04 Sierpnia 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Dom dziecka, o którym świat miał nie wiedzieć

  • Zaluczedomdzieckasierociniec.jpg Stop-klatka z filmu o Załuczu (źródło: YouTube)
  • Masza3.jpg Masza i jej polski podopieczny

Maria Jaremijczuk z Iwano-Frankiwska do Łodzi przyjechała na miesiąc, by pracować. W hospicjum dla dzieci. Choć na Ukrainie jest pielęgniarką, u nas pełni funkcję opiekunki kilkunastu umierających dzieci. Dowiaduję się o niej przez przypadek. W jednej z rozmów pada jej imię i zaraz po nim informacja, że dla Maszy taki pobyt w Polsce to jak wakacje. Bo na Ukrainie pracuje w domu dla dzieci z najgorszymi rodzajami niepełnosprawności, w którym mieszka 130 podopiecznych. 130 dzieci, które zostały porzucone przez rodziców tuż po urodzeniu. Ale w historii Maszy i przez lata skrzętnie ukrywanego przed światem domu dla ciężko chorych dzieci – to nie ta liczba wstrząsa wyobraźnią najbardziej.

 

Maria, czyli Masza, jak mówią na nią bliscy, ma 35 lat. Trójkę dzieci: 12-letniego syna Maksymiliana i dwie córki – ośmioletnią Janinę i pięcioletnią Alinę. Sama pracuje w ośrodku z dziećmi niepełnosprawnymi w Załuczu.  To wioska w obwodzie iwano-frankiwskim. Liczy 1,3 tys. mieszkańców. By tam dotrzeć, Masza ma do przejechania 30 kilometrów w jedną stronę. Cieszy się, bo ostatnio wolontariuszom załatwiono busa. Zabiera ich do Załucza, a po pracy zawozi do domu.

 

Mówi o sobie i innych dziewięciu osobach pochodzących z tego samego miasta i ciężko pracujących w domu dziecka – „wolontariusze”.

 

Choć dzięki temu, że znaleźli się sponsorzy, dostaje za pracę wynagrodzenie. O tym, że bez pieniędzy ciężko byłoby jej pomagać potrzebującym, Masza mówi bez ogródek. – To równowartość 600 złotych. Takie cokolwiek. U nas nikt nie może sobie pozwolić na pracę za darmo. Nawet na drogę byśmy nie mieli.

 

Dodaje, że inni pracownicy sierocińca zarabiają, w przeliczeniu na złotówki, 250 złotych. Z tego co mówi, jeszcze kilka lat temu ich praca rzeczywiście nie była więcej warta.

 

Okno na świat

 

Kobieta w Załuczu pierwszy raz pojawiła się osiem lat temu. Dlatego, że sierocińcem dla niepełnosprawnych dzieci zainteresowali się polscy księża pracujący w jej parafii. Jeden pojechał tam, po kryjomu robił zdjęcia i nagrał krótkie filmiki. Bez tego trudno byłoby uwierzyć, że w XXI wieku może funkcjonować dom dziecka przypominający sierociniec z najgorszych koszmarów.

 

Ks. Grzegorz Ząbek: – Mój poprzednik, ksiądz Radoń, znalazł ten dom. Pomagał tam na różne sposoby. Szukał sponsorów. Kiedy przyjechałem, powiedział, że jeśli chcę, mogę się nimi zajmować. Był 2006 rok.


Gdy któregoś dnia ksiądz przyszedł i powiedział w parafii, że potrzebna jest pomoc, Masza potrzebowała na decyzję kilku godzin.

 

Dzień później pojechała na miejsce. I zobaczyła zamkniętą, w zasadzie schowaną przed światem twierdzę. Po wejściu do środka było jeszcze gorzej. 120 bardzo chorych dzieci, z czego 80 procent nie wstawało z łóżek. Dzieci żyły w warunkach skrajnej nędzy.

 

Tłumaczy mi, że to dom, do którego trafiają dzieci od 4 roku życia. Teoretycznie górna granica wieku wynosi 35 lat. W praktyce jest się tam do śmierci.
To dzieci z całej Ukrainy, ale bardzo dużo jest ze wschodu kraju. Rodzice je oddają tuż po urodzeniu, bo nie chcą, by ktokolwiek wiedział, że są chore.

 

– Echa socjalistycznego myślenia. Człowiek jest użyteczny, kiedy pracuje. Przyczynia się też wiara w narodzie, że takie dzieci są karą bożą i trzeba się ich pozbyć – mówi ksiądz Ząbek.

– Z góry się zakłada, że rodzice sobie z takim dzieckiem nie poradzą. Ale jak mają sobie radzić, skoro państwo nie pomaga? Warunki socjalne w kraju są fatalne. W tym domu dla dzieci może być im lepiej niż z rodziną – zauważa Masza.

 

Kobieta właśnie skończyła dzienną zmianę w łódzkim hospicjum dla dzieci. Widać, że jest zmęczona. Ale nie tak jak po dyżurze na Ukrainie. Mówi, że gdyby tamtejsze placówki dla chorych dzieci choć w dwudziestu procentach standardem przypominały polskie, byłoby dobrze. – U was jedenastką dzieci opiekują się trzy kobiety na dyżurze. I wolontariusze. U nas też są trzy opiekunki, tyle że dzieci pod opieką kilka razy więcej – mówi.

 

I wraca do tego, co przed ośmioma laty zastała w Załuczu.

 

Selekcja naturalna

 

– Pierwsze, co trzeba było zrobić, to pomóc załatwić jedzenie. Dzieci dostawały tylko wodę i chleb. Umierały. Oni mówili, że to normalne, taka selekcja naturalna. Że tak ma być – opowiada.

 

Ksiądz Ząbek potwierdza, że sytuacja była dramatyczna. Umieralność ogromna, bo dzieci były źle żywione. Sam widział piętnastolatków ważących 11 kilogramów. Dopiero dzięki Polakom dzieci zaczęły dostawać odżywki białkowe, przybierać na wadze.

 

W ośrodku był co prawda i dyrektor, i opieka medyczna. Wszyscy musieli to widzieć. W sumie pracowało tam wtedy ok. 80 osób. Ale większość stanowili pracownicy biurowi. Na 35 dzieci były cztery opiekunki, które miały się nimi zajmować. – Przebierały dzieci, gdy te załatwiły się pod siebie. O pampersach wtedy nie było mowy. Ubrań też było niewiele. Bywało, że dzieci leżało nago – mówi Masza.

 

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy sprawującego wówczas rządy dyrektora zwolniono. A ksiądz i pomagający mu wolontariusze znaleźli sponsora z Holandii. – Trzeba było nakarmić te dzieci, żeby nie odchodziły. Nie konały z głodu. Bo konały, taka prawda… – Masza zawiesza głos.
– A kroplówki, jakieś żywienie dożylne? – pytam.  – Nie było. Nawet teraz ciężko o nie. Państwo na dzień dla dziecka daje równowartość dwóch dolarów.  Ile trafia do nich faktycznie, nie wiadomo. A ceny u nas takie same jak u was. Albo nawet jeszcze wyższe.

 

Poczekalnia do umierania

 

Oficjalnie do domu w Załuczu trafiały i trafiają dzieci z najcięższymi chorobami i upośledzeniami. Jednak, jak mówi Masza, wystarczają problemy ortopedyczne, stwierdzone u noworodka, by rodzice podejmowali decyzję o oddaniu go pod opiekę państwa.

 

Masza dodaje, że tuż po narodzinach można od razu podpisać papier. Bywa, że rodzice chorego dziecka nawet nie widzą. I nie chodzi o mieszkańców maleńkich wiosek położonych na wschodzie kraju.

 

Skalę niepełnosprawności i rodzaje schorzeń, z jakimi dzieci przyjmowane są do Załucza, ciężko jakoś uporządkować.

 

W domu mieszka m.in. 20 osób z zespołem Downa. – A przecież to normalne dzieci, dzieci „słońca” – zauważa Ukrainka. – Jest u nas jeden chłopak. W tym roku skończył 20 lat. Jego matka podrzuciła go pod nasz dom. Nie miał jeszcze roku. Panie z ośrodka go zabrały. Nie musiał tam mieszkać, tylko że w papierach mu napisali, że jest chory. Taki ładny jest. Gdyby wyszedł na zewnątrz, nikt nie pomyślałby, że mieszka w sierocińcu dla niepełnosprawnych.

 

Ksiądz Ząbek od razu wie, o kogo chodzi: – Tak, Misza. Ale on już nie jest zdrowy. Umieszczenie zdrowego dziecka w środowisku chorych spowodowało niepełnosprawność funkcjonalną. Dyrekcja trzymała go, żeby się nim chwalić. Poza tym za każdym dzieckiem idą pieniądze. I tak zmarnowano mu życie, bo nieudolny system nie znalazł innego rozwiązania – mówi duchowny.

 

Masza dodaje, że znalazł się mężczyzna, który chce dwudziestolatkowi pomóc. Chłopak idzie do technikum. Czy jeszcze kiedyś będzie w stanie żyć na zewnątrz? Tego nikt nie wie. Z ośrodkowego internatu nikt go nie wyrzuci.

 

– I tak nie jest tam najstarszy. Bo najstarszy jest w moim wieku, ma 35 lat. Pochodzi z Kijowa, ma porażenie mózgowe. Nie chodzi. Ale mówi normalnie. Żyje tam od urodzenia. I tam umrze – dodaje Masza.

– I co potem?

 

– Skoro tylko czasem zdarzy się, że do jednego ze 130 dzieci ktoś przyjedzie, babcia je odwiedzi albo ktoś do nich zadzwoni, to kiedy umierają, jest tak samo. Mamy adresy rodzin, powiadamiamy, ale raz na 10 zmarłych podopiecznych ktoś reaguje. Zabiera ciało do domu, by pochować je bliżej rodziny. Resztę chowamy sami. Kiedy dziecko umrze, trafia do specjalnego pokoju. Mamy znajomego pana, który robi trumny. Na pogrzeb idą kobiety pracujące w domu, czasem ktoś jeszcze – mówi Ukrainka. Dodaje, że wszyscy wiedzą, gdzie wydzielona jest część cmentarza dla dzieci z domu „zakrytego”. Pracownice ośrodka sprzątają groby, ale tylko czasem zapłonie na nich znicz.

 

Ksiądz Ząbek: – Kiedy tam trafiłem, dzieci były chowane jak psy. Bez księdza, bez niczego. Nie wiem, czy tam trumny były. To ja odprawiłem pierwszy pogrzeb katolicki. W sierpniu w 2006 roku. Wtedy prawosławny ksiądz się zreflektował, wkurzył i zaczął mówić, że to on powinien dzieci chować. Nie wiadomo dlaczego, bo przecież albo ksiądz Jan (ks. Radoń – red.), albo ja je chrzciliśmy. Ale przynajmniej się zmieniło i pogrzeby mają godne.

 

System mafijny

 

YouTube. Czterdziestosekundowy filmik z 2012 roku. Nakręcony pod domem w Załuczu. Autor pisze: „Nowy dyrektor pozwolił wolontariuszkom zabrać dzieci na dwór. Duża część z nich pierwszy raz na żywo widziała śnieg”. Na nagraniu widać, jak dzieci trzymają się za ręce. Kręcą w kółko. I słychać jak śpiewają.

Ksiądz Ząbek pytany, czy to prawda, czy tylko próba zagrania na emocjach potencjalnych darczyńców, mówi, że kilka lat temu dzieci zimą w ogóle nie wychodziły na dwór. Bo nie miały się w co ubrać. Dopiero gdy pojawili się wolontariusze i sponsorzy, znalazły się ciepłe kurtki, ubrania zimowe.
W 2009 roku dyrekcja ośrodka podjęła nawet decyzję, że część dzieci raz w roku może wyjechać na tygodniowe wakacje w Karpaty. W tym roku dzieci pojechały też nad morze, do Odessy.

 

To o tyle przełomowe, że odkąd dom powstał, czyli od 1954 roku – takiego zwyczaju nie było.

 

Założenie było proste: na ok. dwuhektarowym terenie są trzy kompleksy budynków. W jednym dzieci śpią i mają sale dziennego pobytu. W pozostałych mieszczą się jakieś składziki, swoje stanowiska mają pracownicy administracyjni. Jest też piekarnia i chlew ze świniami. Ośrodek może więc być samowystarczalny. I minimalizować koszty.

 

Dziś w domu mieszka 130 podopiecznych. I jest też 130 pracowników – od opiekunów po pracowników kancelarii, kucharki. Jeśli każdy dostaje minimalną pensję, czyli 50 dolarów – 6500 dolarów to same miesięczne pensje. Państwo daje pieniądze na gaz, światło, utrzymanie budynku. 15 tysięcy dolarów budżetu na taki budynek to minimum.
Na szczęście dla dyrekcji, każde dziecko dostaje rentę, równowartość ok. 40–50 dolarów.

 

Po tym, jak w ośrodku kilkukrotnie zmieniali się dyrektorzy, a zagraniczni wolontariusze i fundacje zaczęły się sprawą interesować, kwoty te rzeczywiście, przynajmniej w większej części, są przeznaczane na podopiecznych. Ale każdy, kto zna ten dom, mówi, że w ciągu kilku lat trudno zlikwidować „system mafijny”, który tam zawsze funkcjonował i sprzyjał nadużyciom.

 

Bo przecież dyrektorzy ośrodka są z politycznego nadania. Obecnie funkcję szefa pełni człowiek, który wcześniej był szefem kołchozu. Dla niego dom, w którym żyje ponad setka niepełnosprawnych, to zakład pracy, jak każdy inny. I ma przynosić zyski.

 

Placówka jest państwowa, istnieje więc piramida zależności i układów. Władza się zmienia, zmienia się dyrektor. Bo ciepła posada „z nadania” wciąż jest na Ukrainie na wagę złota.

 

Ksiądz Ząbek prosi, by jednak zaznaczyć, że obecny dyrektor przynajmniej sprzyja zmianom.

 

– Jeśli poprzedni dyrektor chodził i narzekał, że dostaje, w przeliczeniu, 500 zł pensji, po czym po pracy wsiadał do samochodu za 20 tysięcy dolarów i nosił buty za 500 dolarów – to skąd brał na to pieniądze? – zastanawiają się wolontariusze.

 

Patologii było więcej.

 

Choćby na to, że personel placówki odpowiedniego podejścia do wykonywanej pracy musiał się uczyć praktycznie od zera, wolontariusze mają wiele przykładów. Ksiądz Ząbek opowiada: – Wyremontowaliśmy salę dla starszych chłopców. Po czym zaczęły w niej nocować opiekunki na nocnej zmianie. A chłopcy gnieździli się po dwóch w jednym łóżku. Trzeba było im tłumaczyć, że każde dziecko powinno mieć osobne miejsce do spania.

 

Leczenie zamiast umierania

 

Masza zna wszystkie imiona 130 podopiecznych domu. Wie, ile dzieci mają lat. Te, które potrafią mówić, codziennie pytają ją, czy następnego dnia wróci. Za rodzicami nie tęsknią. Nie mówią ani mama, ani tata. Nie mają pojęcia, czym jest rodzicielska miłość, bo nigdy jej nie doświadczyły. Nie mogły jej nawet obserwować w realnym świecie.

 

Do szkoły przecież nie chodzą. W placówce odbywają się lekcje, ale Masza mówi, że dzieci uczą się absolutnych podstaw.

 

Gdy w ośrodku po raz pierwszy pojawili się wolontariusze organizowani przez księdza Ząbka i jego poprzednika, zajmowali się wszystkim.  – Opieka personelu sprowadzała się do tego, że panie siedziały i patrzyły, czy się nic nie dzieje – mówi ksiądz. Dlatego zaczął współorganizować kursy dla personelu. Zapłacił za nie rząd holenderski. Zresztą nie tylko Załucze na tym skorzystało. W kursach brali też udział pracownicy 30 innych ukraińskich domów dziecka-internatów dla najciężej doświadczonych chorobami.

 

–  Dzięki temu po jakimś czasie odsunęliśmy się od prac, które powinien wykonywać personel. A wolontariuszki zajęły się warsztatami, terapią manualną, ruchową – zaznacza duchowny.

 

Jak dziś organizowane są na to pieniądze? Pomaga jedna z niemieckich parafii, „Solidarność” z Rzeszowa, polski kościół w Birmingham i polska szkoła w Brukseli. Ks. Ząbek jeździ po parafiach i głosi kazania. Mówi o Załuczu i ludzie reagują datkami.

 

Wolontariusze, tacy jak Masza, zostali formalnie zatrudnieni przez jedną z działających na Ukrainie organizacji charytatywnych. Dzięki temu ich zarobki stały się oficjalne.
Zmiany, które w ciągu ostatnich ośmiu lat zaszły w domu dziecka, Ukrainka nazywa „radykalnymi”. Mówi, że dzieci są odżywione, mają ubrania. I że teraz trzeba zrobić wszystko, by były odpowiednio leczone.

 

W związku z tym w listopadzie i w kwietniu w domu dziecka byli lekarze z Polski. W listopadzie zrobili kompleksowe badania wszystkich dzieci. Mieli ze sobą nawet aparat USG. Zresztą podobno przewieziony przez granicę nielegalnie. Po przebadaniu dzieci zostawili zalecenia. W kwietniu sprawdzili, jak miejscowi lekarze radzą sobie z ich realizacją. A radzą sobie podobno dość dobrze. Nagle okazało się, że zamiast biernie patrzeć na to, jak życie podopiecznych domu dziecka się kończy, można starać się je przedłużać. I poprawiać. Bo większość dzieci można leczyć.

 

W czerwcu jedna z podopiecznych ośrodka przeszła operację tarczycy w Kijowie. I to był kolejny przełom. Bo trzeba było zorganizować i zabieg, i wyjazd. Wcześniej na tym nikomu nie zależało.

 

Ale lista potrzeb i problemów Załucza się nie kończy. Kilkoro dzieci potrzebuje pilnych operacji ortopedycznych. Zgłosił się jeden lekarz ortopeda, Polak. Chce operować. Ale albo dziecko musiałoby przyjechać do Polski, co wiąże się z kosztami, albo lekarz musiałby zdobyć pozwolenie na operowanie tam. A to już nie jest łatwe.

 

– Zacząłem się dowiadywać, jaka jest procedura, by Polak przyjechał zrobić operację. Pierwsze wyjście jest takie, że podpisana byłaby umowa o współpracy między polskim a ukraińskim szpitalem. Drugie, że lekarz przyjechałby tam nie tyle operować, co zrobić warsztaty dla miejscowych lekarzy i w ich ramach zabieg zostałby przeprowadzony. Formalnie jednak polski lekarz mógłby tylko asystować – mówi ks. Ząbek dodając, że na razie sprawa utknęła w martwym punkcie.

 

Wstydliwa sprawa

 

Jest jeszcze jeden problem, o którym ludzie związani z domem z Załuczu wolą nie mówić. To problem mieszkających w jednym miejscu 130 podopiecznych, w dużej części osiągających dojrzałość seksualną nastolatków. Ukraiński system problemu nie rozwiązał. Czy rodzą się tam dzieci? O tym nikt nie słyszał. Za to co jakiś czas pojawiają się informacje, że starsi chłopcy próbują dobierać się do młodszych. I że pracownicy na tylko sobie znane sposoby muszą temu przeciwdziałać.

 

Wolontariusze na kursach co prawda dowiedzieli się, że takie dzieci należy uczyć masturbacji, ale wprowadzenie tych rad w życie nie przychodzi im łatwo.

 

– Z punktu widzenia księdza to niemoralne – ucina ksiądz Ząbek.

 

On sam chwilowo zakończył swą misję na Ukrainie. Przez rok będzie pracował w Rzeszowie. Jednak do Załucza chce wrócić.

 

Masza wraca do domu za kilka dni. Kończy jej się miesiąc „wakacji”. – Moje dzieci wyliczyły, ile dni zostało do mojego przyjazdu. A Alina powiedziała mi ostatnio, że ona jeszcze minuty by policzyła, ale nie potrafi. Bo to za dużo – mówi Ukrainka. Do domu przyjedzie w poniedziałek. We wtorek stawi się w Załuczu, bo za podopiecznymi ośrodka też się stęskniła.

 

– Mówiłam już, że od początku roku zmarła tylko dwójka dzieci? – pyta.

Tagi: sierociniec, chore dzieci, ukraina, załucz, maria jaremijczuk, pomoc, głód, paulina socha-jakubowska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone