25 Listopada 2015

Świat
1IP.jpg
autor: Izabela Smolińska, Paulina Socha-Jakubowska

Lesbos: dziesiątki łodzi i niszczone dokumenty

  • DSC04661.JPG Zdjęcia: Izabela Smolińska

Informacje o tym, że na Lesbos od kilku dni nie przypływają łodzie wypełnione imigrantami, są nieprawdziwe. Codziennie dobija tu od kilkudziesięciu do nawet stu pontonów. A na nich Afgańczycy, Irakijczycy, Somalijczycy. Nic nie wskazuje na to, by wystraszyli się zaostrzonych kontroli na granicy grecko-macedońskiej. Na Lesbos nikt nie zwraca na nich uwagi.

 

W Skala Sikaminea pracują w zasadzie tylko wolontariusze. W zasadzie, bo wyjąwszy greckie służby porządkowe, które każdego dnia wysyłają ciężarówki i ludzi, żeby zbierali z plaży poprzebijane wraki pontonów i poskładane w sterty kamizelki ratunkowe - nie ma tu nikogo innego, kto przepływ imigrantów w jakikolwiek sposób by koordynował. Od trzech dni na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy nie spotkałyśmy żadnego funkcjonariusza policji, straży przybrzeżnej ani żołnierza.


Od wolontariuszy przyjeżdżających tu z rożnych krajów: Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Hiszpanii, czy nawet USA, tak wiele zależy. I na nich spoczywa gigantyczna odpowiedzialność. 

 

DSC04629.JPG

 

DSC04631.JPG

 

DSC04644.JPG

 

Hiszpańscy ratownicy nieprzerwanie patrolują wybrzeże i kierują pontony w bezpieczne miejsca. Tam imigrantów natychmiast przejmują wolontariusze, sanitariusze i lekarze. Dają im wodę, termiczne koce, suche ubrania i buty. Własnymi samochodami zawożą do najbliższego obozu. Stamtąd przybysze ruszają dalej - w zasadzie - gdzie chcą. Bo wyspa, przynajmniej do momentu przekroczenia bramy w którymś z miejscowych obozów dla uchodźców, jest dla nich zupełnie otwarta. 

 

Imigranci najcześciej twierdzą, że są z Syrii. Tyle że gdy dopływają, o tożsamość pytają ich tylko dziennikarze. Poza nimi nikt jej nie weryfikuje. Zresztą nawet przedstawiciele Frontexu, pracujący w obozach w Morii i Kara Tepe, mają ekstremalnie trudne zadanie. 

 

DSC04613.JPG

 

DSC04605.JPG


Wielu przypływających zaraz po wyjściu z pontonu wyrzuca swoje paszporty. Rzucają je w krzaki wzdłuż nabrzeża, tuż przy plaży. Niektóre nie są nawet specjalnie zniszczone, najwyżej z wyrwaną pierwszą stroną. W większości należą do Afgańczyków i Irańczyków. Trafiają się takie, które wyrobiono zaledwie przed miesiącem. Trafiają się też papiery z tureckich obozów dla uchodźców, zaświadczenia wydawane przez UNHCR i pieniądze. By w razie przeszukania posiadana waluta nie zdekonspirowała przybysza.

 

DSC04717.JPG

 

DSC04720.JPG

 

DSC04729.JPG

 

– Czy pytamy ich o tożsamość? Nie. Chcemy żeby przede wszystkim mieli tu spokój, żeby mogli odpocząć i odreagować po traumie, jaką było dla nich przepłynięcie tu z Turcji. Wielu z nich nigdy wcześniej nie widziało wody – mówią zgodnie wszyscy, których o to pytamy.


Pewnie dlatego sprawdzanie tożsamości jest możliwe jedynie na podstawie rysów twarzy, charakterystycznych dla danej nacji, i koloru skóry. Jak usłyszałyśmy na Lesbos – Frontex ma jeszcze jedno narzędzie do wykorzystania w trudnych sytuacjach. Na przykład szczegółowe testy z wiedzy o swoim kraju, np. o Syrii.

 

IMG-9723.jpg

 

DSC04591.JPG

 

DSC04634.JPG

 

DSC04651.JPG

 

DSC04659.JPG

 

DSC04599.JPG

Tagi: lesbos, imigrancji, grecja, izabela smolińska, paulina chocha-jakubowska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone