07 Stycznia 2016

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Gruźlica leminga. Sztuka survivalu w szpitalu zakaźnym

  • gruzlica-pluca-przeswietlenie.jpg Fot. flickr.com

– Mówi się, że to choroba nędzy, ludzi bezdomnych. I sporo w tym racji. A chorzy ci traktują gruźlicę jak polisę na życie. Dzięki niej mają pobyt w szpitalu i wyżywienie gratis. Bo ubezpieczony czy nie – trzeba go leczyć. Po terapii wychodzą ze szpitala. Nie przyjmują leków, więc w kiepskim stanie wracają tu jesienią. I tak mogą przetrwać zimę w „godnych” warunkach. Choć moim zdaniem godne to one nie są – mówi Marta. Ma 28 lat. W czerwcu zdiagnozowano u niej gruźlicę. Od tamtego czasu jest w szpitalu, choć jej zdaniem placówka ta bardziej przypomina odizolowaną przechowalnię dla trędowatych. – Najgorsze jest to, że aby dowiedzieć się o panujących tu warunkach, trzeba zachorować – dodaje. Sama dokumentuje to, co widzi. Bo do niedawna w szpitalny koszmar gruźlików nie mogłaby uwierzyć.

 

Brodzik. Taki jak w większości polskich szpitali. Biały, emaliowany. Za plastikową kotarą. Marta bierze słuchawkę prysznicową i odkręca wodę. Ale zamiast przezroczystej cieczy, z prysznica wydobywa się czarna, osadzająca się na brodziku maź. Eksperyment powtórzony w drugim brodziku daje ten sam efekt. Decyzja? Na kąpiel trzeba poczekać, aż ten brud spłynie. Ile? Nie wiadomo. Czasem kilkanaście minut. Czasem kilka godzin. Upał nie upał, alternatywy nie ma.

 

Wszystko uwiecznione na minutowym nagraniu. Kobieta już wie, że takie scenki i inne szpitalne wypaczenia trzeba rejestrować. Tylko uzbrojona w materiał dowodowy może być godną przeciwniczką w polemice z pielęgniarką oddziałową.

 

– Ostatnio zaniosłam jej robaka w słoiku – mówi. Pytana, po co, odpowiada, że gdy zauważyła insekta, postanowiła donieść siostrze. Pomyślała, że w szpitalu, na oddziale zakaźnym, robactwa być nie powinno. Oddziałowa nie chciała dać wiary, poprosiła o dowód. Marta nie odpuściła. Odczekała swoje, aż robal znów pojawił się w łazience. Potem złapała go do pojemnika. Zorganizowanego wcześniej plastikowego, sterylnego słoiczka na mocz. Zrobiła zdjęcia. I poszła do oddziałowej. – A ona na to, że musi go dać do ekspertyzy, by dowiedzieć się, co to za insekt. Ja sobie sama zrobiłam ekspertyzę. Zdjęcie porównałam z tym, co znalazłam w internecie. To był prusak. Starsze panie potwierdziły. I teraz mogę stwierdzić, że na oddziale są prusaki, choć personel sobie z tego nic nie robi.

 

Robactwo i czarna woda pod prysznicem to tylko dwa punkty. Lista skrupulatnie odnotowywanych mankamentów szpitala dla gruźlików, do którego kobieta trafiła, jest dłuższa. I pewnie będzie ewoluować.

 

Marta w szpitalu jest od 57 dni. Zostanie jeszcze przynajmniej kilkanaście. I choć kilka miesięcy temu gruźlica była dla niej tak egzotyczną chorobą jak malaria, dziś wie o niej prawie wszystko. Wie, że tacy jak ona, młodzi, zapracowani, żyjący w stresie mieszkańcy dużych miast – też na nią chorują. Potwierdzają to eksperci.

 

Prof. Halina Batura-Gabryel, pulmonolog, konsultant krajowy w dziedzinie chorób płuc, mówi, że dane epidemiologiczne dotyczące zachorowań na gruźlicę w Polsce zmniejszają się, ale wciąż jesteśmy w tyle jeśli chodzi o Europę.

 

Z informacji Państwowej Inspekcji Sanitarnej wynika, że w 2014 roku zarejestrowano 6465 zachorowań na gruźlicę. Najwięcej w województwach: lubelskim, śląskim i świętokrzyskim. Najmniej: w Wielkopolsce, na Podlasiu i w woj. warmińsko-mazurskim.

 

Zagrożenie wzrasta wraz ze wzrostem liczby imigrantów przybywających do nas ze Wschodu albo z Afryki Północnej.

Mieszkańcy miast chorują w Polsce teraz częściej niż mieszkańcy wsi.

 

Wciąż funkcjonuje stereotyp, pochodzący jeszcze z lat 50. i 60., mówiący o tym, że na gruźlicę chorują ludzie z marginesu i biedni. Alkoholizm, nikotynizm i narkotyki są rzeczywiście czynnikami ryzyka. Ale ryzyko zachorowania zwiększają także przewlekły stres, intensywny tryb życia, zła dieta. Pracownik korporacji może być tak samo narażony jak bezdomny. – Leczyliśmy kilku chorych z gruźlicą, którzy tłumaczyli, że źle się odżywiają, bo nie mają w pracy czasu na jedzenie. Wyjaśniali, że pracują wiele godzin dziennie – mówi prof. Batura-Gabryel.

 

Problem w tym, że o chorobie, chorujących na nią i warunkach, w jakich są leczeni – w zasadzie się nie mówi. Hasło „gruźlica” pada tylko przy okazji tematu obowiązkowych szczepień, bo w Polsce przeciw gruźlicy szczepionych jest ponad 92 proc. noworodków. Albo przy okazji Światowego Dnia Gruźlicy. Czasem, gdy zachoruje uczeń i przebadać trzeba pół szkoły. Poza tym gruźlicy nie ma. Tzn. jest, ale zamknięta za szpitalnym murem.

 

– Sama nazwa choroby wywołuje dreszcze. Ale to lęk przed nieznanym. Kiedyś też tak miałam – mówi Marta. I dlatego zdecydowała się mówić głośno o swojej chorobie i upominać się o los innych zarażonych. – Ktoś musi – dodaje. – Reszta narzeka tylko pod nosem. Ludzie nie mają odwagi. Ja mam.

 

Słoik z prątkami

 

Marta opowiada, że do czerwca prowadziła życie warszawskiego „słoika”. Pracowała po 9-10 godzin dziennie w branży reklamowej. Zarabiała dość dobrze. Dbała o formę. Po powrocie do domu szła pobiegać.

 

Biegała, mimo że dystans, który była w stanie pokonać, z miesiąca na miesiąc się skracał. Było 12 km, potem 10, 8, aż w końcu krótka przebieżka stała się dla niej problemem. Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak – pojawiły się już półtora roku temu. Chudła w oczach. Z tygodnia na tydzień czuła się coraz gorzej. Pokasływała.

 

Chodziła do lekarzy, ale ci dawali jej tabletki wykrztuśne. Mówili o przeziębieniach. Gdy pojawiły się szmery w płucach, dostała antybiotyk. Ale skierowania na badania już nie. Przecież młoda, na pewno nic poważnego jej nie dolega.

 

Dalej nie spała, miała gorączkę. Zaczęły się problemy z oddychaniem. Nie czuła się na siłach, ale gdy pojawiła się oferta nowej pracy, pomyślała, że musi z niej skorzystać. Ostatkiem sił zmieniła więc firmę. Po 5 tygodniach w nowej pracy, gdy poczuła się tak źle, że nie była w stanie normalnie funkcjonować, postanowiła, że na własną rękę pójdzie do pulmonologa. Lekarka powiedziała, że podejrzewa astmę. – Gruźlicę wykluczyła. Powiedziała jeszcze, że ewentualnie to może być rak – wspomina.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Prześwietlenie płuc, spirometria, badania krwi.

 

Żeby na badanie nie czekać w nieskończoność, poszła do prywatnej przychodni. Po prześwietleniu poprosiła o szybszy wynik. Usłyszała, że na opis i tak trzeba czekać dwa dni. Uparła się jednak, że chce tego samego dnia dostać płytę z nagranym prześwietleniem. – Nagle z gabinetu wychodzą dwie kobiety. Proszą, bym weszła. Jedna przedstawia się, mówi, że jest dyrektorką przychodni. Każe siąść. I mówi, że najprawdopodobniej mam zaawansowaną gruźlicę. Że całe moje prawe płuco jest zajęte. W zasadzie niewydolne. Większość lewego też. Spytała jeszcze, dlaczego tak późno przyszłam do lekarza – opowiada.

 

W czasie kilkuminutowej rozmowy usłyszała też, że przez pół roku nie wróci do pracy. Ścięło ją z nóg. Namiastkę świata, w którym zostanie zamknięta na kilka tygodni, dostała już w tamtej przychodni, gdy lekarka rozmawiająca z nią założyła maseczkę na twarz. Jej też kazano taką założyć.

 

– Wtedy po raz pierwszy poczułam się jak trędowata. Zastanawiałam się tylko, czy ja kogoś zaraziłam. Co z moimi najbliższymi? Czy ktoś przeze mnie będzie cierpiał?

 

Personel za karę

 

Trafiła do pulmonologa, by ten wypisał skierowanie do szpitala.Tam zaobserwowała kolejny poziom niechęci wobec chorych. Zniosła to, na co jeszcze wtedy nie była przygotowana. Czyli fakt, że osoba, która z nią rozmawia, odwraca głowę. Nawet lekarz. Tak, by przypadkiem nie zaraziła. Nawet w maseczce. – Usłyszałam, że mam nie kaszleć w jej stronę. I kąśliwą uwagę, że zaraz pewnie będzie więcej takich jak ja.

 

Jak mówi, dopiero później uświadomiła sobie, już będąc w szpitalu leczącym gruźlików, że nawet personel, który na co dzień z chorymi ma do czynienia, nie kryje obrzydzenia do tej choroby. A może bardziej – do ludzi.

 

Ordynator oddziału, na którym leży od czerwca, podobno szerokim łukiem mija pacjentów na korytarzu. Gdy trzeba, odwraca głowę, by przypadkiem ktoś nie zechciał zagadać. – „Jak do mnie mówisz, to zakładaj maskę”. „Ja potem to świństwo przenoszę do domu”. Tak do pacjentów zwracają się pielęgniarki. Często mówią to nie mając na sobie pielęgniarskiego fartucha. A potem dodają, że „muszą to wdychać za takie marne pieniądze”. „To”, czyli gruźlicę – mówi Marta.

 

Kiedyś, gdy jedna z pacjentek z jej oddziału nie była w stanie przyjść do gabinetu zabiegowego, usłyszała niecenzuralne słowo na „k” i uwagę, że ma nie przesadzać, bo biegunka, czyli efekt uboczny nietolerancji leków, nie powinna być wymówką.

 

Zdaniem Marty w całym szpitalu panuje znieczulica, bo personel stykający się z bezdomnymi i alkoholikami pewnie musiał wypracować mechanizmy obronne.
– Ale wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy swoją godność i powinniśmy być traktowani jak chorzy potrzebujący pomocy, a nie jak potencjalne zagrożenie dla zdrowia nienależycie wynagradzanych pielęgniarek – mówi.

 

Lista hańby

 

Szybko okazało się, że Marta prątkuje. Czyli silnie zaraża. Pewnie dlatego zwróciła uwagę, w jaki sposób pacjenci są rozparcelowywani w szpitalnych salach.
A na każdym oddziale wymieszani są ludzie chodzący, leżący, umierający. Ci, którzy prątkują, i ci, którzy nie zarażają. Ludzie diagnozowani są na salach z ludźmi zarażającymi. – Czasami się okazuje, że diagnoza to rak płuc, a nie gruźlica. Ale chory i tak może dostać gruźlicę w prezencie od szpitala – zauważa.

 

Ci, którzy mogą, palą i piją alkohol. Nawet w budynku szpitala. Dowód? – Proszę, na tych zdjęciach panowie raczą się piwkiem – pokazuje galerię w telefonie.
Na zdjęciach: czarna woda pod prysznicem, odchody gołębi w budynku, brud na podłodze, kilkadziesiąt sekund po tym, jak myły ją sprzątaczki. I seria fotografii kulinarnych. – Robię zdjęcia potraw serwowanych pacjentom, którzy ważą po 38 kg, są wyniszczeni chorobą. I nie są w stanie przełknąć papki. Zimnej i codziennie smakującej tak samo. Albo połowy bochenka suchego chleba, bo na posmarowanie kromek nie wystarcza kulka masła wielkości naparstka – mówi.

 

W szpitalu każdy jej komentarz okupiony jest rzuconą w jej stronę odpowiedzią: „królewienka”. – Bo zwróciłam uwagę, że pacjenci z mojej sali palą papierosy na balkonie i zasypiam w dymie papierosowym i w nim się budzę. Momentami przez to nie mogę oddychać. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że jak mi się nie coś podoba, to mogę leczyć się prywatnie. Bardzo chętnie. Tyle że w Polsce nie ma takiej opcji.

 

Przez innych pacjentów też traktowana jest inaczej. – Ale nie dlatego, że poza szpitalem mam dom i pracę. A dlatego, że mówię, co mi się nie podoba. Upominam się. Denerwuję. Walczę. Inni nie są tak odważni.

 

Upadek, którym nikt się nie przejął

 

Po trzech tygodniach pobytu, wychodząc z kąpieli, straciła przytomność. Upadła i uderzyła głową w ścianę. Rozcięte wargi, podbite oko. – Nikt mnie nie podniósł. Siostry przywiozły co prawda wózek i spytały, czy jestem w stanie sama wstać. Oszołomiona odpowiedziałam, że tak. Choć siły przecież nie miałam, czułam, że moje ciało jest bezwładne. Leżałam w moczu, moje rzeczy też. Bo zdarza się, że pacjentki nie zdążą do toalety, a potem nikt tego nie sprząta.

 

Opowiada, że kiedy przełożyli ją na łóżko, nikt jej nie umył. Miała piach na twarzy, rozcięte wargi. Przyszedł lekarz dyżurny i powiedział, że ma sobie kupić coś do odkażania. Bo oni w szpitalu nie mają. Następnego dnia zadzwoniła więc do ojca, by prosić go o jakiś preparat na ranę.

 

– Płakałam, bo pomyślałam, że przerażę rodziców, że jak przyjadą i zobaczą mnie w takim stanie, załamią się. A kiedy przyjechali, było jeszcze gorzej, bo lekarz winę zrzucił na mnie. Nie pytał mnie, czy mam wadę serca, jak ja się w ogóle czuję. Stwierdził, że wzięłam gorącą kąpiel i tak zafundowałam sobie omdlenie. Dopiero po weekendzie, gdy w szpitalu pojawiła się „moja” pani doktor, zleciła badania. I kardiologiczne, i neurologiczne. Zainteresowała się, co mi się stało.

 

Każdemu, kto z niedowierzaniem słucha tych historii, Marta daje do przeczytania spisaną przez nią listę jednostek chorobowych szpitala. A na niej: „Pielęgniarki mylące leki. Trzeba orientować się, jakie leki się przyjmuje, i dopytywać, co konkretnie sie otrzymało”, albo: „Jeśli pielęgniarce wypadnie tabletka na podłogę, jej wymiana nie jest oczywista”.
Do tego „nieustający problem z żądlącymi pacjentów i personel osami. Po trwającym półtora tygodnia codziennym zgłaszaniu problemu siostrze oddziałowej, pojawiła się straż pożarna. Akcja  nieskuteczna, osy nada żądlą”. „Choremu przysługuje jeden koc na cały pobyt. W trakcie pobytu chorego koc nie jest prany”. I chyba najbardziej wstrząsający: „Ciała zmarłych wywożone do toalety. Brak choćby kartki, która ostrzegałaby przed tym innych pacjentów”.

 

– Mogłabym o tym napisać książkę – mówi.

 

Przerwa w życiu

 

Marta nie wie, kiedy zaraziła się gruźlicą. Bo w zasadzie nie da się ustalić źródła i czasu trwania choroby. Lekarze jej tylko powiedzieli, że choruje długo. Prątki mogła nosić nawet kilkanaście lat.

 

Problem w tym, że zazwyczaj ludzie przestają prątkować po dwóch tygodniach leczenia. Jej kuracja trwa już 8. tydzień. I nie przynosi rezultatów. Dlatego boi się, żeby się nie okazało, że to lekooporna odmiana gruźlicy. Wtedy pomóc jeszcze mogą sprowadzane z zagranicy leki. Jeśli i one nie dadzą rady, leczenie trwa nawet 2–3 lata.
Bywa też, że choroba nie reaguje na nic. I pacjent umiera

 

Statystyki zna na pamięć. Wylicza, że rocznie na całym świecie choruje 8-9 mln ludzi. Dwa miliony umierają. – To dużo. Wiem, że wynik „robią” kraje trzeciego świata, ale z mojego oddziału dwie panie znalazły się w tych makabrycznych statystykach.

 

Schudła 16 kg. Zrezygnowała z wynajmowanego mieszkania, bo nie wiedziała, czy stać ją będzie na utrzymanie. Na szczęście firma, w której niedawno zaczęła pracować zgodziła się przedłużyć umowę. Mimo że pracownika fizycznie nie ma, bo zwolnienie na gruźlicę trwa przynajmniej 270 dni.

 

Swojego nazwiska młoda kobieta na razie podać nie chce. Nazwy szpitala też nie. Bo w Polsce placówek dla gruźlików jest kilka.

 

– Boję się, że będzie jak ostatnio. Myślałam, że po sześciu tygodniach wyjdę do domu, więc bez oporów nawciskałam personelowi, wygarnęłam wszystko, co o nich myślę. A potem przyszły wyniki badań i okazało się, że zostaję w szpitalu – mówi.

 

Gdy wyjdzie, będzie głośno mówić o gruźlicy. – Może jakaś kampania społeczna? Dzięki temu mogłabym jakoś wykorzystać tę przerwę w życiu, którą musiałam zrobić przez chorobę.

Tagi: gruźlica, szpital, choroba, paulina socha-jakubowska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone