15 Listopada 2015

Świat
1IP.jpg
autor: Izabela Smolińska, Paulina Socha-Jakubowska

Granica Węgry–Serbia. Zasieki z drutu kolczastego uchodźcy forsują kilka razy dziennie

  • IMG-5576.jpg
  • IMG-5575.jpg
  • IMG-5578.jpg
  • IMG-5577.jpg

– Sposoby są różne. Jedni wrzucają ubrania na drut kolczasty i po tym przechodzą. Inni próbują forsować ogrodzenie za pomocą różnych gałęzi czy konarów. Jeszcze inni je podnoszą lub przecinają. Na granicy coś się dzieje praktycznie codziennie. Jednego dnia są to dwa zdarzenia, innego więcej. Płot z drutu kolczastego forsowany jest cały czas – mówi w rozmowie z Kulisy24.com płk Artur Bazydło ze Straży Granicznej, odpowiedzialny za koordynację działań polskich funkcjonariuszy wysłanych na granicę serbsko-węgierską. Pierwszą zewnętrzną granicę Unii Europejskiej, która w związku z kryzysem migracyjnym została zamknięta.

 

Od kiedy pomagacie Węgrom?

 

Od ponad tygodnia. Decyzja o przyjeździe zapadła miesiąc wcześniej. Komendanci strony polskiej i węgierskiej porozumieli się na podstawie dokumentu Rady UE o intensyfikacji działań transgranicznych i podpisali umowę o wzajemnym wspieraniu się i ochronie granic.

 

Na czym to wspieranie polega?

 

Działamy we wspólnych patrolach, z policją węgierską. Zasadniczo działamy na rzecz policji węgierskiej. Ale razem z nami pracują tu policjanci ze Słowacji i Czech, wszyscy w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Nasz kontyngent liczy około 50 funkcjonariuszy. Takie same siły na granicę węgierską wysłali też Czesi i Słowacy. W sumie nas wszystkich – ponad 300 osób.

 

Nasi to ochotnicy?

 

Tak. Na co dzień prowadzą działania na tzw. zielonej granicy. Czyli de facto w Polsce robią to samo co tutaj.

 

To znaczy?

 

Wspieramy ich noktowizyjnie i termowizyjnie. Nasze pojazdy służące do tego, z odpowiednim sprzętem, mają duży zasięg.

 

 

Pilnujcie całej granicy?

 

Odpowiadamy za odcinek granicy z Republiką Serbską. To jest specyficzny odcinek granicy. Z dużą ilością zakrzaczeń, ze słabą widocznością. Ciężko go chronić, nawet z taką ilością patroli. Zresztą patrolujemy nie tylko samą linię graniczną, ale też teren 20 km w głąb kraju. To się nazywa kontrola legalności pobytu – jeśli spotykamy jakąś grupę, która wzbudza wątpliwości, jest ona legitymowana i weryfikowana w systemach policji węgierskiej. Jeden z naszych patroli natknął się na nielegalną grupę ponad 5 km od granicy.

 

Co się dzieje z zatrzymanymi imigrantami?

 

Po pierwsze, działamy na prawie węgierskim. Zawsze z nami jest funkcjonariusz tutejszej policji, on podejmuje decyzje.

 

Ale jakoś weryfikujecie uchodźców? Sprawdzacie, skąd są, kim są?

 

Nasza rola nie na tym polega. Jeśli zatrzymujemy imigranta, trafia od razu w ręce Węgrów. To oni prowadzą czynności według swojego prawa, w swoich placówkach. My tylko ich dowozimy.

Ale natychmiast sprawdzane są ich dokumenty, o ile w ogóle je mają. Trzeba zaznaczyć, że część z nich papierów nie ma. Albo wyrzucają, albo je gdzieś tracą, by mieć czystą kartę.

 

Jesteście tu od tygodnia. Ilu w tym czasie zatrzymano na granicy imigrantów?

 

Tylko dzisiaj zatrzymano 19 osób. Każdego dnia zatrzymujemy od dwóch do sześciu osób.

 

Idą grupami, czy łapiecie pojedyncze osoby?

 

Najczęściej przedzierają się po 2–4 osoby.

 

Wiele osób podkreśla, że to głównie młodzi silni mężczyźni. Według wyliczeń – stanowią około 70 proc.

 

Trudno wyliczyć dokładnie. Na pewno tacy się pojawiają. Ale widzimy też rodziny. Dzisiaj zatrzymano grupę dziewięcioosobową. Wśród tych ludzi była jedna rodzina.

 

Chce pan powiedzieć, że ludzie z dziećmi ryzykują? Przerzucają dzieci przez ogrodzenie z drutu kolczastego?

 

Tak.

 

A ranni?

 

Trafiają się przede wszystkim ludzie zmęczeni, wycieńczeni.

 

Kiedy przechodzą najczęściej?

 

Teraz najczęściej dzieje się to w nocy. Tak przynajmniej można wnioskować po uszkodzeniach muru. Ogrodzenie naprawiane jest codziennie.

 

Jak się zachowują zatrzymywani?

 

Jedni krzyczą, żeby nie strzelać, padają na ziemię. Inni uciekają.

 

Używaliście broni?

 

Do tej pory nie. Odkąd my jesteśmy – nie było sytuacji, by ktoś wyciągnął broń, groził strażnikom.

 

 

A uczulano was przed wyjazdem, że wielu z nich to podszywający się pod uchodźców terroryści? Słyszeliśmy dzisiaj o tym, że jeden z zamachowców z Paryża przybył razem z falą uchodźców. Zarejestrowano go w Grecji.

 

Mamy świadomość, że takie rzeczy mogą się zdarzać. Nie przewidzimy tego. Najważniejsze w tej sytuacji jest bezpieczeństwo ludzi, którymi dowodzimy.

 

Obawialiście się w takim razie zagrożenia zdrowotnego?

 

Zawsze istnieje ryzyko, ale są środki, które ochraniają. Gogle, rękawiczki. Większość funkcjonariuszy jest szczepiona w pracy, bo spotykają się z zagrożeniem chorobami na co dzień. Ale my przed wyjazdem też byliśmy szczepieni.

 

Jakie to były szczepienia?

 

Tężec, błonica, polio, wirusowe zapalenie wątroby.

 

Węgierscy policjanci powiedzieli nam, że na próżno w ich kraju szukamy uchodźców. Że tu żadnych już nie ma. Obozy rzeczywiście opustoszały?

 

Tak jest. Przy samej granicy są tak zwane obozy tranzytowe, na wypadek większej fali uchodźców. Węgrzy są na nią przygotowani. Mają kontenery, by móc robić wstępne czynności prawne.

 

A po wydarzeniach w Paryżu podniesiono tu stan gotowości?

 

W tym momencie na terenie Węgier nie podniesiono alarmu. Ale dziś kierujący naszymi działaniami apelował, byśmy byli bardzo dokładni.

 

Dużo się mówiło o kryzysie w Grupie Wyszehradzkiej, po tym jak Polacy zgodzili się – wbrew jej stanowisku – na przyjęcie określonej przez UE kwoty uchodźców. Odczuliście, że Węgrzy mają o to pretensje?

 

O węgierskim przyjęciu można mówić jedynie w superlatywach. Powiedzenie „Polak Węgier dwa bratanki” bardzo się tu sprawdziło. Przyjęli nas bardzo dobrze, ze wszystkim. I logistycznie, i z całą resztą.

 

Opowiadają o sytuacjach z początku września? Kiedy obozy pękały w szwach, a granicę z Serbią każdego dnia przekraczało po kilka tysięcy osób?

 

Na patrolach o tym nie mówimy. Oczywiście, co innego między dowódcami. Rozmawialiśmy, że takie sytuacje miały miejsce. Ale dla nas najbardziej liczy się tu i teraz. Za to odpowiadamy – za konkretny odcinek i za bezpieczeństwo.

 

Do kiedy tu będziecie?

 

Na razie przewiduje się, że do grudnia. Co dalej, nie wiem. Mam nadzieję, że Boże Narodzenie i Nowy Rok spędzimy w kraju, z rodzinami.

Tagi: granica, węgry, serbia, patrolowanie, pomoc, polska straż graniczna, uchodźcy, imigranci, paulina socha-jakubowska, izabela smolińska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone