27 Lipca 2015

Terroryzm
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Bank po samobójstwie frankowicza zawiesza egzekucję długu

  • frankiszwajcarskiestyczenkredyt.jpg Kurs franka z 15 stycznia (fot. PAP/G.Michałowski)

– Dopiero gdy o samobójstwie mojego męża poinformowały media, a moją sprawą pro bono zajął się prawnik, bank zechciał mnie wysłuchać. Zastępca dyrektora sam dzwonił. Zawiesili spłacanie rat. Tylko nie wiem, za co mam im dziękować. Gdyby wcześniej zgodzili się renegocjować warunki umowy i nie straszyli, że zabiorą nam mieszkanie, mój mąż pewnie by żył – mówi Renata Cader, wdowa po 35-letnim frankowiczu. Jej mąż, Leszek, w marcu odebrał sobie życie. Wykorzystał fakt, że jako ochroniarz jednostki wojskowej w Bielsku-Białej miał dostęp do broni. Zastrzelił się w pracy.

 

Adwokat Janusz Budzianowski: – Gdy sprawa została nagłośniona, bank zwrócił się do mojej podopiecznej z idiotyczną propozycją, żeby ona przedstawiła trzy warianty rozwiązania problemu. Ona, prosty pracownik fizyczny. Napisałem więc, co o tym myślę. I sam złożyłem propozycję.

 

Budzianowski poprosił, w imieniu swojej „podopiecznej” (nie używa słowa „klientka” – pracuje społecznie, bo poruszyła go historia wdowy) m.in. o  przewalutowanie kredytu na złotówki według kursu z daty jego zaciągnięcia.

 

Przedstawiciele banku, w panice, zaczęli dopytywać, dlaczego to on zajmuje się sprawą wdowy po frankowiczu. Pytali o pełnomocnictwa.
Gdy sprawy formalne zostały w końcu wyjaśnione, do mecenasa odezwał się pracownik banku i powiedział, że jego propozycja zostanie przedstawiona zarządowi „z pozytywną rekomendacją”.

Decyzja w tej sprawie ma zapaść w przyszłym tygodniu.

 

Zresztą fakt, iż media informowały o samobójczej śmierci kredytobiorcy sprawił, że przedstawiciele banku częściej zaczęli ujawniać swoje ludzkie oblicze.
– Zadzwonił pracownik działu promocji. Zapewniał, że bank nie przewiduje przejęcia mieszkania. Że nie mają takich zamiarów. Ale to była tylko złożona ustnie obietnica. Żadnego pisma w tej sprawie nie dostaliśmy – mówi Budzianowski.

 

Podobno historią Renaty Cader zainteresował się sam prezes zarządu banku, jeden z najbogatszych Polaków. – Podobno kazał sobie przedłożyć akta tej sprawy. Być może podejmie autokratyczną decyzję – słyszę.

 

Szum pomógł pani Renacie, bank zdecydował się do sprawy podejść w sposób indywidualny. Jednak gdy zadaję wdowie pytanie, czy cieszy się, że problem jej zadłużenia na 400 tysięcy złotych niebawem może zostać rozwiązany, kobieta odpowiada: – Zabrali mi męża. Nie bardzo wiem, za co mam im dziękować.

 

Motywy samobójstwa w tym wypadku są oczywiste. Leszek Cader opisał je w listach pożegnalnych. W pierwszym napisał: „Przepraszam Renata, byłem chorym, słabym człowiekiem. Milenka dostanie rentę, kredyty ubezpieczone, ale nie wiem czy na życie. Nie umiem już zrobić nic innego”.

 

Drugi zaadresował do córki. Jej też chciał wytłumaczyć, dlaczego postanowił umrzeć.  – W internecie wyzywali męża, pisali, że stchórzył. Ale ja myślę, i zawsze będę wierzyć, że zrobił to, by nas uratować – mówi Renata Cader. Dodaje, że jej rodzina chciała tylko normalnie żyć. – Analitycy nas zapewniali, że wszystko będzie OK – mówi.
I było. Gdy frank szwajcarski kosztował 2 złote i brali 200 tysięcy kredytu na mieszkanie.  Z miesiąca na miesiąc było tylko gorzej.
– Mój problem nie polega tylko na tym, że mam kredyt we frankach. Ja przez ten kredyt straciłam męża. A moje dziecko – ojca – mówi kobieta.

 

Sprawa, która wstrząsnęła Polską

 

„Pierwsze w Polsce samobójstwo spowodowane kredytem we franku” – pisano w czerwcu. Dziś, po pięciu miesiącach od śmierci męża, Renata Cader z trudem wraca do historii kredytu, który na zawsze zmienił życie jej rodziny.

 

Wspomina, jak razem z mężem postanowili kupić niewielkie mieszkanie w Czechowicach-Dziedzicach. Po roku urodziła im się córka. A że z mieszkania po rodzicach wyprowadziła się jej siostra – postanowili przenieść się do Bielska-Białej. Pomyśleli, że sprzedadzą mieszkanie z kredytem, spłacą część rosnącego wraz z kursem franka zadłużenia, a hipoteka zostanie przeniesiona na ich większe mieszkanie, to w Bielsku.

 

Bank się zgodził.

 

Kupcy mieszkania w Czechowicach-Dziedzicach zdecydowali się wziąć kredyt w tym samym banku. – Bank pieniądze miał przelać sprzedającym, czyli Caderom. Ale zatrzymał sobie kilkadziesiąt tysięcy złotych jako gwarancje finansowe – tłumaczy Budzianowski. – Dokładnie 80 tysięcy. Bank położył łapę na naszych pieniądzach. Straciliśmy tamto mieszkanie, a niedługo potem zaczęli nas straszyć, że stracimy i to po rodzicach – mówi zrozpaczona kobieta.

 

I tak, ponad dwa lata temu, Leszek Cader podjął się heroicznej walki z bankiem.
Prosił o jakąkolwiek reakcję na zmieniającą się sytuację na rynkach walutowych. Na rosnący kurs franka, który wpędził rodzinę w tarapaty. Pisał podania. Walczył o przewalutowanie kredytu. W końcu, gdy stracił jeden etat, problemy stały się jeszcze poważniejsze. – Bank na prośby odpowiadał. Pismem na nasze pisma. Po trzech tygodniach. I zawsze negatywnie. Raz powiedzieli nawet, że trzeba było mieszkań nie zamieniać – mówi żona samobójcy.

 

Krótko przed śmiercią Leszek Cader wziął urlop. Cały wolny od zajęć służbowych czas wykorzystał na szukanie możliwości pozbycia się zadłużenia. Chodził od banku do kancelarii adwokackich. Pukał w różne drzwi, szukał pomysłu, jak wyplątać się z gigantycznych finansowych kłopotów.

 

– Żaden prawnik nie chciał zająć się sprawą. Banku nasz problem nie interesował – wspomina kobieta.
Po dwóch latach walki Leszek Cader się poddał. Odebrał sobie życie. Zostawił żonę zarabiającą 1300 złotych brutto miesięcznie i sześcioletnią córkę. Zostawił też kredyt na 400 tysięcy złotych i zadłużenie na kolejnych 100 tysięcy.

Skąd się ono wzięło?

Spirala długów

 

– Bank nie zechciał z nami rozmawiać, musieliśmy brać kredyty złotówkowe na spłatę franków. Razem wzięliśmy dwa kredyty. Ale mąż zaciągnął kolejne dwie pożyczki, o których nie wiedziałam. Dowiedziałam się dopiero po jego śmierci. Kto mu dawał pieniądze bez mojej zgody? Na pewno nie sprawdzali zdolności kredytowej, bo tej od lat nie mieliśmy. Tak wpadł w spiralę zadłużenia. A ja, w połowie nieświadoma, razem z nim. Dziś tego długu mam 100 tysięcy złotych – wyznaje.

 

Gdy mąż zmarł i z aktem zgonu poszła do banku, pani z placówki w Bielsku-Białej stwierdziła, że „takie sytuacje się zdarzają”. Kazała pisać kolejne pismo. Renata Cader oczywiście je napisała. Opisała w nim, że została sama. Obarczyła bank odpowiedzialnością za śmierć męża.

 

To też nie podziałało.

 

Skutek przyniosły dopiero publikacje prasowe. Do których nakłonił wdowę po frankowiczu mecenas Budzianowski. – Przyjęłam spadek ze wszystkimi konsekwencjami. Walczę o mieszkanie, bo socjalnego nie dostanę. A co, z dzieckiem mam się po wynajmowanych tułać? Córka idzie w tym roku do pierwszej klasy, chcę zapewnić jej bezpieczny dom – mówi kobieta. Dodaje, że nie potrzebuje litości. Chce tylko, by bank wziął odpowiedzialność za to, co się stało. Mówi, że pomocy potrzebowała wcześniej.

 

Choć pojawiały się wcześniej informacje o tym, że adwokat kobiety będzie chciał wywalczyć dla niej odszkodowanie od banku, dziś prawnik mówi, że formalnie nie ma takiej możliwości. – To, że mężczyzna był w matni, zapętlony kredytem, nie jest przesłanką do takiej walki. Gdyby sytuacja wyglądała tak, że jest decyzja o eksmisji, jego rzeczy mają zostać następnego dnia wystawione na bruk i on odbiera sobie życie, wtedy można byłoby rozważać walkę o odszkodowanie. Żeby coś miało się odbywać na płaszczyźnie sądowej, to bank musiałby wyrzucić tę kobietę na druk – przyznaje Budzianowski.

Tagi: frankowicze, zadłużenie, bank, samobójstwo, umorzenie, CHF, kredyt, frank

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone