22 Sierpnia 2015

Terroryzm
DSC1116.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska

Nikt z Estery na prośby nie odpisał. Historia Miriam Masalmeh

  • pap201508030CW.jpg Syria. Foto:PAP/EPA.

Bombardowania, strach, ucieczka, prośby o pomoc w przetransportowaniu do Polski – oto historia Miriam Masalmeh, obywatelki Polski. Kobieta wydostała się wraz z mężem i dwójką dzieci z syryjskiego piekła. Utknęła w Jordanii. Bez pieniędzy, bez perspektyw. O pomoc prosiła między innymi Fundację Estera, która szczyci się sprowadzeniem do Polski kilkudziesięciu syryjskich rodzin z nieobjętego walkami Damaszku. Nikt z Estery na te prośby nawet nie odpisał.

 

 

Miriam Masalmeh ma 27 lat. Jest córką Polki i Syryjczyka. Urodziła się we Wrocławiu. Dorastała w Trzebnicy. W Polsce mieszkała, dopóki żyła jej mama. Gdy miała 13 lat, ojciec zabrał ją i jej brata do Syrii. Był 2001 rok. Zamieszkali w przemysłowym mieście Daraa. To jedno z pierwszych miejsc, gdzie w 2011 roku ludność masowo zbuntowała się przeciwko reżimowi Baszara Asada.

 

Połowa marca 2011. Daraa. Reżimowe służby bezpieczeństwa aresztują grupę dzieci za napisanie antyrządowych haseł. Mieszkańcy wychodzą na ulicę. Domagają się ich uwolnienia. – Aresztowali nawet siedmiolatki. Torturowali je. Wtedy ludzie wyszli na ulice, prosząc Asada o wypuszczenie dzieci, ale policja i wojsko odpowiedziały użyciem broni. Zaczęli strzelać do ludzi. Użyli gazu – opowiada Miriam.

 

Zabrali męża

 

Tak rozpoczęła się wojna. Daraa stała się miejscem przez które do tej pory przebiega front.  – Są ludzie, których wojsko wtedy aresztowało i do tej pory nikt o nich nie słyszał. Również kobiety, dzieci oraz starsi. Moja znajoma została zatrzymana z dwudniową córeczką. Mała zmarła dwa dni później. Zmaltretowali ją tylko dlatego, że matka prosiła, aby uwolnili noworodka – kontynuuje Miriam i dodaje, że potem było coraz gorzej. Pewnego dnia do jej domu wkroczyło wojsko. Zabrali męża. Powód? Bo akurat był w domu. Przez kolejne dwa miesiące nie miała żadnej informacji o aresztowanym mężczyźnie. Po tym czasie znajomym udało się w końcu dowiedzieć, w którym więzieniu jest przetrzymywany. – Pojechałam do więzienia z dwumiesięcznym synem. Byłam w szoku, jak zobaczyłam męża. Pobity, wychudzony. Nie mogliśmy porozmawiać, bo wizyta trwała tylko 5 minut.

Po powrocie do domu kobieta zaczyna myśleć, jak wydostać męża z więzienia. – Po czterech miesiącach znaleźliśmy oficera, który powiedział, że pomoże, ale chce za to dostać 10 tysięcy dolarów. Nie miałam takich pieniędzy. Sprzedałam całe złoto, pomogli znajomi i rodzina. Udało się – opowiada.

 

Masakra, którą trudno opisać

 

To jednak zaledwie przedsionek piekła. Zaczęły się regularne bombardowania. Na miasto spadały rakiety i bomby zrzucane z helikopterów i samolotów. Dom sąsiadów został zrównany z ziemią. – Nic nie zostało, tylko szczątki ludzkie porozrzucane wokół ruiny. Masakra, którą trudno opisać – mówi Miriam.

Kilka dni później rodzina podjęła decyzję, aby przedostać się do innej dzielnicy. Kontrolowanej przez władze reżimu. Tam miało być bezpieczniej.

– Przyjechał po nas ojciec. Po drodze zaczęli do nas strzelać. Tata zatrzymał samochód bo nie wiedział skąd padają strzały. Zauważyłam, że wojskowi zbliżają się do nas. Rzuciliśmy się do ucieczki. Ja z siedmiomiesięcznym synem, mąż, ojciec, trzyletni brat i kolega męża. Schroniliśmy się w jednym z bloków. Trzeba było jednak wrócić do ostrzelanego samochodu po torbę z mlekiem dla dziecka. Poszłam z kobietą, która tam mieszkała. Auto wyglądało jak sito, a oni wciąż strzelali. Torbę wydobyła dziewczyna, która mi towarzyszyła. Ryzykowała życiem. Nigdy jej tego nie zapomnę – wspomina Miriam.

Po ośmiu godzinach wojskowi odjeżdżają. Rodzinie udało się dotrzeć do bezpieczniejszego domu ojca. Już wkrótce okaże się, jak wielkie mieli szczęście. Porzucony przez nich dom niedługo po ucieczce również został zrównany z ziemią.

 

Postanowili przedsostać sie do Polski

 

Wiara w to, że wojna się skończy, umiera po 4 latach. Rodzina postanowiła przedostać się do Polski. Pokonali trudności związane z brakiem ważności paszportów. Pomógł polski konsul w Jordanii. Wydał dokumenty dla Miriam i  syna. Przywiózł je z Ammanu znajomy taksówkarz, korzystając z tego, że granica jest jeszcze otwarta. Dwa dni później kobieta wyjechała z dzieckiem do Jordanii.

 

W Syrii został mąż. – Mąż obiecał, że przyjedzie do Jordanii jako emigrant. Po czterech miesiącach przygotowań wyruszył ze swoim bratem, jego żoną i pięcioma córkami. Na piechotę. Szli z innymi uciekinierami. Wokół spadały bomby. Po 15 dniach marszu wiele osób umarło z głodu i gorąca. Temperatura na pustyni sięgała 50 stopni. Gdy dotarli do brudnego dołka, w którym była woda, rzucili się do niego, choć w tym dołku kąpały się właśnie wielbłądy. Pili odcedzając wodę z robaków przez chusty, które kobiety miały na głowach. Do granicy dotarli pięć dni później. Tam utknęli na kolejnych 10 dni. W końcu mąż ze swoim bratem i rodziną zostali wpuszczeni do Jordanii – relacjonuje Miriam.

W czasie, kiedy mąż przedzierał się przez pustynię, kobieta urodziła drugiego syna. W konsulacie załatwiła dokumenty dla całej trójki. Młodszy chłopiec ma tylko obywatelstwo polskie.

 

NIe ma pięniędzy na bilety lotnicze

 

Wydawać by się mogło, że koszmar się kończy. Pozostała jednak bariera finansowa. Trzeba uzbierać na bilety lotnicze, a rodzina ledwo zarabia na czynsz w wynajmowanym pokoju. – Czasem nie mam na mleko dla dzieci. Mąż pracuje i w ciągu dnia, i w nocy. Najpierw od 8.00 rano do 21.00. Przychodzi na obiad i wychodzi do drugiej pracy, od 22.00 do 3.50. Ja też dorabiam sprzątając.

Według relacji Miriam problemem są nie tylko bilety lotnicze, ale i kara za pobyt bez wizy. Kobieta, jako obywatelka Polski, otrzymała prawo do pozostania w Jordanii tylko przez 7 dni. Ten termin dawno upłynął. Jeśli rodzina pozostanie w tym kraju do końca sierpnia, suma urośnie do 2 tysięcy dolarów. Jeśli nie zostanie zapłacona, Miriam zostanie aresztowana na lotnisku.

 

 

Została ochrzczona w Polsce, ale później, mieszkając w Syrii, przeszła na islam

 

– Pewnego dnia odnalazła mnie na Facebooku pani Ewa Tarnopolska z Trzebnicy. Powiedziała, że pomoże mi zebrać pieniądze – opowiada Miriam z nadzieją. Postanawiam skontaktować się z panią Tarnopolską.

Okazuje się, że to przyjaciółka zmarłej mamy Miriam z czasów, kiedy rodzina mieszkała w Trzebnicy. Kobieta zbiera pieniądze na bilety, zapewnia, że jest w stanie zapewnić całej syryjskiej rodzinie mieszkanie w Polsce, a dorosłym znalazła już nawet pracę. Nie jest jednak w stanie zapłacić kary za przedłużony pobyt w Jordanii.

- A do Fundacji Estera nie próbowała pani dotrzeć? – pytam.

– Próbowałam 10 razy. Pisałam, dzwoniłam i nic. Jest mi zresztą przykro, jak słyszę o takich fundacjach jak Estera, która okłamuje cały świat, mówiąc o religii islamskiej, o której pani Miriam Shaded (szefowa Estety) nic nie wie; nigdy też nie była w Syrii. Nie każdy muzułmanin to dżihadysta. Religia nie każe zabijać, jak opowiada ta pani – denerwuje się Miriam, która jako dziecko została ochrzczona w Polsce, ale później, mieszkając w Syrii, przeszła na islam. Brzydzi się zarówno reżimem Asada, jak i terrorystami mordującymi chrześcijan z Państwa Islamskiego.

Irytują ją jednak nie tylko poglądy szefowej Estery. –  Jeszcze bardziej mnie zszokowało, że ona ściąga do Polski tylko i wyłącznie ludzi z Damaszku, którzy żyli i żyją w dzielnicach chronionych przez reżim Asada. To dzielnice, które nie są bombardowane. A ludzie, którzy tam mieszkają, pracowali jako inżynierowie, lekarze, adwokaci itd.… To bardzo zamożni mieszkańcy. Teraz sprzedali swoje majątki i wyjechali do Polski. A co z tymi, którzy są mordowani przez reżim Asada? Co z kobietami, dziećmi zabijanymi z zimną krwią?

 

Miriam Masalmeh obiecuje, że gdy tylko dotrze do Polski, opowie całą prawdę o działalności Estery. Dodaje, że w Syrii jest mnóstwo mieszanych małżeństw polsko-syryjskich, które próbują się wydostać z piekła, ale nie wiedzą jak. Ich mieszkania zostały zniszczone. Nie mają pieniędzy. Nie wiedzą, jak to zrobić. I być może to im w pierwszej kolejności powinien pomóc polski rząd, zamiast firmować wątpliwą akcję przeprowadzoną przez fundację Estera.

 


 

Pieniądze na bilety lotnicze i karę zbiera Ewa Tarnopolska przy pomocy wrocławskiej fundacji Nomada. Stowarzyszenie Nomada uruchomiło specjalne konto, na które można wpłacać pieniądze dla rodziny Miriam:

88114011400000469018001010
WAŻNE! W tytule przelewu prosimy pisać: „Darowizna na cele statutowe/wsparcie dla Miriam”
Więcej informacji pod nr telefonu: 695 616 530 lub pod adresem: nomada@nomada.info.pl

Tagi: miriam masalmeh, syria, fundacja estera, daraa, baszar asad, imigranci, państwo islamskie

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone