10 Czerwca 2015

Terroryzm
K48l.jpg
autor: Paweł Moczydłowski, Justyna Kopińska

Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?

  • ks.jpg

"Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?", to wstrząsająca książka Justyny Kopińskiej o głośnej sprawie zakonnnic w Zabrzu, które przekształciły ośrodek wychowawczy dla dzieci w koszmarny obóz, w którym ponowała przemoc. Przedstawiamy wstęp do książki autorstwa Pawła Moczydłowskiego oraz pierwszy rozdział. Trudno pozostać obojętnytm.

 

Paweł Moczydłowski: O aktualności baśni Nowe szaty króla Hansa Christiana Andersena


 

Choć książkę Justyny Kopińskiej Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? poprzedza sława reportażu, nie każdy będzie w stanie ją przeczytać. Ogrom skoncentrowanego zła i krzyw­dy wyrządzonej dzieciom przez opiekunki pracujące w domu dziecka przekraczają możliwości współodczuwania z ofia­rami. Sięgnięcie po nią wymaga intelektualnej odwagi, bo zwykła miara przykładana do zrozumienia tego, co tam się działo, nie wystarcza, by uniknąć ponownego bólu, goryczy i żalu chwytających za gardło.

Autorka, w pozbawiony ckliwości sposób, ujawnia obraz i mechanizmy patologii w znajdującym się w samym cen­trum Zabrza Ośrodku Wychowawczym Sióstr św. Karola Bo­romeusza.

Ośrodek ten okazał się składowiskiem nikomu niepo­trzebnych dzieci zdradzonych przez najbliższych.

Dzieci, których nikt nie chciał pokochać, nie radzą sobie z własnym życiem i przez to wykorzystują się i krzywdzą na­wzajem. Serce się kraje. Chciałoby się im pomóc. I pokochać tych, którzy pochylą się nad nimi. Tymczasem dzieci, któ­re z ufnością zwracały się do dorosłych opiekunów, zostały zdradzone po raz drugi.

Ta zdrada jest tak dotkliwa, ponieważ kryje się za szyldem zinstytucjonalizowanego dobra, za specjalnym ośrodkiem wychowawczym, który jest placówką niepubliczną opieki cał­kowitej, gdzie siostry boromeuszki powinny realizować zada­nia opiekuńcze, wychowawcze i dydaktyczne.

Wydaje się niepojęte, że wszystkie te zadania stały się oko­licznościami wykazywania niewątpliwie trudnym dzieciom tkwiącego w nich zła i nieustającego karania nie za to, co zro­biły, ale za to, kim są. Kary stały się sposobem na trwanie tej instytucji i utrzymywanie dzieci w poniżeniu i przekonaniu, że są pasierbami Boga.

Kary nie były skatalogowane i przypisane określonym na­ruszeniom. Nie było pewności, za co można być ukaranym i w jaki sposób. Ale przede wszystkim naruszały godność podopiecznych i wiele z nich można uznać śmiało za tortury. Co najgorsze, doszło do wykorzystania nieformalnej władzy, którą mieli wychowankowie, jako narzędzia wykonującego zlecane przez siostry kary, a były w ich repertuarze między in­nymi: zastraszanie, znęcanie się, bicie, molestowanie i gwałty homoseksualne.

Nauczycielom, psychologom, lekarzom, policji i prokura­torom, tym, którzy przez długie lata stykali się ze śladami pobicia na ciele dzieci, z utratami przytomności i próbami samobójczymi, wydawało się niepojęte, bezsensowne, niewy­obrażalne, że mogły dokonywać tego boromeuszki. Większość ludzi, którzy zetknęli się z obciążającymi siostry skargami wychowanków, lekceważyła lub odrzucała oskarżenia o piek­ło zgotowane dzieciom. Przypisywano im niewdzięczność za to, co siostry dla nich zrobiły, i oskarżano o konfabulacje. Niewdzięczność i „fałszywe oskarżenia” zostały przypisane tym dzieciom, jako pochodna tkwiącego w nich zła.

To myślenie zaczyna być zbieżne z tym, które demonstrują siostry boromeuszki: opór dzieci przed podporządkowaniem się ich pełnej władzy wynika ze zła, które w podopiecznych zamieszkało. Siostra Bernadetta mówi, że „mają je w genach”. Zło tkwi w dzieciach i zanim się je wypuści na wolność, te niezmierzone pokłady zła trzeba wypalić do cna. Do takiego zadania, likwidacji zła w gadzim nasieniu, nadawali się tylko nieskalani funkcjonariusze. Wymagało to od nich hartu du­cha, dyscypliny i bezwzględności. Zadanie było trudne. Pie­kielne zło jawiło się bowiem jako cztero-, pięcioletnie dzieci, słodkie istoty, przy których można się zapomnieć, okazać im miłość i akceptację. A skoro tak niebezpieczne i chytre jest zło, wymagano szczególnego stanu świadomości sióstr. Okazujące ciepłe, matczyne uczucia nie cieszyły się poparciem przełożo­nych. Karano je, a nawet usuwano z tej odpowiedzialnej pracy.

Na czele tak ważnej misji musiała stać osoba surowa i nie­złomna, wewnętrznie zdyscyplinowana, znająca słabości ludzkiej natury, od chytrego zła przebieglejsza w manipula­cji, a od ludzi złem zainfekowanych silniejsza i inteligentniej­sza. Poświęca się dla nich bezgranicznie, choć oni tego dobra, jakim ich obdarza, pojąć i przyjąć nie potrafią. Taką się dla siebie wymyśliła siostra Bernadetta. Taką się widziała jako dyrektor specjalnego ośrodka wychowawczego. Ale czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie, że jej chora misja spowodowa­ła, że dla tych dzieci karą stało się życie? Czy przekona nas, że wychowywanie w imię tępienia w ludziach zła nie zamie­nia ofiar tego procesu w sprawców okrutnej przemocy? Czy przekona ludzi, że takie straszne rzeczy dzieją się na świecie wtedy, gdy ktoś na siłę chce uszczęśliwić Pana Boga swoim poświęceniem?

Skala zła wyrządzonego przez ośrodek wychowawczy nie byłaby taka, gdyby nie reakcja na logo Sióstr św. Karola Boromeusza innych ludzi udzielających wsparcia, środków finansowych i pochwał na ślepo tylko ze względu na pustą deklarację religijnej instytucji czyniącej społeczne dobro.

Autorka napisała współczesną wersję baśni Nowe szaty króla Hansa Christiana Andersena. Optymistycznie powiada nam, że przy całym społecznym zakłamaniu wokół „domu dziecka” siostry Bernadetty znaleźli się na szczęście: jedno dziecko, jedna pani nauczycielka, jedna pani prokurator, po­licjant i psycholog, a w końcu nawet i wizytator, aby reszta zobaczyła, że KRÓL JEST NAGI.

 


Fragment książki:

Zosia


 

Opowiem ci o sierocińcu, o siostrach, które przyszły do nas z piekła, o próbach samobójczych i przywiązywaniu do słupa. Ale napisz tę książkę dla dziewczyn takich, jaką by­łam dawniej. Powiedz im, żeby uciekały, jeśli trafią do bidula prowadzonego przez agresywnych wychowawców. Lepiej żyć na ulicy. I przekaż, żeby nie mieszkały na dworcu. Lepiej po kanałach się ukrywać, wtedy mężczyźni cię nie dopadną.

Nie pamiętam, jak trafiłam do ośrodka. Podobno w ty­siąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym. Miałam wtedy pięć lat. Moi rodzice byli biedni, a do tego pili. Ale w domu czułam się dużo bezpieczniej niż u sióstr. W sierocińcu od początku było strasznie. Ton nadawały: siostra Bernadetta, Patrycja i Monika. Podobne w okrucieństwie. Patrycja, bo stosowała upokarzające kary, jak przywiązanie do słupa i ka­loryfera na wiele godzin. Monika, bo biła mnie najmocniej. Okładała pięściami po twarzy, kręgosłupie. Zdarzało się, że traciłam przytomność. A Bernadetta, bo na to wszystko pozwalała i była najsprytniejsza. Ona nigdy nie biła przy wszystkich. Brała do pokoju sam na sam. I siadała na psychi­kę. Szantażowała:

– Powiesz matce, że siostry cię biją, to już więcej na święta do domu nie pojedziesz.

Pozostałe siostry się jej bały. Szczególnie Patrycja, która najpierw się stawiała, rywalizowała z nią, a później już tań­czyła, jak dyrektor jej zagrała. Wiedziała, że z Bernadettą nie wygra. Nikt by nie wygrał.

Były też dobre siostry, jak Augustyna i Oliwia, ale one nie miały nic do powiedzenia. Siostra Monika trenowała boks na dziewczynkach. Potrafiła najpierw pobić kilkuletnią wycho­wankę, a potem podnieść ją do góry i rzucić nią o stół. Siostry mówiły:

– Głupia szmato, z ciebie nic w życiu nie będzie.

Ale nie biły wszystkich po równo. W ośrodku były też dziewczynki grzeczne, które niczym się nie wyróżniały. Im czasem linką przyłożyły albo śmiały się z ich wyglądu.

– Z ciebie to kupa mięsa – rechotały.

Ale nie biły ich do krwi. A ja byłam nadpobudliwa i mó­wiłam, co myślę. A najgorsze, że byłam inna. Siostra Mo­nika rozpowiadała, że jestem Niemką w trzecim pokoleniu. A właściwie to powtarzała:

– Ty pierdolony szwabie!

Bardzo ją denerwowało, że mówiłam po śląsku i miałam problemy ze słuchem i wzrokiem. Przez to czasem nie usły­szałam jej rozkazu. Chciałam mieć aparat słuchowy. Raz nawet lekarz powiedział, że takie aparaty można z dofinanso­wania dostać, ale siostra mu wytłumaczyła, że nie potrzebuję.

Czujesz tak ogromny lęk, że życie przestaje mieć znaczenie. Całą energię skupiasz na tym, by choć jeden dzień spędzić bez bicia i krzyków.

Nauczyciele wiedzieli, że siostry nas biją. Ale nie mam im za złe, że nie reagowali. Mieli związane ręce. Przecież nie wi­dzieli tego osobiście. Niektórzy się martwili. Przychodzili do ośrodka, a siostry im tłumaczyły:

– Dzieci mają siniaki, bo między sobą się pobiły. Proszę ich nie słuchać, tak sobie fantazjują. Głupie dziecięce gadanie.

Czasem nauczyciel nie dawał za wygraną, dopytywał:

– A dlaczego przywiązujecie dzieci do słupów?

Wtedy siostra Bernadetta mówiła:

– Takie kary były stosowane dawno. – Wymieniała jakąś siostrę z przeszłości. – Wykryto to zachowanie i została prze­niesiona. I oczywiście już takie rzeczy się nie zdarzają.

A potem się do nas uśmiechała i dawała batona. Tak na po­kaz. Po wyjściu nauczycieli od razu dowiedziała się, kto na­skarżył, i urządzała mu piekło.

Jak były imprezy albo grille, to siostra Monika zamykała mnie w sypialni lub w izolatce. Przynosiła trochę wody i jedze­nia, ale bardzo mało, tyle żebym nie zdechła. Izolatka wyglądała jak szatnia. Miała kraty w oknach, a siostry zamykały drzwi od zewnątrz i trzymały klucz przy sobie. Nie było jak uciec. Cza­sem czekałaś tam na karę; wtedy było najtrudniej. Czujesz, jak serce ci gwałtownie uderza. Strach taki, że trudno oddychać.

Najgorsze, że nie było komu o tym powiedzieć. Siostra Ber­nadetta była zadowolona, że stosowano takie kary. Trzymano nas w ryzach. Siostra Monika biła mnie nawet bez powodu. Podchodziła i dawała z całej siły w kręgosłup, z pięści. Jedna z nauczycielek zauważyła moje siniaki i zaczęła dopytywać o bicie w ośrodku. Siostra się dowiedziała, że to ja puściłam farbę. Znów wylądowałam w izolatce.

Zaczęły się myśli samobójcze. Czekałam, aż wszyscy pój­dą spać, i włóczyłam się po ośrodku. Szukałam nożyczek lub żyletki. Nie wiem, czy znasz takie uczucie, kiedy myślisz, że właściwie nie masz nic do stracenia? Siostrom mówiłam, co o nich myślę. Chyba wtedy siostra Monika wzięła mnie do osobnego pokoju.

– Jesteś siedliskiem zła! – krzyczała. Uderzyła mnie w twarz.

I wtedy coś we mnie pękło. Krzyknęłam do niej:

– A ty jesteś zwykła kurwa, a nie siostra zakonna!

Pobiła mnie tak, że straciłam przytomność. Siostry powie­działy innym dziewczynom, że Zosia zemdlała od upału i jest w szpitalu. Tak naprawdę wzięły mnie do izolatki, ocuciły, później tam zostawiły. Nie pamiętam, kiedy wyszłam, ale od razu wzięłam żyletkę i zaczęłam się ciąć. Znalazła mnie jedna z sióstr, pobiegła do Bernadetty, a ta zadzwoniła po psycholi. Wpakowali mnie w kaftan i zabrali do szpitala psychiatrycz­nego. Tam faszerowali psychotropami i trzymali związaną. Ale nie chciałam wracać do ośrodka. Prosiłam tylko o jedną rzecz – żeby nie wracać do tego miejsca. Ale psychiatrzy i psy­cholodzy zupełnie takich prostych słów nie rozumieją. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Patrzyli z góry jak na zwie­rzątko do analizy. Mówiłam o rzeczach dla mnie najważniej­szych, o upokorzeniu, przemocy sióstr, a oni prosili, żebym się bawiła dziwnymi klockami i mnie obserwowali albo kazali narysować drzewo do góry nogami. Narysowałam zwyczajne drzewo i powiedziałam:

– Jak chcecie do góry nogami, to sobie obróćcie.

Zmusili mnie do powrotu do pingwinów. Dużo wtedy pła­kałam. Siostry miały mi dawać psychotropy. Jedna tabletka rano i jedna wieczorem. Same zmieniły dawkę. Dawały mi trzy tabletki pięć razy dziennie. Nie wiem, skąd one brały te tabletki, ale ten okres był bardzo dziwny. Byłam otępiała. Już nie wiedziałam, co jest prawdą, a co nie. Usypiałam na lekcjach. Nauczyciele znów zaczęli się martwić. Dzwonili do sióstr, które tym razem tłumaczyły, że mam nowe leki i orga­nizm musi się przyzwyczaić.

Zaczęłam uciekać z ośrodka. Ale policja zabierała mnie od rodziców i znowu przywoziła na miejsce. Więc przestałam przychodzić do rodziców, starałam się żyć na ulicy. Miałam do wyboru tylko psychiatryk albo siostry, a nie chciałam do reszty zwariować.

Czujesz głód, strach, ale na ulicy jesteś wolna.

Cieszę się, że sąd potwierdził, co my tam przeżyliśmy – bi­cie i poniżanie przez kilkadziesiąt lat, brak reakcji na gwał­ty, przywiązywanie do słupów, wsadzanie twarzy do muszli klozetowej, wyzywanie od ułomów, kurw i szmat. Ale chcę zapytać sędziego, dlaczego kara dla siostry Bernadetty to dwa lata? Przecież za kradzieże odsiaduje się więcej. I jeszcze chciałabym mieć taką pewność, że siostry Patrycja i Monika już nigdy do dziecka się nie zbliżą.

Wiem, że przez ośrodek jesteśmy inni. Wychowankowie, których znam, są albo agresywni, albo unikają ludzi. Najle­piej, jakbyśmy żyli na jakimś odludziu.

Nadal pragnę się zabić, ale chyba boję się śmierci tak samo jak życia.

 

Pani Agnieszka, świecka wychowawczyni

 

Pamiętam, jak przyszłam w poniedziałek do pracy i Zo­sia była w szpitalu. Oczywiście siostry miały dla mnie zmyśloną historię, że zemdlała od upału. Ale dziewczynki powiedziały mi, że jedna z sióstr tak ją pobiła, że straciła przytomność.

Później Zosia próbowała popełnić samobójstwo i została odwieziona do szpitala psychiatrycznego. To nie był jedyny przypadek. Siostra Monika wyrywała dziewczynkom włosy z głowy. Raz straciła nad sobą kontrolę i szarpała wycho­wanką tak, że na połowie głowy zostało jej gołe ciało pokryte krwią. Siostry przez tydzień trzymały ją w izolatce i nie pusz­czały do przedszkola. Jak już wyszła, zaczesywano jej włosy w taki sposób, aby jak najmniej było widać rany.

Siostra Monika przyjechała do ośrodka z placówki rolnej, gdzie zajmowała się zbieraniem ziemniaków czy buraków. W każdym razie przyjechała zahartowana i silna. Całą siłę wyładowywała na dziewczynkach. Chyba największą przy­jemność sprawiało jej bicie tych najmłodszych. Nie potrzebo­wała powodu. Dla mnie to był cyborg bez uczuć. Dziewczyny mówiły też sporo o siostrze Scholastyce: to były takie straszne historie z przeszłości o karach cielesnych, klęczeniu na gro­chu, przywiązywaniu, upokorzeniach. Ale nie chcę tego wspo­minać, bo czasem przychodzi taka refleksja – pani Agnieszka mówi bardzo wzburzonym głosem – że skoro ośrodek to było siedlisko zła, a ja w nim tkwiłam przez tyle lat, to może ja też jestem zła?

Jedyna kontrola z kuratorium w mojej obecności trwała pięć minut. Przyszli wizytatorzy, spytali, dlaczego wszystkie zabawki są pozamykane na klucz, i wyszli.

O tym, że dziewczynki są bite przez siostrę Monikę, pisa­łam listy do matki generalnej. Nie reagowała. Później o sio­strze Monice rozmawiałam także z siostrą Franciszką. Nie miałam śmiałości pójść z tym do siostry Bernadetty. Czułam przed nią taki respekt. Wszyscy myśleliśmy, że skoro dosta­ła Nagrodę św. Kamila, to jest prawdziwym bożym człowie­kiem. Była dyrektorem, więc obawiałam się, że mnie zwolni za krytykę. Mogła też pomyśleć, że mówię o tym na zewnątrz. A ja zawsze byłam lojalna wobec sióstr.

Moja siostra jest w zakonie. Jako młode dziewczyny po­magałyśmy w domu spokojnej starości prowadzonym przez siostry i ona zdecydowała, że dalej chce pomagać. Wstąpiła do zakonu z prawdziwego powołania. Ale po kilkunastu la­tach bardzo się zmieniła. Nie jest już tak otwarta. Myślę, że ma dużo problemów, tajemnic. Zdarzają się siostry przełożo­ne, które źle traktują swoje podwładne. Potrafią pluć im do zupy, publicznie ośmieszać, wyzywać. Ale pani pewnie myśli, że siostry wyzywają się tak delikatniej, a one używają najgor­szych wulgaryzmów. To zaburza całe życie we wspólnocie. A tam jest ścisła hierarchia i nie bardzo można się skarżyć. Trudno mi zrozumieć, jak one mogą szykanować młodsze sio­stry w ten sposób, skoro codziennie chodzą do komunii i co tydzień do spowiedzi. Ale chyba takich wzajemnych bitew nie uznają za grzech.

Słyszałam o boromeuszkach, które mają myśli samobójcze. Znam takie, które odeszły z zakonu po dwudziestu latach. One już nie chcą założyć rodziny. Planują żyć samotnie, ale przede wszystkim nie chcą być poniżane. Czasem wystarczy jedna okrutna siostra, która się na ciebie uweźmie, i na takich małych przestrzeniach życie zamienia się w horror. Bo siostry muszą ze sobą wytrzymywać dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Podobnie było w ośrodku. Niektóre siostry były tam cały czas. Nie wszystkie się lubiły. To powodowało frustrację i wy­ładowywanie jej na dzieciach.

Nie rozumiem, dlaczego siostry nie reagowały na mole­stowanie. Osoby świeckie nie zostawały w ośrodku na noc. Pracowałam codziennie do dwa tysiące siódmego od jedena­stej do dziewiętnastej. Wcześniej nie wierzyłam w te gwałty. Dopiero niedawno byli wychowankowie mi o nich opowie­dzieli. Mówili, że molestowanie trwało od lat. A ja naprawdę nie chcę o tym wiedzieć. Przypominam sobie, jak byłam na podwórku z dziewczynami i widziałam chłopców zamknię­tych w salach. Wchodzili między framugę okna i kraty i tacy spłaszczeni błagali, aby ich wypuścić. Nawet nie chcę myśleć, że mogli być tam wtedy gwałceni. Pytałam sióstr, dlaczego chłopcy krzyczą, a one zawsze tłumaczyły, że są niegrzeczni i zamknięci za karę. Pomyślałam, że ja też wołałabym o po­moc, gdybym była cały dzień zamknięta. I już się tak nie de­nerwowałam.

Ostatnio ta sprawa zrobiła się głośna i jeden z wychowan­ków, który teraz ma żonę i dziecko, opowiadał mi, że on też był gwałcony. Ale mówił, że tylko na początku to były gwałty. Później taki seks stał się normalny.

Tam trafiały bardzo różne dzieci. Niektóre były zupełnie zdrowe, rodzice zginęli w wypadku, a krewni nie mogli się nimi zająć, więc myśleli, że u sióstr będzie im najlepiej. To, co łączyło te dzieci, to samotność. One lgnęły do każdego i zro­biłyby wszystko za odrobinę miłości.

Gdy pani Agnieszka kończy mówić, mam do niej tylko jed­no pytanie:

– Skoro pani o biciu przez siostry wiedziała od samego po­czątku, to dlaczego przez pięć lat nie zgłosiła pani tego na policję lub do kuratorium?

Pani Agnieszka powtarza jedno zdanie dwa razy, tak jakby chciała przekonać nie mnie, a samą siebie. Mówi:

– To grzech śmiertelny donosić na osoby duchowne.

 

Fragment książki Justyny Kopińskiej "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?", wstęp Pawła Moczydłowskiego, Świat Książki 2015.

Tagi: siostra bernadetta, paweł moczydłowski, sierociniec, bicie, dziecko, justyna kopińska