jak jesteście postrzegani?

 

To problem złożony. Bo nie chodzi tu tylko o zmarnowane pieniądze, ale również o to, w jakim świetle taki fakt stawia inne organizacje międzynarodowe

Marnowanie pieniędzy przez jedną organizację bardzo negatywnie wpływa na inne. Ludzie, którzy pomagają, najczęściej mówią tak: „Międzynarodowy Czerwony Krzyż to najpoważniejsza organizacja, mają największe doświadczenie, dlatego przekażemy im pieniądze”. I rzeczywiście dają. To jedna z organizacji, która zbiera najwięcej. A potem, kiedy się okazuje, że zmarnowali tak ogromne sumy, dla darczyńców oznacza to, że mniejsze organizacje robią pewnie jeszcze gorsze rzeczy.

Ale nie o same kwoty w tej aferze chodzi. Zresztą, tak naprawdę, nie chcę się do nich odnosić. Niech tą sprawą zajmą się ludzie prowadzący śledztwo i mający dostęp do dokumentów.

 

To w takim razie co jest najistotniejsze?

 

Chodzi przede wszystkim o to, żeby ludzie-ofiarodawcy mieli świadomość, że jest wielka różnica pomiędzy sposobem wykonywania pracy przez duże instytucje niosące pomoc humanitarną, a małymi organizacjami, takimi jak np. PAH.

Kiedy dowiaduję się, że cały program pomocy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na Haiti był sterowany z Waszyngtonu, a do pracy na miejscu kierowano Amerykanów, którzy nawet nie mówili po francusku – nie potrafię sobie wyobrazić, jak taka pomoc miałaby być efektywna.

 

Wy też byliście z pomocą na Haiti. Jak rozwiązaliście te kwestie?

 

Nie zdecydowaliśmy się, by na stałe wysłać tam koordynatora PAH-u. Nasz pracownik przyjeżdżał tam raz na dwa miesiące. Chodziło o względy finansowe. Koszt pobytu na Haiti był ogromny. Wynajęcie łóżka na dobę kosztowało 200-250 dolarów, wynajęcie samochodu na cały dzień – 150 dolarów. Już nie mówię nawet o dietach, czy innych kosztach związanych z pobytem. Taniej było tam kilka razy polecieć.

 

Amerykanie za to płacili.

 

I na pewno te koszty były ogromne.  Wyobrażam sobie, jakie pracownicy z USA musieli mieć pensje, w jakich hotelach mieszkali i jakie koszty generowali, skoro tak mało środków zostało przeznaczonych na pomoc. 

Duże organizacje, kierowane centralnie, muszą ponosić koszty centralnego zarządzania. Łatwiej im jest wysłać kogoś z Waszyngtonu i Nowego Jorku, niż poszukać kogoś na miejscu. Taki Amerykanin musi mieć tłumacza, kierowcę, przewodnika. Zużywa dużo czasu, zanim pozna warunki lokalne. 

 

Działają zatem wbrew logice.

 

Nie wyobrażam sobie pracy w miejscu, w którym doszło do katastrofy humanitarnej, bez współpracy z mieszkańcami dotkniętych terenów. Przecież i na Haiti, i na Filipinach, i np. teraz, w Nepalu, są też wykształceni ludzie, którzy mają doświadczenie pracy w NGO’s (organizacje pozarządowe-red.). Koordynatorów z organizacji, tzw. przyjezdnych, powinno być jak najmniej. 

Za przykład mogę podać Sudan Południowy. Pracuje tam sześciu ludzi z Polski, którzy koordynują projekty wartości kilku milionów Euro. Pracujemy w terenie, w bardzo oddalonych od siebie miejscach. Jedna osoba zajmuje się sprawami księgowo-administracyjnymi, druga logistyką. Nie mieszkają w hotelach, w których doba kosztuje 3 tys. dolarów. Wynajmujemy skromny dom, a w terenie mieszkają w namiotach albo tuklulach (dom ulepiony z gliny - red.)

 

Ile domów Polska Akcja Humanitarna postawiła na Haiti?

 

Współpracowaliśmy z organizacją „Habitat for humanity”, przekazaliśmy jej pieniądze, spisując specjalna umowę. Wtedy jeszcze na Haiti gruzy nie były uprzątnięte i nie było miejsca na budowę domów. Skupiliśmy się więc na stawianiu prowizorycznych schronień albo remoncie istniejących, starając się stworzyć ludziom względnie dobre warunki do życia.

Wyremontowaliśmy 130 domów i postawiliśmy 60 latryn w miejscowości Cabaret, bo tam częściowo były skupione nasze działania. 200 tymczasowych schronień naprawiliśmy w Léogâne i 650 w Port-au-Prince. One już stały, ale były w fatalnym stanie. My te schronienia przekształciliśmy w domy, które według naszych szacunków, mogą starczyć na 3, do 5 lat. A w tym czasie organizacje, które mają ogromne pieniądze – miały wybudować domy.

 

Czerwony Krzyż, jak wynika z ustaleń amerykańskich dziennikarzy, przez 4 lata wybudował sześć.

 

Za pieniądze, które dla Haiti zebrał amerykański Czerwony Krzyż – zrobilibyśmy o wiele więcej.

 

Okazuje sięże i tak zrobiliście o wiele więcej. 

 

Nasz budżet wynosił 600 tys. dol., z czego koszty osobowe – niecałe 40 tys. Koszt naszego domu to 1200-1300 dolarów. Poza tym finansowaliśmy też prowadzenie dwóch przedszkoli tymczasowych dla dzieci, bo chodziło o to, by je skupić w jednym miejscu. I wyremontowaliśmy oraz wyposazyliśmy pracownię protez.

 

Przydaje się polska umiejętność radzenia sobie w ekstremalnych warunkach i bez dużej kasy.

 

Nie mamy dużo pieniędzy, więc korzystamy z lokalnych ekspertów. Na przykład, do budowy studni w Sudanie nie zatrudniliśmy jeszcze żadnego inżyniera z Polski. Wynajmujemy specjalistów z Kenii, którzy nie biorą ogromnych diet, tzw. rozłąkowego. Koszt ich przelotu jest o wiele niższy. Poza tym, oni znają teren, lokalne języki, etc. 

Na Filipinach zbudowaliśmy 946 domów. Zebraliśmy na nie 1 mln 800 tys. zł. Tylko wśród ludzi, bo nie mieliśmy żadnej dotacji. Na miejscu była nasza jedna koordynatorka. Ale wyszkoliliśmy miejscowych stolarzy, ulepszyliśmy model domu przy pomocy lokalnego uniwersytetu, by był bardziej odporny na skutki cyklonu. Rok temu znowu przeszedł cyklon i żaden z naszych domów nie został zniszczony. Czyli wykonaliśmy dobrą pracę. 

Można? Można. 

 

Od trzęsienia ziemi na Haiti minęło 5 lat. Czerwony Krzyż wszedł na wyspę ze swoim projektem cztery lata temu. Dlaczego dopiero dziennikarze musieli odnotowaćże nie zrealizowali obietnic i tym samym oszukali darczyńców?

 

Wstydzę się za tak ogromną organizację. Nawet nie wiem, jak to komentować. Artykułów na temat tego, co dzieje się na Haiti, przeczytałam dziesiątki. Ale nie naszą rolą jest sprawdzanie innych organizacji, śledzenie tego, czy dobrze wydają pieniądze. Musimy zajmować się sobą i sprawdzać własne wydatki. Ale przyznam, że zastanawiałam się, kiedy w końcu ktoś zacznie robić wyliczenia i sprawą Haiti się zainteresuje.

Tak samo, jak kiedyś zastanawiałam się, czy istnieją jakieś rozliczenia polskich organizacji powoływanych do życia tuż po powodziach, w 1997 i 2001 roku…

 

Kilka dni temu dostałam maila. Nadawca napisałże spotkał się z sytuacją, kiedy wolontariusze w miejscach kataklizmów kwaterowani byli w najlepszych miejscowych hotelach. Luksusy dla wolontariuszy to, pani zdaniem, zaprzeczenie idei akcji pomocowych?

 

Oczywiście. Ale z oskarżeniami bym uważała. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że nasi pracownicy w Sudanie Południowym do 2012 r. mieszkali w namiotach, mieli wykopane latryny, zbudowane pomieszczenie na wodę w wiadrze, by polewając się kubeczkiem – mogli się umyć. Tam domów nie ma, musieliśmy więc stworzyć bazę. Ale w stosunku do tego, jak żyli ludzie wokół – mieliśmy luksusowe warunki. A i one się jeszcze polepszały, bo postawiliśmy kontenery. 

Wreszcie, gdy w czasie wojny zniszczono naszą bazę, wynajęliśmy dom, ale w Jubie. Co oznacza, że mamy bieżącą wodę i elektryczność. Gdyby porównywać standard życia, do standardu życia ludzi, którym pomagamy – nasz jest o wiele wyższy.

Na Filipinach nasz pracownik i wolontariusze mieszkali w bardzo skromnym ośrodku. Ale każdy pokoik miał łazienkę. I widok z okna na piękne morze i palmy. Ktoś, kto ogląda nasze zdjęcia z Filipin, powie: „luksusy”. Ale tam tak już jest. A wynajęta przez nas baza nie przypominała pięciogwiazdkowego hotelu. 

Ale wiem, że zazwyczaj pracownicy dużych organizacji mieszkają w luksusowych hotelach. Są nawet organizacje, które dla przedstawicieli bogatych rodzin organizują wycieczki, by mogli zostać wolontariuszami.

 

Na Zachodzie faktycznie rozwinął się wolontariat „all inclusive”. Na szczęście, w Polsce ta wolontariacka turystyka się nie upowszechniła. 

 

Na szczęście, nie. A jeżeli będzie się rozwijała, to mam nadzieję, we właściwym kierunku. I ludzie nie będą wyjeżdżać, by gdzieś zbudować szkołę. Bo naprawdę lokalni mieszkańcy też potrafią nosić cegły i stawiać ściany. Chodzi o to, by współpracować z miejscowymi organizacjami, które będą potrzebowały określonych umiejętności. Fakt, że na Haiti do budowy domów zatrudniano Amerykanów, jest po prostu śmieszny. Tam każdy mężczyzna potrafi zbudować dom, jeżeli ma z czego lub za co.

 

Wiem, że szukaliście ostatnio koordynatora do pracy na Ukrainie. Widziałam ogłoszenie i przyznam, że się zdziwiłam, że w taki sposób rekrutujecie.

 

Bo w Polsce jest mało osób, które taką pracę potrafią wykonywać. A jeśli są i mają doświadczenie, wybierają wielkie organizacje, które lepiej płacą. Bywa też, że ci, którzy się do nas zgłaszają – tak naprawdę chcą przeżyć przygodę. Uciekają od czegoś. 

 

życiu im nie wyszło i chcą zbawiać świat?

 

Nie do końca zdają sobie sprawę z tego, jak praca w PAH wygląda. Zasada jest jedna: ci, którzy z nami pracują, swoje problemy muszą mieć rozwiązane. Tak, by mogli zająć się rozwiązywaniem problemów innych.

Między innymi dlatego, by w przyszłości było nam łatwiej o pracowników, na UW, przy wydziale prawa i administracji otworzyliśmy podyplomowe studia pomocy humanitarnej. W tym roku ruszają także studia magisterskie. 

Nie potrzebujemy specjalistów „od czegoś”. Potrzebujemy odpornych na stres, zaradnych. Takich, którzy są w stanie wziąć plecak, pojechać do Ameryki Południowej na pół roku, nie mając za dużo pieniędzy. Tu coś zarobić, tam przyłączyć się do jakiejś organizacji, akcji. Takiego człowieka do pracy wezmę od razu. I to do pracy na umowę o pracę.

Pod warunkiem, że zna język angielski, bo nie mogę się wstydzić za raporty pisane dla donora. 

 

Jak Polacy reagują na pomoc dla Ukrainy? Czy kwestia sąsiedztwa ma jakieś znaczenie? Więcej wpłacają niż np. na pomoc dla Sudanu?

 

Na Ukrainę od początku wojny zebraliśmy może milion złotych, albo nawet nie. A na Nepal, w ciągu miesiąca, prawie dwa miliony. Ludzi, którzy są przeciwni pomocy na Ukrainie jest niestety sporo. I to jest bardzo smutne. 

 

A podobno zawsze hołdowaliśmy zasadzie, żeby pomagać, tym którzy są blisko, a nie płacić za pomoc dla Afryki. Ukraina powinna nam być bliższa. 

 

Kiedy akcja pomocy jest nagłaśniana przez media w związku z katastrofą naturalną – Polacy reagują bardzo żywiołowo. Dowodem tego jest Haiti, na które zebraliśmy ok. 2 milionów, czy Filipiny - 1 mln 700 tysięcy. Teraz na Nepal zebraliśmy już dwa miliony. A będzie więcej, bo akcja się rozwija. 

Polacy po prostu są akcyjni. Nie mają nawyku regularnego pomagania, ustawienia stałego polecenia przelewu na 20 zł miesięcznie. W przypadku konfliktów na Ukrainie, w Syrii czy Sudanie albo w przypadku długotrwałej pomocy – choćby akcji „Pajacyk” – o reakcję jest bardzo trudno.

 

Wystarczy raz do roku do puszki WOŚP wrzucić 5 złotych i problem pomagania mieć z głowy. 

 

Niestety, tak to wygląda.

 

 

Ciekawa jestem zatem, jak pomożemy syryjskim uchodźcom, którzy mają do nas przyjechać. Jedna z organizacji już zajmuje się sprowadzeniem prześladowanych chrześcijan. 

 

Jako kraj, naród, nie możemy zachowywać się obojętnie wobec potrzeby opuszczenia krajów przez ludzi, którzy przed wojną uciekają chcąc uchronić swoje życie. Nie możemy patrzeć na to obojętnie. 

Ale dokonywanie wyboru, że np. będziemy przyjmować tylko chrześcijan, jest nieprzyzwoite. Po wojnie, w czasach PRL, nikt nas nie pytał o wyznanie, mimo, że emigrowaliśmy także do krajów które były choćby protestanckie. 

Nasza organizacja od wielu lat zajmuje się uchodźcami, znam więc warunki w Polsce, wiem jak Polacy reagują na nich. A reagują najczęściej negatywnie. Polityka państwa jest za to odpowiedzialna. 

 

Dlaczego?

 

Bo nie ma wystraczających programów integracyjnych. Polska od zawsze starała się nadawać jak najmniej statusów uchodźcy, traktując tę sprawę marginalnie. Żadnego polityka nie było stać na powiedzenie, że solidarność ludzka tego od nas wymaga.

A mieliśmy szansę, by zbudować najlepszy system przyjmowania uchodźców. Okoliczność, że mamy ich mało, sprzyjała takim działaniom. Teraz jest coraz ciężej. Bo parcie jest coraz większe. Dlatego musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy tych ludzi przyjmować, czy ograniczyć liczbę tych, którzy nie mając co jeść, chcą emigrować do krajów, w których żywność się wyrzuca. A ograniczyć można tylko myśląc o zwiększonej pomocy kierowanej w tamte rejony.

Podstawowa pomoc, choćby w budowie studni, które pozwoliłyby potem na produkcję żywności – mogłaby bardzo taką imigrację ograniczyć. Ale my najchętniej byśmy niczego nie robili. Ani nie przyjmowali uchodźców, ani nie pomagali im. Tak chcemy żyć w tym naszym świecie i mieć nadzieję, że taki będzie stale. A nie będzie.

 

Trudno, żeby było inaczej, skoro nikt nie informuje, gdzie uchodźcy mieliby trafić, jak wyglądałby ich start w polskich warunkach. Ludzie wyobrażają sobie, że spotka nas to samo, co Lampedusęże wzrośnie zagrożenie terrorystyczne. Albo zainwestujemy w „uciekinierów”, dla których Polska ma być tylko przystankiem w drodze na Zachód Europy.

 

W 1957 roku przyjęliśmy 14 tysięcy uchodźców z Grecji. Czy coś nam się w związku z tym  stało? Uratowaliśmy ludzi, całe rodziny. Dziś mamy tę samą szansę. Dlatego jest mi wstyd za nasz rząd. Jeśli taką postawę będziemy mieć w Unii Europejskiej, to nie zasługujemy na pomoc, która do nas z Unii płynie.

 

Ale Komisja Europejska może nam narzucić przyjęcie konkretnej liczby uchodźców. 

 

Wtedy będę współczuła ludziom, którzy do nas przyjadą.   

Tagi: PAH, pomoc, ukraina, ochojska, haiti, czerwony krzyż

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone