01 Września 2015

Terroryzm
1280x852.jpg
autor: Izabela Smolińska

Matka Agata od dzieci niechcianych

  • Dzieci-1.jpg Agata z dziećmi: Krzysiem, Mariolą, Agatą i Piotrusiem. I Nikola, córka opiekunki
  • IMG-8162.JPG Mariola i Piotruś trafili do Agaty z domu dziecka w Mrągowie
  • IMG-8171.JPG Agata z rodziną (i Beethovenem)
  • IMG-8174.JPG Rodzina niemal w komplecie, z Nikolą- córką opiekunki
  • IMG-8164.JPG Agata Szlagier i Krzyś
  • IMG-8255.JPG Mariola, po wakacjach - gimnazjalistka
  • IMG-8175.JPG Agata z dziećmi
  • IMG-8182.JPG Agata z Agatką i Mariolą
  • IMG-8278.JPG Krzyś ogląda telewizję w swoim pokoju

Dyrektor PCPR argumentowała, że nie powinnam brać dzieci pod opiekę, bo nie mam majątku. Generalnie się zgadzam. Lepiej mieć. Ten majątek zresztą kiedyś był, ale wszystko się rozeszło. Na dzieciaki. Dzieci pochłaniają absolutnie wszystko, a takie dzieci tym bardziej. To jest studnia bez dna.

 

– Przy takiej kapliczce, co się właśnie nam buduje, skręci pani w żwirową drogę w prawo i dojedzie pani do nas – tłumaczy przez telefon Agata Szlagier. Mijam bramę i wjeżdżam prosto w harmider. Dzieci. Dorośli. Szczeniaki. Remont.  – Dzień dobry – wita mnie szerokim, ufnym uśmiechem drobny niewysoki chłopiec. Buzię ma jeszcze dziecięcą, ale z mocnym zarostem. To Krzyś.

Siadamy przy stole w jadalni (i bawialni w jednym). Wszyscy, poza Ewelinką. Uczy się z koleżanką angielskiego do poprawki w szkole. Krzyś naprzeciwko mnie, uśmiech niemal nie schodzi mu z twarzy. Mariola obok niego. Obserwuje, uważnie słucha, dopytuje o wszystko. Po wakacjach idzie do gimnazjum. Agatka (z Wiktorem) obok cioci Agaty. Dostaje poważne zadanie pilnowania czasu, żeby nie przegotował się makaron na obiad. Piotruś kładzie się na kanapie i gra w gry na telefonie cioci (dopóki go nie rozładuje). Co jakiś czas krzyczy, żeby podeszła i go przytuliła. Nie prosi, a właśnie krzyczy, słowo „ciocia”, zastępuje często słowem na „k”.

Jest jeszcze Nikola – córka Ani, która teraz pomaga Agacie w domu, 13-letni pies i trzymiesięczny szczeniak, którego dzieci sobie wyrywają z rąk. – To Beethoven. Albo Betonen, jak woła na niego Piotruś – śmieje się ciocia Agata. W pokoju za ścianą jest jeszcze babcia Ania, jej mama.

 

I

Ciocia i wujek

– Kiedy to się wszystko zaczęło? 24 lata temu. Mąż był żeglarzem, po rodzicach, i bardzo chciał mieszkać na Mazurach. Mnie było wszystko jedno, aby daleko, las i spokój. Jakbym sama wybierała, pewnie byłoby jeszcze gdzieś dalej – mówi Agata. – Moja rodzina pochodzi z Warszawy. Prababcia przed wojną była nauczycielką, pradziadek inżynierem w elektrowni. Mieszkałam na Widok, zaraz koło rotundy. Bardziej w centrum już się nie dało. I niemal od zawsze chciałam uciec. Z tą myślą skończyłam zootechnikę. Z tym że jak zaczynałam studia, to był nakaz pracy w PGR-ach, a jak kończyłam, okazało się, że dla naszego roku są tylko dwie propozycje, bo się w międzyczasie świat zmienił. I trzeba też było zmienić plany.

Powstało gospodarstwo agroturystyczne. Ekologiczne. Były krowy, owce, konie. Był ser własnego wyrobu, ocet jabłkowy, musztarda i wędliny. Przyjeżdżali turyści z Niemiec, Holandii, Belgii. Był dom, pieniądze były, brakowało dzieci. 

– Okazało się, że nie możemy mieć własnych. Ja chciałam adoptować, mąż się wahał . Czekałam siedem lat, w końcu się zgodził. W 2003 r. przeszliśmy odpowiednie szkolenie.  W Giżycku, bo w Mrągowie jeszcze takich nie było. Przyjechały panie z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR), obejrzały dom i powiedziały, że musimy wstawić kolorowe mebelki i powiesić firaneczki. Stwierdziłam, że firaneczek nie będzie, bo nie lubię. No to okazało się, że dzieci, które potrzebują domu, też nie ma.

 

II

Ewelinka. 9-letnia mama

Z pomocą przyszła babcia – ginekolog. Jedna z jej pacjentek pracowała w fundacji „Przyjaciółki”. I szukała domu dla 9-letniej dziewczynki z Lublina. 

Dziś Ewelinka ma 20 lat.  – Pracujemy nad tym, żeby podjęła samodzielne życie, bo dzięki poradni psychologiczno-pedagogicznej nie będzie mieć żadnej renty. Był taki trend kilka lat temu, żeby nie stygmatyzować dziecka i nie etykietować  diagnozą „upośledzenie”. I chociaż Ewelince w badaniach wyszło upośledzenie w stopniu lekkim, musiała pójść do technikum, bo po gimnazjum miała już 18 lat, za dużo na szkołę zawodową. Gdyby miała orzeczenie o konieczności kształcenia specjalnego , do 24 roku życia traktowana by była jak niepełnoletnia - mówi ciocia Agata.

– W technikum sobie nie radzi?

– Radzi, w tym sensie, że w pierwszej klasie miała dwie poprawki i dwanaście zagrożeń, a w drugiej już dwa razy mniej. Ale np. nauka języków obcych w jej przypadku jest po prostu nieporozumieniem.

Dwanaście lat temu o Ewelince było głośno w Lublinie i w całej Polsce. W domu w rodzinie zastępczej wybuchł pożar, w którym zginął pięcioletni Kamil, brat dziewczynki. Opiekunów oskarżono o niedopełnienie obowiązków. Byli pod wpływem alkoholu, ale ostatecznie sprawę umorzono. Rodzinę rozwiązano, a Ewelinka trafiła do domu dziecka. I ciągle pytała o Kamilka, ale nikt nie chciał jej powiedzieć, że zginął. – I tak się domyślała i bardzo to przeżywała, ale nie zwracano uwagi na to, co czuje. Cały czas, jak się tułali od domu do domu, byli razem. I ona się Kamilkiem zajmowała – mówi Agata. – Jak matka straci dziecko, to się to nazywa dużą traumą i wszyscy na nią chuchają i dmuchają. A jak 9-letnia matka straciła 5-letnie dziecko, to było to w ogóle niezauważalne.

 

III

Krzyś. Piroman

Okazało się, że ta małoletnia matka zajmowała się też drugim braciszkiem, 12-letnim Krzysiem. Po pożarze rodzeństwo rozdzielono. Ewelinka zawsze była grzeczna, cicha, spokojna. Trafiła więc do ładnego domu dziecka, dla grzecznych dzieci. Krzyś do takiego, gdzie kierowano dzieci bez szans, „odpady”.  – Jak się zainteresowaliśmy Ewelinką, niby nam powiedzieli, że ona ma też brata, ale od razu zasugerowali, że to nieistotne, że jest upośledzony, kłopotliwy i że w ogóle nie musimy go poznawać. Albo że na przykład można go umieścić w szkole z internatem – wspomina matka zastępcza.

Pożar uznano za wypadek. Ktoś też wpadł na pomysł, żeby oskarżyć Krzysia. Sprawa była już w sądzie. Chłopiec trzy razy był przesłuchiwany i z każdym razem mówił coś zupełnie innego. Niewiele rozumiał z tego, co się stało. Pojawił się pomysł, żeby go umieścić w ośrodku. Na szczęście udało się wytłumaczyć, że środek zaradczy w postaci umieszczenia w rodzinie zastępczej właśnie już zaczyna być wdrażany.

I to właśnie Krzyś przyspieszył ciągnącą się miesiącami procedurę sądową. Ruszyła zimą 2004 r., ale mimo że Agata i Wojtek zabrali do siebie dzieciaki na Wielkanoc, jeszcze po świętach, w kwietniu, lubelski Rodzinny Ośrodek Diagnostyczno-Konsultacyjny (RODK) badał ich więzi z poprzednią rodziną. Tą, w której  w pożarze zginął 5-letni Kamil.

Po powrocie z Mazur i badaniach Krzyś odmówił wejścia do swojego domu dziecka. Nie pomogły kilkugodzinne negocjacje. Ostatecznie pozwolił się zawieźć do domu dziecka Eweliny. Tam dał się jakoś wprowadzić do gabinetu psychologa. Po czym zaczął ten gabinet demolować. – Od jednej ściany do drugiej. Jak doszedł do komputera, pani psycholog zadzwoniła do sądu i od ręki załatwiła czasowe umieszczenie rodzeństwa w rodzinie zastępczej. Przez kilka miesięcy było to niemożliwe, a nagle okazało się, że można. Krzyś załatwił – śmieje się Agata.

 

A teraz cię uduszę

Jak wspomina, z Krzysiem nie było lekko. Wystarczyło na moment spuścić go z oka, żeby wydarzyło się jakieś nieszczęście. I to nie tak, jak zdarza się w niemal każdym domu, gdzie są dzieci, że ktoś podpali fotel czy wybije szybę. To była katastrofa za katastrofą, 24/7.

–  Nigdy nie zapomnę, jak jechaliśmy do szkoły. Krzyś nie chciał, nie lubił. Miał chyba taki lęk, że go zostawię, protestował. Gryzł, drapał. Musiałyśmy go z mamą ubierać na siłę i niemal wkładać do samochodu. No i jedziemy "szczupakiem" - takim starym passatem kombi. Jestem już na szosie do Mrągowa. Krzyś wchodzi za kanapę, do bagażnika i po chwili widzę we wstecznym lusterku, że wychodzi z linką holowniczą. Siada za mną i mówi: „A teraz cię uduszę”. Zupełnie poważnie. Innym razem, w ramach protestu powyrzucał z samochodu wszystko, co znalazł. Zaczynając od fotelika, po butelkę wody. On był łobuz, ale bardzo otwarty i ciepły. Był taki moment, że jak był w szkole, to tęskniłam, żeby już wrócił, bo za długo go nie było.

Wojtek z Agatą próbowali dowiedzieć się dlaczego chłopiec jest upośledzony, bo to nie były przyczyny genetyczne. Zrobili badania. Zaczęli szukać w internecie. I tak trafili na FAS. Krzyś wyglądał identycznie jak chłopiec na zdjęciu. Płodowy zespół alkoholowy ma też Ewelina.

Dzisiaj Krzyś jest spokojny, wyciszony, uśmiechnięty. Jest pod opieką psychiatry, bierze odpowiednie leki. Lubi oglądać telewizję, lubi psuć komputer, lubi długie kąpiele w wannie.  – Poza tym nie lubi chyba robić nic więcej, zwłaszcza jeśli ma to cechy pracy – śmieje się Szlagier. Jeździ na terapię zajęciową do Mikołajek.

 – Co lubisz oglądać najbardziej?

 – Filmy o zwierzętach – odpowiada bez chwili namysłu Krzyś.

 – A w domu wszystkich lubisz tak samo?

– Ciocię najbardziej. Kocham ciocię.

 

Wszyscy chcą się przytulać.

W domu rozmawia się otwarcie. Kto ma jakie wady, jakie ograniczenia, kogo na co stać, z  czym sobie raczej nie poradzi.

 – Oni muszą swoje życie przeżyć i muszą mieć informacje o sobie. Krzyś wie, że jest upośledzony. Ale to nie znaczy, że jest gorszy. Jeden jest gruby, drugi łysy, trzeci chodzi w okularach. Każdy jest inny, każdy ma jakieś cechy. Krzyś potrafi policzyć swoje palce i dodawać w zakresie 10. Z odejmowaniem jest już gorzej, ale czyta, i to naprawdę ze zrozumieniem. Zupełnie przyzwoicie pisze, także pod względem ortografii. Piotruś jest bardzo zaradny. Kiedyś w sklepie wygonił mnie od kasy. Stanęłam z boku i patrzyłam jak sobie poradzi. Dostał resztę, poleciał po drugi wózek i jeszcze panią kasjerkę zaangażował w pomoc, żeby mu popakowała zakupy. Zanim pojawił się u nas, zawsze trzymałam kluczyki w stacyjce, żeby nie musieć szukać. Teraz nie mogę bo okazało się, że ten skubaniec (patrzy na Piotrusia) umie uruchomić samochód.  

Nie ma porównywania się. Nie ma licytowania, że ktoś jest lepszy, ktoś gorszy. Czasem Ewelina wymyśla reszcie, że nie będzie przebywać z debilami. Bardzo się stara, żeby żyć w świecie normalności. – A i tak tu jest – podsumowuje Mariola.

Jedno wszystkich łączy. Wszyscy chcą się przytulać. Najwięcej Piotruś, Ewelinka najmniej. Jest bardzo zamknięta, przez te lata tułaczki od domu do domu nazbierała bardzo dużo różnych problemów. Kiedy przyjechała na Mazury, przez pierwsze dwa lata w ogóle nie dawała się dotknąć. Teraz przytula się głownie do Bartka. To jej chłopak.

– PCPR to akceptuje?

 – Ostatnio jedna z pań zobaczyła ją z papierosem i to był problem. A przecież ona ma 20 lat. Ja w tym wieku też paliłam. Kiedy ma spróbować papierosa, pofarbować włosy? Na emeryturze?

– Ale jak coś się zdarzy, będzie argument, że pani nie dopilnowała.

– No, u Agatki też nie dopilnowałam. Tylko jak?

 

VI

Agatka. Rola życia

– Kopie? – pytam dziewczynę.

– Mhm

–  To pewnie będzie piłkarz.

 – Pewnie tak – uśmiecha się nieśmiało.

Po doświadczeniach z Ewelinką i Krzysiem Szlagier stwierdziła, że skoro już wie, na czym polega FAS, może wziąć trzecie dziecko. I tak w 2007 r. w domu pojawiła się Agatka. Oczywiście, dzięki pomocy znajomych, bo mimo że jest z województwa, spod Elbląga, PCPR znowu twierdziło, że nie ma dzieci, którymi trzeba się zająć. Agatka jest dzieckiem z ekstremalnym FAS. Jest w dolnej granicy upośledzenia umiarkowanego, ma orzeczenie o znacznej niepełnosprawności.

Kiedy pojawiła się u Wojtka i Agaty, miała siedem lat i tylko 116 cm wzrostu. Była malutka, chudziutka, prawie nie mówiła. Tak jak mama Ewelinki i Krzysia, jej mama też piła w ciąży. Tak jak ich, jej też nie żyje. Za moment Agatka sama będzie mamą. Wiktorek urodzi się za dwa miesiące.

– Boję się tylko tego, co będziemy mieć w sądzie – wzdycha ciocia.

(Agatka tuli na kolanach szczeniaka. Piotruś znowu krzyczy, używając słowa na „k”, tego co wcześniej, Mariola pyta co, znaczy słowo „nieadekwatne”, które pada w rozmowie).

Będzie występować o stanie się rodziną zastępczą dla Wiktorka. Przynajmniej na te dwa lata, zanim Agata osiągnie pełnoletność. Idealnie byłoby, gdyby mogła nią być do pełnoletności Wiktora. Jeśli sąd w pierwszej instancji nie wyrazi zgody, odwoła się do drugiej. Będzie walczyć do końca.  – Dla Agatki to ogromna szansa na rozwój emocjonalny. Będzie miała kogo kochać. Ktoś ją będzie kochał bezwarunkowo. Ona dużo rzeczy może zrobić, ale pod kontrolą – mówi.

– Może się usamodzielnić?

– Tak naprawdę? Nie.

Taty dziecka nie będzie. Było postępowanie w prokuraturze, po zawiadomieniu ze szkoły. Skończyło się umorzeniem. Agata ma 16 lat. Nie chciała powiedzieć kto jest ojcem. Kilku potencjalnych się wyparło. Wszyscy są pełnoletni. Każdy upośledzony. I raczej żadnego nie stać na alimenty.

– Czemu Wiktor? Wybierałyśmy z Eweliną imiona, na które by się Agatka zgodziła i tak wyszło. Bo te bardziej nowoczesne, to ja nie bardzo. A z kolei jakiś Jan Tadeusz, to dla dziewczyn starocie.

– Fuj! – wzdraga się Mariola.

 

V

Mariola. Sto pytań na minutę

Mariola ma prawie 13 lat. I jako jedyna szasnę, żeby wrócić do domu, bo ma do kogo. Kiedy trafiła do domu dziecka, jej mama poszła na terapię, przestała pić. Do cioci Agaty Mariola trafiła dzięki nauczycielce ze szkoły, która od lat przyjaźni się z Agatą. Ma brata, dwie siostry – wszyscy upośledzeni, tak jak rodzice. Mariola nie. Tyle że ma ogromne zaległości, bo w domu nie było nie tylko internetu czy telewizora, ale w ogóle prądu. Teraz próbuje nadrabiać. Jak kilkuletnie dziecko, pyta o znaczenie najprostszych słów. Co to czek, voucher, dyktafon, co robi dziennikarz.

Kilka dni temu wróciła z Warszawy. Pytam, czy coś zwiedzała. Peszy się. – Chodziliśmy wokół takiej… wieżyczki… Nie pamiętam jak się nazywała – mówi. Szuka na zdjęciach w telefonie. I pokazuje Pałac Kultury.

Jest dużo do nadrobienia. Chciała się tym zająć krewna Marioli, która odnalazła się gdzieś pod Warszawą. Cioteczna babcia zaplanowała dziewczynce całą karierę. Że skończy studia, będzie księgową, że pójdzie do szkoły muzycznej.  – Ja rozumiem, że szkoła muzyczna jest fajna, a kształcenie słuchu może rozwinąć praktycznie każdego, chociaż akurat w przypadku Marioli to raczej niewykonalne. Ona nie jest w stanie powtórzyć melodii „Płonie ognisko w lesie” – broni dziewczynki ciocia. – Ale nie każdy wszystko musi, a ambicje rodziców nie zawsze można zaspokoić. Zresztą ciocia-babcia spod Warszawy się wycofała i Mariolka trafiła do nas.

Mariola chce zostać modelką.

– Tylko muszę się nauczyć angielskiego. Na razie nic nie umiem praktycznie. Wiem jak jest kot, pies i tyle – wzdycha nastolatka.

Wróciła do swojej dawnej szkoły. Co weekend odwiedza rodziców. Mieszkają w Faszczach, 10 minut drogi stąd.  Agata im pomaga, przyjaźnią się.

– Dzięki temu ja tam więcej mogę zdziałać. Zwłaszcza że nie ma asystenta, który by z rodziną pracował, bo pani, która została do tego wyznaczona, poczuła się urażona tym, co powiedział jej tata Marioli. (Tata nie przestał pić). Trochę tego nie rozumiem. Obrażanie się na podopiecznego jest raczej mało profesjonalne. Piotruś też zwraca się do mnie często tak, jak się zwraca, tak ma. I tak w porównaniu z tym, co było rok temu, jest postęp. Bo on wtedy po prostu nie znał innych słów.

 

Rodzina zastępcza musi być bogata

Agata mogłaby wystąpić z wnioskiem do sądu, żeby rodzice Marioli łożyli na jej utrzymanie. Powinna to zrobić, ale nie chce, ze względu na łączące ich  relacje. Jak mówi, nie chce być kimś w rodzaju urzędnika

Sama ma na głowie kilku: z OPS (za każdym razem, kiedy do sądu pójdzie jakieś pismo, czyli dość często), z CPR, koordynatora rodziny – bo jest rodziną zastępczą, i kuratora – bo niespokrewnioną niezawodową. O „uzawodowienie" stara się od lat. Bez skutku. Za każdym razem słyszy to samo: że nie ma odpowiednich warunków i że za mało zarabia. – Tłumaczę, że właśnie po to staram się o status zawodowej, żeby te warunki poprawić, ale to na nic. Kiedyś to chociaż robiłam sery, a teraz co? Siedzę sobie w domu na Mazurach i mam kupę czasu – śmieje się.

(Piotruś krzyczy, żeby ciocia podeszła go przytulić. Słowa ciocia znowu używa zamiennie ze słowem na „k”).

Dostaje po 1000 zł na Ewelinę i Mariolę i po 1200 na Agatkę i Piotrusia, bo mają orzeczenie o niepełnosprawności. Krzyś, wedle prawa, jest już dorosły i usamodzielniony. Z pieniędzy, które na to usamodzielnienie dostał, kupili do domu zmywarkę. Krzyś też, jak śmieje się Agata, jest bogaty. Ma 600 zł miesięcznie renty socjalnej. W sumie Agata utrzymuje dom za 4 400 zł.

W PCPR słyszy, że nie powinna narzekać na finanse, bo przecież to i tak więcej niż w niejednej rodzinie. A poza tym to sama chciała.

Swoją drogą, te pieniądze chyba trochę kłują w oczy. Więc jest dużo dziwnych donosów. Ostatnio nawet policja przyjechała o 23.20, bo był telefon, że jest pijana. – Zaproponowałam panom, że może by codziennie przyjeżdżali i kazali mi dmuchać, to będę mieć twardy dowód, że nie piję – mówi. – Jest taka koncepcja, że ja sobie nie radzę. Z Piotrusiem, jak do tej pory, nikt sobie nie radził. A my od roku mamy wyraźny postęp. Nie wiem, w czym problem. To musi być jakaś pozamerytoryczna przyczyna.

Kiedy podejmowano decyzję o umieszczenie w rodzinie zastępczej Marioli i Piotrka, dyrektor CPR-u wysyłała do sądu kolejne pisma, o które nikt nie prosił. A to, że nie ma dobrych warunków, a to, że w kuchni stoi karma dla psów, że pranie suszy się w domu. Kiedy sąd zapytał, o co konkretnie chodzi, dyrektor powiedziała, że o zniszczoną podłogę. Że wprawdzie nie zagraża życiu, ale że przydałoby się ją wycyklinować. I że buty są ciągle porozrzucane, a dzieci nie ścielą łózek, czyli nie są nauczone porządku.

 –  I te wszystkie kontrole skupiają się na tym samym: że buty, że łóżka i że karma w kuchni. Doszło do tego, że jak urzędnik puka do drzwi, to ja się zrywam i biegnę po ten worek karmy, zamknąć go u siebie w pokoju. Zatrudniłam też panią, która sprząta. Ale okazuje się, że też źle. Na kontrolach nikt oczywiście złego słowa nie powie,  a potem dowiaduję się, że do sądu wpłynęło kolejne pismo.

Raz pani w szkole stwierdziła, że Mariola ma brudne paznokcie. No to CPR napisało, że trzeba się poważnie zastanowić nad opieką, bo dziecko jest zaniedbane. Tak samo było, jak kiedyś rozerwała spodnie.

– Wywróciłam się, no bo szłam po piłkę – wyjaśnia.

– No i trzeba było zawiadomić sąd, bo wiadomo, że sąd nie ma się czym zajmować – mówi Szlagier.

Innym razem poszło pismo o ochronę dobrego imienia placówki. Bo Agata powiedziała w telewizji, że pieniądze z opieki społecznej jej na wszystko nie wystarczają. Sama pojedyncza sesja Tomatisa – treningu słuchowego dla Marioli i Eweliny, to po 1500 zł na każdą z dziewczynek. Ostatni wyjazd do Warszawy kosztował ponad 3000 zł. To jak ma wystarczać?

Nie dałaby rady, gdyby nie własna zaradność i pomocy zwykłych ludzi.

 – Pisałam do „Przyjaciółki”, ale nie dostaliśmy nic na wakacje. Czasem uda się coś wyżebrać od znajomych. To są trudne sytuacje, bo ciężko jest żebrać. Głupio mi. W sumie nic takiego nie robię, żeby wszyscy chodzili i mi pomagali. Ale ludzie wokół są bardzo życzliwi. Ostatnio nie mogliśmy uruchomić betoniarki, to pojechałam do sąsiada zapytać, czy nie ma kabla trójfazowego. Nie miał, więc załadował na ciągnik swoją betoniarkę i przywiózł do mnie Ten remont też robimy tylko dzięki prywatnym osobom. Jeden pan dał nam voucher na 3000 zł na materiały budowlane w swojej hurtowni. Drugi dołożył kolejne 3000.

Sporo też pomógł dyrektor domu dziecka w Mrągowie, z którego przyszli Mariola i Piotruś. Załatwił trochę sprzętów domowych, jakiś mikser, grilla. Dał 4,5 tys. z konkursu, do którego Agata aplikowała. Poszły właśnie na tego Tomatisa. I ciągle jest mało.

Kiedyś, na jednym z posiedzeń w sądzie, dyrektor PCPR argumentowała, że Szlagier nie powinna brać dzieci pod opiekę, bo nie ma majątku. Że lepiej by było, gdyby miała. Sędzia tylko wychyliła się ze swojego krzesła i powiedziała: „No, ja też bym wolała mieć majątek”. - Generalnie się zgadzam. Lepiej mieć - mówi Agata. Ten majątek zresztą kiedyś był, tylko się wszystko rozeszło. Na dzieciaki. Dzieci pochłaniają absolutnie wszystko, a takie dzieci tym bardziej. To jest studnia bez dna.

 – Czy myślę o założeniu fundacji? Tak. Nie mam spadkobierców. Dom ma 200 mkw. Nie jakaś nadzwyczajna wartość, ale coś tam jest. Jest też kawałek ziemi dookoła, na której można by coś zrobić. Ja mam już 50 lat. Babcia, prababcia, mając ponad 90 lat pracowały. Też mam taki plan na życie. Powiedzmy, jestem w połowie. Jestem zdrowa, silna, nic mi nie jest, no OK. Ale Piotruś ma dopiero 7 lat. Według przepisów, ma prawo być rodzinie zastępczej do 24 roku życia. To jeszcze kawał czasu. Mam nadzieję, że będzie całkowicie samodzielny. Jeżeli się nie uda, to tu będzie miał dom, tak jak Agatka czy Krzyś.

 

VI

Piotruś. Dwulatek XXL

Piotruś trafił się w pakiecie. Dyrektor domu dziecka w Mrągowie powiedział, że oczywiście pomoże w umieszczeniu Marioli w Użrankach, jeśli Agata weźmie też Piotrka. W domu dziecka nikt sobie z nim nie radził. Demolował pokój, wybijał szyby, rozbijał ściany, niszczył meble.Bez pomocy dyrektora byłoby trudno, bo nie da się funkcjonować, nie mając nikogo po swojej stronie. Była opcja: albo dwoje, albo żadnego. Wzięła dwoje.

Piotruś to 60 kilo żywej wagi. Psycholog na razie odradza odchudzanie, bo jedzenie dla chłopca to substytut bezpieczeństwa. I tak jest lepiej, niż było. Wcześniej pochłaniał wszystko, co wpadło mu w ręce. Potrafił na raz zjeść kilogramową paczkę parówek. Teraz już nie. Ale cały czas jakaś bułka, czy coś takiego, musi być. Ma metr pięćdziesiąt i blond irokeza z tyłu głowy – efekt kompromisu, bo Piotruś za nic nie chciał dać sobie ściąć bujnych loków. A Agata bała się, że jak go z nimi puści do szkoły, znowu będzie musiała tłumaczyć się w sądzie, że dziecko wcale nie jest zaniedbane.

– W zeszłym roku był w pierwszej klasie w szkole specjalnej. I w tym roku też będzie. Dotąd praca z nim poległa głównie na tym, żeby w ogóle wysiedział w ławce. Chociaż tak to wgląda na pierwszy rzut oka, nie ma ADHD. Jak twierdzi Agata, mimo orzeczenia – być może nie jest nawet upośledzony. Piotruś ma PTSD. Zespół stresu pourazowego. Po pobycie w domu. Początkowo w ogóle nie spał, najwyżej 2–3 godziny. I cały czas działał na najwyższych emocjach, największej adrenalinie, totalnie pobudzony i wykończony zarazem – to jeden z typowych objawów.

Tata, Piotrusia, Franek, to dobry człowiek. Upośledzony i głuchy, ale bardzo pracowity. Razem z mamą i rodzeństwem żyli w malutkim mieszkanku w jednym pokoju, ale dawali radę. Tyle że w międzyczasie, po 25 latach, z więzienia wyszedł tata Waldek. Mama też siedziała, ale tylko 8 lat, za współudział. A potem ułożyła sobie wszystko na nowo, z Frankiem. Waldek się do niej wprowadził i tak sobie żyli, w takim trójkącie, aż pojawił się Piotruś. Tak jak najstarsza siostra, bardziej podobny do taty Waldka niż Franka. Doświadczył wszelkiej możliwej przemocy i wszelkiego możliwego zaniedbania.

 – Starsze dzieci były w szkole albo w świetlicy, a Piotruś był w domu. I niby nikt tego, co się z nim działo, nie zauważał, a jednocześnie cały czas jeszcze słyszę, jak gdzieś z nim jestem, czy to w przychodni, czy w sklepie, że nic dziwnego, że on się tak zachowuje, jak matka go lała, jak go szarpała, jak wyzywała. Że jak miał cztery lata, to zbierał butelki po śmietnikach i sprzedawał. Że jadł w śmietniku. Wszyscy wszystko widzieli. I nikt nic nie zrobił.

Dzisiaj przechodzi bardzo intensywną terapię. To ostatni moment, żeby cokolwiek zrobić. Raz Agata jeździ z nim do Warszawy, raz psycholog przyjeżdża do nich. Niemal codziennie robią internetową superwizję. Jest postęp. Po pierwszej wizycie psycholog oceniła, że pod względem rozwoju emocjonalnego Piotruś jest na poziomie rocznego dziecka. Teraz zachowuje się, jakby miał dwa. – Ale to jest bardzo inteligentny facet i jak się mu zostawi pole do decyzji, to podejmuje mądre. Jak się skaleczy, to się skaleczy. Ale np. palec w mikser włożył tylko raz – mówi Agata. –  No, dwulatek, tylko XXL.

– Bywa agresywny?

– Głównie w stosunku do mnie. I tak ma być. To agresja z przeniesienia. Znaczy, że terapia dobrze idzie, że jest dobra relacja, że się czuje bezpieczny. On ma mnóstwo złego doświadczenia z dorosłymi. I przekonanie, że oni nigdy nic dobrego dla niego nie zrobili, wręcz przeciwnie, więc nie powinien się ich słuchać. Dzisiaj rano zlał mnie packą na muchy. Parę razy mieliśmy takie poważniejsze wypadki, np. kiedy połamał mi blaszany kubeł na śmieci na głowie. Ale robimy postępy.

(Piotruś znowu chce przytulenia. Początkowo nie dawał się dotknąć).

 

Proszę wyjść z metra

– Czy się kiedyś popłakałam? Nie raz, z bezsilności. Człowiek jest tylko człowiekiem. Ale nigdy, nawet przez moment, nie żałowałam, że przyjęłam właśnie takie dzieciaki. Specjalnie dla Piotrka nauczyłam się też robić przedstawienia, mimo że niezbyt łatwo przychodzi mi uzewnętrzniać emocje. Ale trudno, żeby Piotruś się domyślał. Nie zna emocji, pewnie też nie czuje bólu tak, jak my. A musi wiedzieć, że jak się komuś da metalowym śmietnikiem w łeb, to boli. Więc mu to pokazuję. Czasami też biorę udział w tym jego szantażu, dla własnego dobra. Jak np. w samochodzie wziął śrubokręt, przystawił mi do oka i kazał się zawieźć na lody, to co miałam zrobić? Pojechaliśmy. Nie da się negocjować z człowiekiem, który ma odbezpieczony granat. Ale ci, którzy nas znają, widzą, że Piotruś robi postępy. Zwykle robimy zakupy w tych samych sklepach, w Biedronce czy Kauflandzie. Jak Piotruś się rzuci na podłogę, to się rzuci, wyzywa, krzyczy, OK. Nikt nie reaguje, chyba że turyści, jak się zjeżdżają na Piknik do Mrągowa. Zwracają uwagę, że jest za głośno, więc on wtedy nawiązuje dialog i dopiero robi się fajnie. Ale jak są swoi, nie ma problemu. Zagadają do niego, uśmiechną się. Czasem, jak wychodzimy, mówią: „O, jaki Piotruś dzisiaj był grzeczny”. Kiedyś przy kasie dostaliśmy czekoladę.

Najgorzej jest w Warszawie. Tam nas zewsząd wyrzucają. Bo hałas, bo Piotruś jest za aktywny, za dużo biega. Ostatnio pojechali trenować komunikację miejską. Cztery dni jeździli po mieście autobusami, tramwajami i metrem. I na peronie pan z ochrony ich wyprosił, mówiąc, że takie dzieci nie powinny przebywać w tego typu obiektach. Wyszli. Agata nie chciała, żeby ich spisali, bo znowu musiałaby się tłumaczyć w sądzie. Innym razem wyprosili ich z Galerii Mokotów. Bo Piotruś jeździł po ruchomych schodach.

Agata jest świetnie przeszkolona do pracy z trudnymi dziećmi. Nie tylko przeszła potrzebne kursy, ale została też instruktorem. Szkoliła rodziców zastępczych, prowadziła warsztaty dla kuratorów i psychologów. Co roku coś kończyła. – Jak się nie odświeża mózgu, to rdzewieje. Trzeba sobie raz na jakiś czas popryskać tam trochę WD40 (preparat wielofunkcyjny - red.)– śmieje się.

Odkąd jest Piotruś, większość kontaktów Agaty zmieniła się z osobistych w wirtualne.

– Jak nawet gdzieś przyjeżdżamy, na drugi dzień słyszymy, że fajnie, fajnie, ale może byśmy już wrócili do siebie i kontakt utrzymywali wyłącznie przez internet, bo to jest dobra forma. Nie jeździmy też na razie do innych rodzin zastępczych z trudnymi dziećmi, chociaż zawsze to robiliśmy. Nie chcę nikogo narażać na demolkę. Pojechaliśmy za to na wakacje, nad morze, na wyspę Sobieszowską. Rok temu byliśmy we Władysławowie, ale szybko stamtąd uciekliśmy, bo to w ogóle nie miejsce dla nas. Kiedyś tak sobie myślałam, że jakbym miała jedno upośledzone dziecko, to zanim by wysiadło z samochodu, dostałabym kręćka, bo ile można czekać. A jak ich jest troje, po drodze się pobiją, to jest przynajmniej jakaś akcja. Jedno wsiadło, drugie wypadło, trzecie coś. Na stacji też tak jest, że dwoje poszło siku, ruszamy, okazuje się, że trzecie też chce, to stajemy, ujedziemy kawałek, zaraz znowu: „ciociu, siku” i wszystko zaczyna się od nowa.

 

Spanie na raty

– Wejdzie pani jeszcze obejrzeć dom. Pokażę te złe warunki, w których żyjemy.

Dzieciaki oczywiście towarzyszą nam krok w krok. Dwie łazienki i jeszcze osobna toaleta. Każdy, poza Mariolą i Agatką, ma własny pokój. Ale one też będą mieć. Po to właśnie ten remont. Krzyś ma w swoim pokoju własny telewizor.

Na dworze Piotruś bawi się skakaniem z maski samochodu. Kiedy to mu się nudzi, wdrapuje się na dach. – O, jak ładnie się blacha ugina – Agata obserwuje ze spokojem. – Dobrze, że to terenówka. W domu ciągle jest coś do naprawy. A to szyba wypadnie, a to uszkodzą się drzwi. Wczoraj pękły, i to tak, że są kompletnie do wymiany. A z deskami sedesowymi to już nie wiem co robią. Non stop coś.

Codziennie też trzeba zmieniać Piotrusiowi pościel, bo właściwie nie ma nocy, żeby się nie moczył.

– Ile śpię? Jakby tak pozbierać, to i 6 godzin czasem wyjdzie. W nocy zawsze jest coś do zrobienia. A to z mamą pogadam, a to jakiś przelew zrobię, a to chcę coś napisać w spokoju. I nagle się robi druga albo trzecia nad ranem. Piotruś budzi się koło czwartej, góra koło piątej. To tyle, co sobie pośpię w swoim łóżku. Potem dosypiam w jego. W dzień powszedni, jak nie ma wakacji, wstaję o szóstej. Teraz sobie czasem pozwalam na chwilę dłużej.

 

VII

Jest tylko ciocia

Z Wojtkiem rozeszli się parę lat temu. Zupełnie pokojowo, bez żadnych cudów, podczas jednej rozprawy. Zaprzyjaźniony mechanik z pobliskiego Probarku bardzo się zdziwił. Powiedział, że pierwszy raz zdarzyło mu się obserwować taki rozwód, że nikt go nie zauważył. Ten przebiegł jakoś tak naturalnie. Już jakiś czas wcześniej było widać, że wujek nie daje sobie rady. Czasem przyjeżdża, chociaż rzadko. Raczej jego mama, babcia Marylka. Czasem rozmawiają przez telefon.

– Po ilu latach się rozeszliśmy? Po 20. Wojtek oczekiwał raczej innego życia. Może się zmęczył? Ma nową żonę, dziecko, pracuje w Warszawie. Ok. Każdy ma prawo do normalnego życia.

– Pani też.

– Ja mam inną normę. Życie jest powinnością i jakoś trzeba je wypełnić. Ja robię takie coś, co jest w zasadzie nikomu niepotrzebne. No bo Krzyś niczego nie wyprodukuje, prochu nie wymyśli, mógłby spędzić życie w domu pomocy społecznej. Agatka też. I tam też byłaby w ciąży. Akurat się minęłyśmy u ginekologa z koleżanką stamtąd. Z jednej strony wydaje się, że łatwiej kochać własne niepełnosprawne dziecko. Ale nie wiem, czy tak jest na pewno. Bo może się pojawić poczucie winy, że się takie dziecko urodziło, krzywdy, że urodziło się mnie. A ja tak zdecydowałam. Mam poczucie sprawstwa w tym wszystkim. I to daje duży power.

 

***

Jak bym określiła mój dom? Durdom wisiełka. „Wisiełka” to tęcza jest po ukraińsku. Brzmi wesoło, optymistycznie. A „Durdom”, wiadomo. No, jest to trochę dom wariatów, na pewno. Ale to nasz dom.

 

Tagi: agata szlagier, rodzina zastępcza, FAS, upośledzenie, PTSD, przemoc, Mrągowo, cpr, sąd

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone