19 Października 2015

Terroryzm
1280x852.jpg
autor: Izabela Smolińska

Jestem tu nikomu niepotrzebna. Prawdziwe życie uchodźcy w Polsce

  • uchodzcy.jpg Ośrodek dla uchodźców w Czerwonym Borze (woj. podlaskie). PAP/Artur Reszko

– Przepraszam – zapytałam panią z administracji – czy jak pani wychodzi z toalety, to idzie myć ręce do kuchni, tam myje zęby i tam gotuje u siebie w domu? My jesteśmy uchodźcami, ale nie jesteśmy dzikusami, żeby nie wiedzieć, co to woda, co prysznic. My nie tacy.

 

 

A. nie chciała przyjeżdżać do Polski. Chciała –  w zasadzie musiała –  wyjechać z Kirgistanu. Więc znajomi znajomych znajomych załatwili jej wizę w ambasadzie polskiej w Kazachstanie. Można powiedzieć – zaocznie. A. sama nigdy nie była w Kazachstanie. Kazali jej tylko podpisać dokument, że nie pojedzie do Polski prosić o azyl – tak przynajmniej A. powiedziano, że właśnie to podpisuje, bo treści samego dokumentu nie rozumiała, a nie było czasu na sprowadzanie tłumacza. Pojechała do Szwecji.

– Tam uczyłam się języka, na takim kursie w kościele, coś już zaczynałam rozumieć. A po sześciu miesiącach usłyszałam, że zgodnie z konwencją dublińską muszę jechać do kraju, który dał mi wizę. I że mnie deportują do Polski.

Był grudzień 2010. W maju 2011 roku A. była już w Polsce.

 

Masz pieniądze? Nie masz? Nikogo to nie obchodzi

 

Siedzieliśmy z synem na lotnisku. Od 6 rano do południa, bez wody, bez czegokolwiek. Jak w zakładzie karnym. W południe przyszła pani ze straży granicznej, żeby przeprowadzić wywiad. Zapytała, po co przyjechałam do Polski. To mówię, że jest tak i tak, wyjaśniam. A ona mi przerywa, że to niepotrzebne, że będę to mówić w Urzędzie ds. Cudzoziemców. Na co ja jej odpowiadam, że to jest właśnie przyczyna, dla której przyjechałam. Nie rozumiałam jej.

O 20.00 przyszła kolejna celniczka.

Była zła, że przyjechaliśmy ze Szwecji. Powiedziała: „W Polsce nie Szwecja. Mój świat lepszy niż twój świat”. Okazało się, że nie byłam pierwszą osobą w takiej sytuacji. Dlatego była taka zła.

Około 22.00 kazali A. pojechać do ośrodka recepcyjnego dla uchodźców w Dębaku za podwarszawskimi Otrębusami.

– Gdzie to jest? Masz pieniądze? Nie masz? Nikogo to nie obchodzi. Dobrze, że na lotnisku była tłumaczka. Zapłaciła za autobus, wysiadła z nami na dworcu Centralnym, kupiła bilety, wsadziła w pociąg i powiedziała, że mamy przejechać 16 przystanków. Przyjechaliśmy, wysiedliśmy, idziemy, idziemy. Nie ma autobusów, nie ma nic. Obok tylko las. Na poboczu stała jedna taksówka. Okazało się, że byliśmy już blisko, ale nie trafilibyśmy sami. Nie było żadnej tabliczki, żeby skręcić na Dębak. Dalej nie ma. Gdybyśmy szli pieszo – poszlibyśmy prosto. Po co trzymali nas tyle godzin na lotnisku, żeby na noc powiedzieć „idźcie”? To mogli nas już zostawić na tym lotnisku do rana.

Następnego dnia kazali nam jechać do Lublina. Znowu nie wiedzieliśmy, gdzie to jest. I znowu byliśmy sami. Powinien być jakiś pracownik, który by coś pokazał. Zawiózł. Przetłumaczył. A tu nic. W Szwecji, w Belgii jest transport dla uchodźców. Przecież my nie znaliśmy języka. A jeszcze jak po rosyjsku próbowaliśmy o coś pytać, ludzie od razu reagowali niemiło.

W ośrodku w Lublinie byli tylko Czeczeni i my. I był problem, że nie zasłaniam głowy. Albo że syn chodził w krótkich spodenkach czy w koszulce bez rękawków. My też jesteśmy muzułmanami, ale nie jesteśmy tak fanatyczni. U nas na przykład kobiety chodzą w legginsach. Ja mam 52 lata i dla mnie to normalne. Dla Czeczeńców to masakra. A przecież jesteśmy w Polsce, w Europie. Nie można tak swojej kultury narzucać innym.

Raz w tym Lublinie zaatakowali mojego syna na korytarzu. Stanęłam i zaczęłam krzyczeć. Bałam się, że go  po prostu zabiją. Od razu się spakowaliśmy i następnego dnia pojechaliśmy do Warszawy. Za swoje pieniądze. Było już mało, ale jeszcze wystarczyło na podróż. Wróciliśmy do Dębaka. Tam też było ciężko, bo było dużo Czeczenów. A jakie tam są komary! W Afryce nie ma takich. Wystarczy popatrzeć po nogach dzieci. Tam była ciągle wilgoć. Jak padał deszcz, to bywało że woda po prostu stała.

W Dębaku A. spędziła trzy miesiące. Chodziła do szkoły. Lasem – trzy godziny. Albo pięć drogą.

– Potem w tym lesie był napad – kogoś okradli i zabili. Zaczęłam się bać, więc pojechaliśmy do Warszawy. Zaczęliśmy  wynajmować mieszkanie. Nikt nam nie pomagał. Sami szukaliśmy. Dobrze, jeśli masz jakichś znajomych, ale jeśli nie masz, trudno sobie poradzić. Potrzebowaliśmy 200 zł na kaucję. A my mieliśmy tylko 140 – każde po 70 zł „pensji”, którą się dostaje w ośrodku. Jakoś udało się to załatwić.

 

Bezrobotna numer 1

 

O przyznanie statusu uchodźcy A. starała się dwa lata. Za pierwszym razem decyzja była odmowna.

– Byłam pewna, że dostanę. Bo przeczytałam: „przyznać status uchodźcy”, a nie widziałam, że jest tam „nie”. Jak ja płakałam! Czekając na ten status, nie mogłam wytrzymać. Szukałam pracy: cokolwiek, jakkolwiek, na jakimkolwiek stanowisku. Zaczęłam pracować jako kucharka w takiej spółdzielnio-restauracji, założonej przez Koreańczyka z pobytem tolerowanym i Koreankę, która wyszła za mąż za Polaka i mieszkała w Polsce już 25 lat. Ale oni potem zaczęli kłócić się o pieniądze, sprawa trafiła o sądu i wszystko się rozpadło.

Poszłam do urzędu pracy. Skierowali mnie do oddziału kadr. Tam zadali bardzo dużo pytań. Ucieszyłam się, że może coś dla mnie jest. Ale pani z kadr powiedziała tylko, że jestem „bezrobotna numer 1”. Pytam, co to znaczy. Na co ona wytłumaczyła, że numer 1 oznacza, że rozumiem po polsku, mogę mówić po polsku, że wiem, co to internet, i że mogę szukać przez niego pracy. Czyli że urząd nie będzie, bo mogę sama.

I dalej nie wiesz, gdzie szukać. W internecie wszystko jest po polsku. Potrzeba szkoły. Szukasz szkoły. Nie wiesz, gdzie jest. W Dębaku jest tak samo –  jeżeli ktoś coś słyszał, to dobrze. Jeżeli nie słyszał – to może siedzieć w ośrodku latami i nie wiedzieć, gdzie co jest. Nie ma pracownika, który by pomógł, żadnych ogłoszeń. Ja nic nie znalazłam. Więc siedzisz w tej wsi i nie wiesz, że w Warszawie właśnie trwa jakieś szkolenie. A jak się przypadkiem dowiadujesz, okazuje się, że na dany rok szkolenia już się skończyły.

 – Ale pani skończyła w Polsce jakieś kursy?

– Uczyłam się w szkole Linguae Mundi. Trzy lata. Jak miałam pracę – chodziłam w kratkę, więc mało mi to dało. Potem poszłam jeszcze raz. Szkoła zapłaciła uniwersytetowi, żebyśmy zdali egzamin na znajomość języka polskiego. Bałam się, że nie jestem gotowa. Ale zdałam. Na „wystarczy, żeby rozmawiać”.

Był 2014 rok. A. wyciąga teczkę z zaświadczeniami.

 

Ukończyła kurs gastronomii

Ukończyła kurs pielęgnacji osób starszych

Ukończyła szkolenie z zakresu prawa pracy w centrum edukacji zagranicznej FES

Ukończyła szkolenie z zakresu autoprezentacji

– Wszystko, co mogłam, to brałam. – Otwiera segregator z kolejnymi dokumentami. – A tu są moje zarobki. 137 zł, 60 zł. Tu 259 zł, 236 zł. Raz było 1000 brutto (964 po podatku – red.). Raz 164 zł. Można tak pracować? To była praca na godziny – raz była, raz nie. Nie chcę mówić, że to zła praca, bo nie można mówić, że jest źle, jak się gdzieś pracuje. Ale tam każdy pracował jeszcze w jakimś innymi miejscu. A ja siedziałam i czekałam. Boże, gdyby to było u mnie w kraju, to ja mam tam znajomości, wiem, co i jak, mogę szukać, pytać, a tu, co mam robić? Mam pukać do każdego i pytać: „Przepraszam, może znajdzie się coś dla mnie?”.

 

Pomysły bez znaczenia

 

W jednym miejscu powiedzieli, że mają pracę na telefonie z językiem rosyjskim. Rosyjski znam, ale jak ja mam tłumaczyć z tego rosyjskiego na polski, jak ja sama ledwie rozumiem po polsku. I to nie zawsze. Np. jak w telewizji mówią szybko, to nic nie mogę wyłapać. Albo jak mój współlokator czasem coś powie. Bo on ma taką manierę, że zostawia pytanie na końcu każdego zdania, dodaje „nie”. I ja potem siedzę i się zastanawiam, po co mu to „nie” było. A jak na tej infolinii byłby jakiś wypadek i trzeba by było zrobić coś szybko?

Chciałam pracować jako opiekunka. Do tego potrzeba rocznego kursu. Nie ma szkolenia, które trwałoby 2–3 miesiące czy miesiąc.

Jestem nauczycielką i mam zaświadczenie z ministerstwa, że jestem magistrem języka rosyjskiego. I co z tego? Żeby być lektorem, musiałabym znać angielski i jeszcze jakiś trzeci język. Angielski znam tylko na poziomie A1. Chodziłam na kurs, ale siedziałam tam i nic nie rozumiałam, więc zajęcia nic mi nie dały. Znam kirgiski, ujgurski, uzbecki – to wszystko jest tutaj niepotrzebne. Znam już trochę polski, potrafię sobie w internecie na jakdojadę.pl sprawdzić, jak się poruszać po mieście. No i co z tego? I dalej nie wiem, co robić, żeby sobie ułożyć życie.

– Jak się pani utrzymuje?

– Biorę czarne prace, wszystkie. W restauracji dają 50–80 zł za sprzątanie, ale nie chcą dawać umowy. Biorę jakieś zastępstwa, jak np. znajome Ukrainki muszą pojechać do domu i proszą, żeby się z nimi zamienić. Czasem trzeba popilnować dziecka, czasem sprzątnąć jakiś pokój w hostelu – to wtedy dostaję tak 25 zł.

Za te 400 zł z OPS się nie utrzymam. I tak całe szczęście, że dostaję też bilet na komunikację miejską. Nie mogę prosić „dajcie jeszcze”. Ale trudno tak. Chcę pracować legalnie, oficjalnie. Chcę płacić podatki, bo nie mam 20 lat tylko 52. Nie mogę już pracować jak młodzież. I nie jestem jeszcze emerytką. A tą emeryturę też trzeba z czegoś mieć. Z czego będę ją miała?

W urzędzie pracy szukali jakiegoś stażu dla mnie. Mówiłam, że mogłabym pracować jak pracownik socjalny, pomagać uchodźcom – tam w Dębaku albo tutaj w Warszawie. Bo ludzie nie wiedzą, co i jak, a ja mam już własne doświadczenia. Potem proponowałam, żeby pracownikom fundacji zrobić szkolenia z rosyjskiego, bo często pracują z rosyjskojęzycznymi uchodźcami. Mówili, że nie ma pieniędzy i że będą w sierpniu. W wakacje pewnie wszyscy poszli na urlopy i nie załatwili tego na czas. A ja czekałam, że coś zrobią, załatwią. Myślałam, że to ważne też dla nich. Dla nich nie było. Mówiłam, że może by latem zrobić w Dębaku coś dla dzieci. Dużo miałam takich pomysłów – nikt ich nie chciał. Chciałam pracować w urzędzie ds. uchodźców. Ale tam też trzeba znać angielski.

 

Zrobić coś z niczego

 

Pod dwóch latach pobytu w Polsce A. wreszcie mogła wyrobić sobie paszport.

– Poszłam do ośrodka i do centrum do spraw uchodźców, dałam wszystkie dokumenty, tę decyzję o przyznaniu statusu uchodźcy. Kazali mi czekać na paszport. OK, to czekałam. Nikt nic nie mówił. I całe szczęście, że przypadkiem spotkałam na ulicy znajomego Czeczena. Jak dowiedział się, że nic nie robię, nakrzyczał na mnie, powiedział, że od momentu wydania decyzji mam tylko trzy miesiące, żeby wszystko załatwić w warszawskim centrum pomocy. Nie wiedziałam ani co to, ani gdzie to jest. Pojechał ze mną na Bielany, wszystko pokazał. A jeżeli bym go nie znała? Nie spotkała przypadkiem? Przecież powinni mi to powiedzieć w ośrodku, w rejestracji! W ogóle powinna być jakaś pomoc. A tu dostajesz paszport, lądujesz na ulicy i jesteś sama. Dobrze, jak jeszcze chociaż trochę znasz język, chociażby żeby się dogadać na migi.

 – A mieszkanie jak pani znalazła?

– To był kolejny problem. W każdej umowie najmu trzeba było podać adres zameldowania. A państwo nie daje meldunku. I tak szukałam i szukałam. W końcu znalazłam pokój niedaleko stąd, za 500 zł. Było dobrze. Ale w międzyczasie zmarł mąż właścicielki zaczęła się sprawa spadkowa, kłótnie w rodzinie. I musiałam się wyprowadzić.

Znalazłam ten pokój. I znowu trzeba było 600 zł na wynajem i drugie tyle na kaucję. A u mnie ani pieniędzy, ani pracy. A co miesiąc trzeba jeszcze mieć odłożone 100 zł na rachunki.

Ten pokój to była masakra. Pół roku lokator tu w ogóle nie sprzątał. Ani podłogi, ani nic. Na szczęście – jak mówi moja mama – my jesteśmy takim narodem, że potrafimy zrobić coś z niczego. I wszystko – nawet w kuchni – rękami robimy. Nie ma, żeby kupować w sklepie gotowe. Nie jesteśmy leniwi. Więc kupiłam farby i wszystko i sama pomalowałam. Trzy razy. Na jednej ścianie jest taka niebieskawa plama, bo nie dało się tego zamalować – tak było czarno. Telewizor mam dzięki znajomej Ukraince. Zadzwoniła, powiedziała, że w domu, w którym sprząta, wyrzucają go na złom. Pojechałam, zabrałam. Jak potem właścicielka zobaczyła, jak tu sobie urządziłam, pomyślała, że może by 700 a nie 600 zł brać. Na szczęście nie wzięła. W lipcu minął rok, jak tu mieszkam. Ja nie lubię zmieniać mieszkań, dla mnie to jest straszne. I chciałabym tak z pracą, żeby była. A nie, że dzisiaj tu, jutro tam.

 

Prawdą między oczy

 

Wcześniej A. szukała miejsca, gdzie mogłaby mieszkać taniej. Znalazł się taki mały pokoik – akurat znajoma zwalniała, bo wyjeżdżała na Ukrainę.

– Tylko że to było mieszkanie przechodnie i żebym mogła dojść do tego pokoiku, to musiałabym przechodzić przez pokój, w którym spał właściciel. To jak ja miałam tak?

Ten właściciel zapytał mnie zresztą, co ja robię tu, w Polsce. Mówię, że przyjechałam, mieszkam. A on do mnie: „Co pani, szalona jest? Pani myśli, że tu jest Europa?”. Zapytał ile mam lat. Powiedziałam, że pięćdziesiąt. A on na to: „Teraz wynajmę ci pokój. Ale co będzie za pięć lat? Nie masz już siły, żeby zarobić tyle, żeby wystarczyło ci na kupienie czegoś swojego. Za mąż też już nie wyjdziesz. I kto da ci mieszkanie? Nikt nic ci nie da”.

Poszłam do warszawskiego centrum, usiadłam. Byłam w szoku. Bo on mówił prawdę. Może źle, że tak prosto z mostu, ale miał rację. Bo jestem w Polsce już cztery i pół roku, prawie pięć lat. I jestem jak w lesie. A jeśli ja się tak czuję, chociaż trochę mówię po polsku, trochę rozumiem, to co mają powiedzieć inni?

 – Nie radzą sobie?

– Znajomej Czeczence przyznali mieszkanie w takim miejscu, gdzie dawali lokale bezdomnym. Przyszła do mnie i mówi, że chcą jej dać klucz, ale że nie rozumie nic z tego, co jej mówią w administracji. Poszłam z nią. A tam mówią, żeby podpisać umowę i że w ciągu tygodnia można się wprowadzać. Bez oglądania mieszkania. Oni widzą, że jesteśmy obcokrajowcami i jest taka niechęć do nas. Poradziłam koleżance żeby poszła do warszawskiego centrum pomocy, powiedziała, że nie pozwalają jej nic obejrzeć. Mówię jej: „A jak tam nic nie ma? Co wtedy zrobisz, jak już podpiszesz umowę?”.

Okazało się, że rzeczywiście –  nie było umywalki, w ogóle drzwi do łazienki – ona ma dwójkę nastoletnich dzieci. Brodzik w prysznicu  był nie tylko niezabudowany, ale w ogóle nawet niezabezpieczony, więc jak się w nim stawało, to się uginał. A ona waży 115 kg.

Jak pokazałyśmy to wszystko, usłyszałyśmy, że umywalka jest w kuchni. „Przepraszam – zapytałam panią z administracji – czy jak pani wychodzi z toalety, to idzie myć ręce do kuchni, tam myje zęby i tam gotuje u siebie w domu? My jesteśmy uchodźcami, ale nie jesteśmy dzikusami, żeby nie wiedzieć, co to woda, co prysznic. My nie tacy”. Strasznie była zła. Kazała przyjść następnego dnia. Przyszłyśmy, a w mieszkaniu była ekipa remontowa – kilkunastu mężczyzn na jeden pokój.

 

Przepraszam, zapomniałam

 

A. też starała się o mieszkanie socjalnie, ale jej nie przyznano. W dzielnicy od razu powiedzieli jej, że nie ma szans, bo jest obcokrajowcem i nie ma pieniędzy na czynsz.

– To głupie, bo skoro płacę za wynajem, to płaciłabym też tam. A gdybym nie płaciła – przecież zawsze mogliby mi to mieszkanie odebrać, co za problem? Ale gorsze, że jak pytałam o to mieszkanie, nikt mi nie powiedział, że za moment – jesienią – centrum będzie organizowało konkurs na pięć mieszkań, w którym mogli wziąć udział wszyscy ze statusem uchodźcy i objęci ochroną. A jak się o tym konkursie dowiedziałam, okazało się, że już się skończył. Zapytałam, jak to możliwe, a pracująca tam pani powiedziała tylko „O… przepraszam, zapomniałam”. Jak tak można zrobić?!

W Szwecji, Belgii czy Francji jak się dzwoni i np. mówi, że ma się taki i taki problem, to przysyłają pismo na konkretny dzień i jeszcze bilet, żeby się przyjechało na wizytę. Tam, jeżeli ma się pobyt, to państwo daje mieszkanie. Ja nie mówię, że mam dostać własne. Niech będzie socjalne, ale moje. Chcę wiedzieć, że mogę w nim i spać, i krzyczeć, i coś ugotować. Bo tu np. nie mogę po 22.00, bo współlokatorzy wcześnie wstają do pracy i wieczorem musi być cicho.

– A za granicę dlaczego pani nie pojedzie?

– Nie mogę wyjechać na dłużej niż trzy miesiące. A chciałabym, przede wszystkim za pracą. Bo jak mam sprzątać tutaj za 8 zł za godzinę, to wolę w Szwecji za 80 koron. To jest różnica. To samo i w Belgii. Oni w Belgii nie lubią Polaków, bo stawki tam wynosiły 10–12 euro za godzinę, a przyszli Polacy i za 5 euro wszystko robią.

 

Ratunek w lombardzie

 

A. wzdycha. Pokazuje złoty pierścionek na palcu. To jedyne, co jej zostało z cennych rzeczy, które przywiozła z domu.  Dorobku życia.

– Na tym lotnisku wtedy, jak przyleciałam ze Szwecji, chcieli mnie zatrzymać i oskarżyć o to, że oszukałam ambasadora w Kazachstanie. Bałam się. Dowiedziałam się, że na Marszałkowskiej jest adwokat udzielający bezpłatnej pomocy prawnej. Poszłam do niego. A on mi mówi, że załatwi wszystko i że nie ma sprawy, tylko muszę mu dać 4 tys. zł. Nie miałam takich pieniędzy. W końcu zgodził się pomóc za 3 tys. W tym samym czasie dziewczyna i Ukrainiec, z którymi wynajmowałam mieszkanie, zwinęli się i wyjechali bez słowa, a ja zostałam sama z długiem na 1500 zł. Poszłam do lombardu i zastawiłam całe złoto jakie miałam, całą biżuterię. Dostałam za nią 2 tys. I wzięłam innego adwokata. Rozprawa była zaoczna. Adwokat wrócił i powiedział, że mam rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata.

– I ma pani taki wyrok?

– Nie wiem. Mam? Nie mam? Powiedziałam, że będę się odwoływać. Wy myślicie, że my – uchodźcy –  jesteśmy tacy głupi i takie dupy, że można nas po prostu wziąć do sądu i posadzić? Powiedziałam, że będę pisać, nawet do Strasburga. Że jak ma być sąd, to niech będzie normalny. Niech ambasador powie, czy mnie widział w Kazachstanie, czy nie. W każdej ambasadzie jest kamera. Ja nawet nie wiem, gdzie w Kazachstanie jest ambasada, bo nigdy tam nie byłam. Minęły 4 lata i nic, cisza. Nawet nie wiem, czy jestem skazana, czy nie.

 

Bóg jest wszędzie

 

Siedzimy w niedużym pokoiku A. Ona w fotelu, ja przy stole, bo A. przygotowała poczęstunek – kilka specjałów ze swojej narodowej kuchni. Cały czas dokłada mi coś na talerz. Na koniec pakuje jeszcze trochę na wynos. Do tablicy korkowej wiszącej nad stołem przypięła pinezką talon na 10 zł do Tesco. W szafce ma to, co dostaje z banku żywności – kaszę jaglaną, ryż. Mówi, że rozdaje to innym, bo sama takich rzeczy nie jada. Ale nie ma możliwości, żeby w OPS-ie dostała coś innego.

– Jak mi było bardzo ciężko, to chodziłam do kościoła. I tam płakałam. Zostawiłam świeczkę. I co z tego, że to katolicki kościół? Ja sobie myślę, że to dom Boga. A jak ten Bóg ma na imię – czy Mahomed, czy inaczej – nieważne. Jestem muzułmanką , ale jestem w Polsce, w Europie.

Wszyscy myślą, że uchodźcy przyjeżdżają tu za pracą. Że są biedni, że przyjeżdżają dla pieniędzy. Nie. Tam u siebie miałam mieszkanie. Takie normalne, w centrum, dwupokojowe. Swoje własne. I nie musiałam się martwić każdego dnia, czy dzisiaj będzie chleb, czy nie.

I nie wiem co zrobić. Naprawdę, nie wiem. A nie mogę tak siedzieć na miejscu. Może są ludzie, którzy by tak chcieli, ja nie. Nie jestem małą dziewczynką, nie jestem młoda, jakoś muszę zarabiać na emeryturę. Nikt nie myśli, że skoro mam status uchodźcy, to UE dała na mnie jakieś pieniądze. Że jeśli zostałam zarejestrowana, istnieję w ewidencji, to trzeba jakoś kontrolować gdzie ja jestem, co robię, jakoś pomagać. Tego nie ma.

Niby są fundacje, działające na rzecz cudzoziemców. Ale one robią jedną rzecz i idą dalej. Nie ma żadnej, która by poprowadziła człowieka od początku do końca. A to jest właśnie potrzebne.

I dlatego mówię, że Polska nie jest przygotowana na przyjęcie dużej grupy uchodźców. Jeżeli będą mieszkać w takim miejscu jak Dębak, to może być podobnie jak teraz na Węgrzech, na granicy. Bo Arabowie, podobnie jak Czeczeni, też są narwani. Potrzeba ludzi, którzy by z nimi pracowali, trzeba kontroli.

A nikt nie wie, co się dzieje z ludźmi, którzy już tu są. Są, to są. Mają pobyt, to mają. Niech idą na ulicę i robią, co chcą. O mnie to akurat może wiedzą, bo ja sama dzwonię, chodzę, dowiaduję się. Ale jakbym tu umarła, to nawet nikt by nie zauważył. I to jest właśnie trudne dla uchodźców. A potem się dziwią, że uciekają do Niemiec. A co mają robić? Dlatego wyjeżdżają, nie dla pieniędzy.

Już prawie pięć lat jestem w Polsce. I jestem tu w lesie. Nie wiem, gdzie pukać, w które drzwi. Nie wiem, gdzie szukać wsparcia, pomocy. Jestem stara, wiem. I jestem tu nikomu niepotrzebna.

Tagi: uchodźcy, ośrodek recepcyjny, praca, warunki życia, perspektywy

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone