12 Września 2015

Świat
1IP.jpg
autor: Izabela Smolińska, Paulina Socha-Jakubowska

„Austrio, Niemcy, kochamy was”. Wasi uchodźcy

  • DSC02878.JPG Uchodźcy w Röszke
  • DSC01933.JPG Zahra i Mohamed - nauczycielka i księgowy
  • DSC01939.JPG Zahra z synkiem
  • DSC01944.JPG Dwuletni Fahad
  • DSC01999.JPG Dworzec Keleti, Budapeszt
  • DSC03013.JPG Usman, Mohammad i Mohammad w Wiedniu
  • DSC02692.JPG Safa karmiąca trzyletniego Yazana
  • DSC02697.JPG Hosam, Safa i ich synowie: Odaj i Yazan
  • DSC02785.JPG Matka z dwiema córkami, w podróży od trzech miesięcy
  • DSC02798.JPG Uchodźcy na torach kolejowych przechodzących przez Röszke
  • DSC02810.JPG Mur na granicy węgiersko-serbskiej
  • DSC02853.JPG Imigranci czekający na transport z Röszke
  • DSC02913.JPG Röszke. Tłum czakający na autobus
  • DSC02890.JPG Hosam z rodziną w Röszke
  • DSC02973.JPG Wieczór w Röszke

– Młodszy ma trzy lata. Jest upośledzony. Podejdźcie, zobaczcie go – mężczyzna wskazuje ręką żonę, która karmi jogurtem leżące na jej kolanach dziecko. Chłopiec nie reaguje na nas. Na inne bodźce też nie. Nie podnosi się, nie mówi, nie uśmiecha. Po kilku minutach, najedzonego, matka owija kocem i układa na drewnianej ławce pod wiatą stacji kolejowej. Obok stoi jego brat. W piżamie, choć dochodzi 14.00.

Właśnie przekroczyli węgierską granicę i doszli do Röszke. To główny szlak imigrantów. W tym miejscu 175-kilometrowej granicy z Serbią biegną tory kolejowe i można swobodnie przejść. Przynajmniej na razie. Bo stojący już płot z drutu kolczastego wzmocnić ma budowany właśnie kilkumetrowy betonowy mur.

 

– Wiecie, że dziś w nocy wszystkich uchodźców z dworca w Budapeszcie przewieziono autobusami do Austrii? – zaczynamy rozmowę. – Dziś? To jak my się teraz dostaniemy do Niemiec? Możecie zadzwonić po policję, żeby ktoś nas spisał? Ile czasu trzeba spędzić w obozie? Nocą grasują tu lwy albo węże? – w odpowiedzi mężczyzna zasypuje nas serią pytań. Na jego twarzy widać zmęczenie, ale determinacja z nim wygrywa.

 

Dworzec Keleti

 

Podziemia największego węzła komunikacyjnego w Budapeszcie przypominają te pod Dworcem Centralnym. Tuż przy wejściu prowadzącym do 4. linii metra siedzi młoda kobieta. Płacze. Jest piękna. Ma ciemne, duże oczy i łagodne rysy twarzy. W innych warunkach od razu przykuwałaby wzrok. Tu, w bałaganie, brudzie, hałasie, w tłumie poruszających się we wszystkich kierunkach ludzi, wśród uchodźców przysypiających na prowizorycznych koczowiskach, trudno ją dostrzec. Zresztą to dzieci skupiają na sobie uwagę przechodniów. Tych, którzy w ogóle spoglądają na porozkładanych z całym swoim dobytkiem przybyszy z Bliskiego Wschodu. Wielu mieszkańców Budapesztu, zmuszonych do przesiadki na Keleti, stara się mijać ich nie rozglądając się wokół. Ostentacyjnie wbijają wzrok w jeden punkt gdzieś przed sobą, niekiedy zasłaniając twarz maseczką ochronną lub dłonią, dając znać, że smród bijący od przyjezdnych jest nie do zniesienia.

Dzieci tego nie widzą. Albo nie rozumieją. Są rozbawione, uśmiechnięte. Instruowane przez rodziców, zaczepiają od czasu do czasu dziennikarzy, prężąc się przed obiektywami aparatów i operatorami kamer, nieporadnie układają palce w wymowne „V”.

Synek Zahry – bo tak ma na imię płacząca kobieta – jest za mały, by kokietować dziennikarzy. Choć trudno nie zwrócić uwagi na jego buzię i wielkie oczy, odziedziczone po mamie. Fahad ma dwa lata. Dla niego życie toczy się niemal normalnie, jakby był na biwaku. Jego rodzice, podobnie jak inni w podziemiach Keleti, skrzętnie tę fikcję normalności podtrzymują.

Matki wieczorami przebierają dzieci w ulubione piżamy. Jakby nie miały zasypiać na samym środku podziemnego przejścia, w centrum obcego miasta. Jakby nad ich głowami każdej nocy nie przechodziło po kilkaset osób. Jakby ci ludzie, podczas przesiadki na Keleti w drodze powrotnej z nocnej imprezy, nie przystawali „popatrzeć sobie” na to, co całymi dniami pokazywane jest „na żywo” w telewizji. Z jednym zastrzeżeniem obowiązującym w publicznych stacjach: nie pokazywać dzieci.

 

 

Żyją w wymyślonym przez dorosłych świecie, a obserwujący mogą odnieść wrażenie, że na ich oczach rozgrywają się sceny z filmu „Życie jest piękne”.

 

***

Dwa dni wcześniej budapeszteńskie władze zamknęły przed imigrantami dworzec kolejowy Keleti. Tłumacząc, że egzekwują w ten sposób unijne prawo, na mocy którego każdy podróżujący przez tereny Unii Europejskiej musi mieć ważny paszport i wizę Schengen.

Peter Szijjarto, węgierski minister spraw zagranicznych: będziemy rejestrować wszystkich, a których uznamy za imigrantów zarobkowych, odeślemy do ich ojczyzn.

Większość imigrantów na Keleti ma pieniądze, drogie sprzęty. Są dobrze ubrani – w markowe jeansy i New Balance’y. Za bilet na pociąg gotowi są zapłacić wielokrotność obowiązujących sum. Nawet 500 euro. Problem w tym, że nikt nie chce im biletu sprzedać. A nawet jeśli go mają – nie wpuszcza się ich do pociągu.

 

Nomadzi w centrum Europy

 

Dochodzi 21.00, Fahad jeszcze nie śpi. Gra w piłkę z ojcem, Mohamedem. Widząc że Zahra płacze, przerywają zabawę i siadają obok niej na kocu rzuconym na posadzkę. Rozmawiamy. Mohamed wyciąga telefon i pokazuje zdjęcia z podróży na Węgry. Opowiada, że zanim wsiedli na ponton w Izmirze, musieli zostawić na brzegu większość bagaży. Bo ludziom, którzy organizują rejsy przez Morze Egejskie zależy, by jednorazowo zabrać jak najwięcej uciekinierów z Bliskiego Wschodu. Każdy pasażer – to dodatkowy zarobek, najczęściej kilkaset euro. Oprócz nich na łodzi było jeszcze ponad pięćdziesiąt osób. 300-kilometrowy etap pokonywali dziewięć godzin. Bez sternika. – U siebie byłem kimś. Tu, w Europie, jestem zerem – mówi Mohamed. Fahad je kajzerkę, ale to nie przeszkadza mu w zabawie. Wystawiając głowę to nad jednym, to nad drugim ramieniem ojca, gra z nami w „a ku-ku”.

M0hamed ma 32 lata, Zahra o 10 mniej. Fahad skończył 2. On jest księgowym, ona nauczycielką. W trzy tygodnie pokonali 2200 km. Zdjęcia z podróży robili nie na pamiątkę, ale dla rodziny, którą zostawili w rodzinnym kraju. Bo ta cały czas czeka na wieści. Na Keleti przywędrowali z Mosulu na północy Iraku. W 2014 ich miasto zostało przejęte przez Państwo Islamskie. Budapeszt miał być dla nich przepustką do Belgii. Tam mieszka matka Zahry. Kupili bilety na pociąg do Niemiec, ale nie zdążyli wsiąść przed ewakuacją dworca. Razem z setkami innych stali się koczownikami z Keleti.

 

 

W Budapeszcie jest ich już około 4 tys. Utknęli, bo najczęściej nie chcieli się zgodzić, by pobrano od nich odciski palców. Zgodnie z obowiązującym prawem i działającym na terenie UE systemem Eurodac, czyli Europejskim Zautomatyzowanym Systemem Rozpoznawania Palców. Bali się, że po tym zostaną umieszczeni w ośrodkach dla uchodźców. A skoro zarejestrowano ich na Węgrzech, będą tu odsyłani, jeśli ktoś zatrzyma ich na granicy albo jeśli będą starać się o środki socjalne.

A tego w zasadzie żaden z 500 tys. uchodźców, którzy od początku roku przybyli do Europy, nie chce.

 

Kwestia godności

 

Za kilka dni Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej, powie w przemówieniu: „Liczby robią wrażenie i dla niektórych są źródłem obaw. Ale to nie jest właściwa chwila, by się bać. To czas, by śmiało, w sposób zdecydowany i uzgodniony działać na szczeblu UE. To kwestia humanitarna, kwestia ludzkiej godności”.

Na Keleti o „godność” trudno. Dobrze sytuowani, dobrze ubrani, zupełnie dla siebie obcy ludzie stykają się plecami, śpiąc na kartonach i karimatach. Nieliczni szczęśliwcy mają namioty, w których chowają się przed wzrokiem ciekawskich. Ale i tak nie mają gdzie się przebrać, wykąpać, pomodlić. Opłukują się pobieżnie przy wspólnym hydrancie,  myją przy nim zęby, piorą. Osobno kobiety, osobno mężczyźni. Starają się nie zwracać uwagi na ludzi przechodzących obok. Proszą tylko, żeby dziennikarze nie robili zdjęć, odeszli z kamerą.

Mokre ubrania suszą na barierkach schodów prowadzących do przejść podziemnych. Noce są jeszcze ciepłe, więc jest szansa, że rano będzie można znów je założyć. Nie pachnące, ale przynajmniej świeże.

Przenośnych toalet jest tylko kilka. Na kilka tysięcy ludzi. Niektórzy próbują więc korzystać z tych w pobliskim Burger Kingu i McDonaldzie. Łazienki są tam większe i mają lustra. Kobiety chodzą tam parami. Jedna nalewa wodę do butelki i podaje drugiej przez uchylone drzwi. Potem zamieniają się rolami.

Do lokali nikt nie próbuje się wdzierać. Imigranci mają pieniądze, by kupić sobie kanapkę, frytki i colę, i przy okazji podładować telefon. Z wi-fi skorzystać jednak nie mogą, bo restauracje, chcąc pozbyć się niewygodnych klientów, wyłączyły internet. Niektóre, jak sąsiadująca z dworcem  pizzeria, po prostu wyrzucają ich siłą za drzwi.

 

***

Antonio Guterres, wysoki komisarz ONZ ds. uchodźców: „Nadszedł moment prawdy. Pora potwierdzić wartości, na których Europę zbudowano”.

Zatem ministrowie spraw wewnętrznych, Milan Chovanec i Robert Kaliniak, deklarują gotowość Czech i Słowacji do stworzenia korytarza dla uchodźców jadących do Niemiec. Jeśli Berlin i Budapeszt dojdą do porozumienia. I jeśli Niemcy złożą oficjalną deklarację, że przyjmą syryjskich uchodźców już zarejestrowanych w którymś z państw członkowskich UE.

 

Transport w nieznane

 

Dobę po spotkaniu z Zahrą, Mohamedem i Fahadem wracamy, by zobaczyć, co się z nimi dzieje. Dochodzi 01.00 w nocy, zaczyna padać. Okazuje się, że policja odcięła dojazd na dworzec. Jedni mówią, że ze względu na mecz Węgry–Rumunia, który rozegrał się przed kilkoma godzinami. Bo grupy kibiców zaatakowały koczujących w pobliskim parku imigrantów i dwóch z nich trafiło do szpitala. Inni twierdzą, że mecz stał się dla Budapesztu wygodnym pretekstem, do przeprowadzenia „czystki” na dworcu. Ktoś rzuca, że to wszystko tylko PR-owa zagrywka, sprawnie zmontowana akcja.

Stare ciemnoniebieskie ikarusy, zresztą produkowane niegdyś pod Budapesztem, podjeżdżają pod Keleti.

Ludzie biegają od autobusu do autobusu, przepychają się w pogoni za wolnym miejscem. Dzieci śpią na bagażach. Rodziny z Mosulu w tłumie nie odnajdujemy.

– Jesteście pewni, że jedziemy do Austrii? Nie do obozu? Nie odsyłają nas do domu? – pytają imigranci. I próbują wymusić obietnicę, że na pewno wyjadą z Węgier.

Ostatecznie wsiadają, choć bez gwarancji. Radość miesza się z niepewnością. Ulga z lękiem. Jedni podnoszą w górę ręce w geście zwycięstwa, drudzy – przekonani, że nie będą musieli już nigdy tu wrócić – wygrażają. Ktoś pokazuje środkowy palec.  –Austrio, Niemcy, kochamy was – krzyczą, odjeżdżając.

– Go to Auschwitz („Jedźcie do Auschwitz” – red.) – rzuca w ich stronę jeden z gapiów, którzy wyjazd imigrantów przyszli oglądać z puszką piwa w ręce, jak widowisko plenerowe. Ktoś inny odpala race. Wygląda na jednego z meczowych zadymiarzy. Tych, którzy tego dnia wszczęli bójkę w parku.

 

Przesilenie

 

Kilka godzin wcześniej, za dnia, grupa trzystu desperatów rusza z Keleti do Wiednia. Mają dość czekania, niepewności i braku informacji. Dość budapeszteńskich władz, które oferowały im jedynie wieczorne kino dla dzieci. Razem z tymi dziećmi, bagażami i całym dobytkiem postanawiają pokonać odcinek do granicy z Austrią pieszo. 170 km. Środkiem autostrady.

W tym samym czasie dochodzi do zamieszek na oddalonym o niespełna 50 km od Budapesztu dworcu kolejowym w Bicske. Uchodźcy z zatrzymanego pociągu relacji Budapeszt–Wiedeń wszczynają bunt. Policja odcina im kontakt z dziennikarzami. Sama nie chce rozmawiać. Podobnie jak węgierski Czerwony Krzyż.

Po południu media obiega informacja o śmierci jednego z imigrantów. Nie wiadomo, co się stało. Prawdopodobnie to śmierć z wycieńczenia. Po wielu dniach podróży, wielu godzinach w pociągu. Jedzenie podawane przez policję i służby porządkowe uchodźcy w proteście ostentacyjnie wyrzucają. – Mamy co jeść, mamy pieniądze – powtarzają. – Chcemy jechać dalej. Jesteśmy ludźmi, a traktuje się nas tu gorzej niż zwierzęta. To ma być ta Europa?

To samo zdanie usłyszymy jeszcze nie raz.

 

***

Późnym wieczorem, w czasie telekonferencji premiera Węgier Viktora Orbana i kanclerza Austrii Wernera Faymanna zapada decyzja o przetransportowaniu 4,5 tys. uchodźców z dworca Keleti pod granicę. Dalej ma się nimi zająć Austria. Wcześniej Faymann ustala szczegóły operacji z kanclerz Angelą Merkel. Imigranci mają trafić do Niemiec. Austria ma być krajem tranzytowym.

 

Wielka czystka

 

Transport z Keleti to chaos i dezinformacja. Nikt nie kieruje ruchem. Nie wiadomo, ile odjedzie autokarów. Policja przygląda się z boku, nie ingeruje.

Z każdą godziną tłum się przerzedza. W pierwszych autobusach ludzie siadali nawet na podłodze. W tych, które odjeżdżają jako ostatnie, są jeszcze wolne miejsca. Może dlatego, że coraz bardziej zmęczeni zabierają ze sobą coraz mniej bagaży. Nie mają zresztą jak. Na rękach najczęściej niosą śpiące dzieci. Biegną, byleby tylko zdążyć. Zostawiają karimaty, namioty, buty, zabawki i ubrania. Niektóre media napiszą później, że to z braku szacunku dla ludzi, którzy im je przynosili przez ostatnie dni. I z nienawiści do wszystkiego, co dano im w Europie.

 

 

Opustoszałe przejście podziemne wygląda jak po huraganie. Sterty rzeczy leżą na chaotycznych kopcach, tak jak zostawili je ich przypadkowi tymczasowi właściciele. Mimo że węgierskie służby porządkowe zaczęły akcję sprzątania jeszcze zanim wszyscy imigranci opuścili dworzec, efektów pracy nie widać. Pustka obnaża cały brud miasteczka koczowników. Ostry zapach moczu z podziemnych korytarzy i z przepełnionych przenośnych toalet miesza się z zapachem przemoczonych ubrań, miejskiego kurzu i spalin starych ikarusów.

Dochodzi piąta. Zaczyna świtać. Siąpiący dotąd deszcz zamienia się w ulewę.

 

***

W sobotę Viktor Orban powie, że nocna akcja była jednorazowa. Doda też, że jeśli uzyska zgodę parlamentu, rozmieści na granicy wojsko. Już teraz buduje tam 3,5-metrowy betonowy mur, mający wzmocnić barierę z drutu kolczastego, przez którą uchodźcy ciągle przedostają się z Serbii na Węgry. Za jego przekroczenie i zniszczenie grozić będzie od 3 do 5 lat więzienia.

Chwilę wcześniej, mimo protestów i manifestacji, węgierski parlament uchwala nowelizację ustawy o prawie do azylu, zaostrza przepisy migracyjne i kary za przemyt ludzi – w ekstremalnych przypadkach do nawet 20 lat więzienia. Mają powstać strefy tranzytowe, w których będzie można składać wnioski o azyl. Ich rozpatrywanie ma być przyspieszone.

Ale uchodźcy i tak nie chcą zostawać na Węgrzech. Wierzą, że inne kraje – przede wszystkim Austria i Niemcy – przygarną ich z otwartymi ramionami. Bo tak deklarują. I bo takie wiadomości i SMS-y dostają od rodziny i znajomych. Tych wszystkich, którym już udało się przedostać „do ziemi obiecanej”.

 

Austriacki festyn

 

Wiedeń przyjmuje uchodźców z pompą. Z orkiestrą, maskotkami dla dzieci, z transparentami „Witamy”. Z fetą, jaka zwykle wita herosów sportu, wracających z igrzysk z medalami. Zorganizowano łóżka polowe, punkt sanitarny, informację. Są też tłumacze i pomoc psychologa. Wolontariusze serwują kanapki i owoce. Młodziutka hostessa przechadza się między wchodzącymi na dworzec z tacą z koreczkami. Są punkty, ciągle zasilane przez wiedeńczyków nowymi dostawami, w których uchodźcy mogą wymienić lub uzupełnić odzież. Wszystkie oklejone kartkami: „Prosimy, nie przynoście już niczego”. Są wreszcie organizacje rozdające przyjezdnym bilety do Niemiec – Berlina i Monachium. Za darmo. Jest mnóstwo chętnych do pomocy imigrantom. Tylu, że w zasadzie brak zadań, do których można by ich oddelegować. 

 

 

Austriacy zaczynają działać na własną rękę. Jeżdżą na granicę serbsko-węgierską z darami. Wracają często, wioząc nielegalnych imigrantów.

Tak do Wiednia trafiają trzej Pakistańczycy. Usman i dwóch Mohammadów. Kumple, którzy trzy lata temu wyruszyli z Daski w prowincji Pendżab. Najmłodszy z nich miał wtedy tylko 17 lat. Nie uciekali przed wojną, ale – jak mówią – przed biedą. Takich jak oni określa się nie mianem „uchodźców”, a „imigrantów ekonomicznych”. Oni sami też nie nazywają się uchodźcami. Wierzą, że w Europie, mimo że bez wykształcenia i znajomości języka, uda im się osiągnąć więcej niż u siebie w kraju. Twierdzą, że mogą robić cokolwiek. Do tej pory, żeby się utrzymać, zapożyczali się u rodziny w Pakistanie i łapali najprostszych zajęć. W Turcji dwa lata pracowali w fabryce skarpetek i szwalni. Wszystko, co zarobili, wydali na podróż do Austrii – najpierw ze Stambułu na tureckie wybrzeże. Stamtąd łodzią, jak wszyscy. W Macedonii wsiedli w autobus do Belgradu. Ze stolicy Serbii pojechali taksówką do granicy z Węgrami. A potem już pieszo, 12 godzin marszu do miasta Segedyn. Spod tamtejszego dworca kolejowego zabrali ich Austriacy, zawieźli pod granicę. Trzysta metrów przed nią zostawili ich na drodze i powiedzieli, że zaczekają tuż za przejściem. Byli zapobiegliwi, bali się kontroli na granicy, choć ta w ramach Schengen w zasadzie nie istnieje. Pakistańczycy nie do końca wiedzieli, co się wokół nich dzieje. Niewiele rozumieli z instrukcji Austriaków. Ale instynktownie ich posłuchali. 

Nocna akcja udała się. Dojechali do Wiednia. W dniu, w którym mieli stawić się po niezbędne w dokumentach pieczątki z obozu dla uchodźców w Debreczynie.

– Wiele osób w Europie boi się takich jak wy. Migracje zarobkowe to świetna przykrywka dla przerzutu terrorystów – mówimy Pakistańczykom, gdy spotykamy ich w Wiedniu. – W Pakistanie mamy taką przypowieść: dłoń ma pięć palców i każdy z nich jest inny. Trudno je porównywać…

 

Stacja Röszke

 

Ojciec upośledzonego chłopca ma na imię Hosam. To Palestyńczyk. W Damaszku pracował jako taksówkarz. Ma 43 lata i sporo młodszą żonę. Na jego twarzy rysuje się zmęczenie. Całą drogę niósł trzyletniego Yazana na rękach. Bez nosidła, bez wózka. Safa i dziesięcioletni Odaj dźwigali bagaże.

– Słyszeliście o zamieszkach z udziałem uchodźców w Budapeszcie i okolicach?  Wyrzucali jedzenie ofiarowane im przez wolontariuszy – mówimy.

– Bardzo przykro to słyszeć. Ale musicie coś wiedzieć. To nie mogli być Syryjczycy. Tu jest wielu ludzi, którzy mówią, że są Syryjczykami, a nie są. To ludzie z Pakistanu, Afganistanu, Iraku czy nawet Indii. Wykorzystują wojnę w Syrii, by dostać się do Niemiec albo Austrii – mówi Hosam. Widać, że ani Irakijczyków, ani Afgańczyków, ani Pakistańczyków raczej nie lubi.

Rodzina Hosama pokonała przeszło 1900 km. Przez Turcję, Grecję, Macedonię i Serbię. Taksówkami, autobusami, samolotem. Jak większość uciekinierów z Bliskiego Wschodu, Morze Egejskie przepłynęli pontonem na silniku. Ostatni odcinek drogi to wielogodzinny marsz.

Przez cały czas rozmowy Yazan leży na ławce, niemal bez ruchu. W pewnym momencie jego buzia wykrzywia się, a usta układają jak do płaczu. Ale nie wydaje żadnego dźwięku. – Nie mówi. Nie rusza głową. Nie chodzi. To nie jest normalny chłopiec – zauważa ojciec. Dodaje, że  po drodze – w Atenach i w Belgradzie – dwa razy byli w szpitalu. Yazan był tam badany, bo ludzie zaoferowali pomoc.

Hosam ma forinty i euro. Chce kupić bilety do Budapesztu dla siebie i rodziny, ale na stacji okazuje się, że nikt mu ich nie sprzeda. I że nie pojadą pociągiem, nawet jeśli bilet kupiłby ktoś trzeci. Prosi więc o wezwanie policji. Chce jechać do obozu dla uchodźców. Liczy, że stamtąd trafi do Niemiec. – Młodzi, samotni mogą iść pieszo, uciekać przed pobraniem odcisków palców. My nie możemy. Potrzebujemy odpoczynku. I opieki medycznej dla syna – mówi. 

Yazan to jedyny powód, dla którego opuścili dom. Nie uciekają przed wojną. Tak przynajmniej przekonuje Hosam. Twierdzi też, że ma rodzinę w Hamburgu. Że dzięki niej tamtejsi lekarze mogli zapoznać się z dokumentacją Yazana, że go zoperują. – W Syrii nic go nie czekało. Wiecie, co się dzieje teraz w Syrii? Nie mamy prądu, gazu, paliwa. Nie ma dobrych szpitali. Gdyby były, nie opuszczałbym kraju. Czy wrócę? Chciałbym – zarzeka się, patrząc nam w oczy.

Do tej pory podróż kosztowała ich już 5 tys. euro. Wydali je na dotarcie do granicy z Węgrami. Do Röszke. Właśnie tu się spotykamy. Potrzebują kolejnych 2 tys., żeby dotrzeć do Niemiec. O ile uda im się kupić bilety. Nie są bogaci. Wydali oszczędności. Zaciągnęli długi u rodziny. 3 tys. euro pożyczył Hosamowi przyjaciel. – No bo ile może zarobić taksówkarz w kraju, w którym brakuje dosłownie wszystkiego? – pyta. I dodaje, że wydali już zbyt dużo, a przecież nie wiadomo, ile jeszcze potrwa ta podróż. W dodatku zapas leków Yazana powoli się kończy. 

Zostawiamy ich z policją, która przybywa na stację. Funkcjonariusze mówią, że powinni odwieźć ich z powrotem na granicę, ale tego nie zrobią, że zawiadomią kogoś z obozu.

– Napiszę wam maila, już z Niemiec, przysięgam na mojego Boga! – obiecuje. Na pożegnanie rzuca jeszcze: – To prawda, że tu są lwy? Czy w nocy mogą nas zaatakować węże?

 

Déjà vu

 

W porównaniu do koczowiska w Röszke, dworzec Keleti i obóz dla uchodźców w podbudapeszteńskim Bicske, z zadaszonymi budynkami i elektrycznie sterowaną bramą wjazdową – jawią się niczym trzygwiazdkowe pensjonaty.

Röszke to kilka prowizorycznie rozstawionych namiotów (przez tych, którzy jeszcze je mają) między uprawami kukurydzy.

Kolby można zjeść, z liści rozpalić ognisko, a w wysokich na półtora metra roślinach ukryć się, załatwiając potrzeby fizjologiczne.

Na wydeptanej polanie jest też biały namiot, w którym wolontariusze – głównie zagraniczni – rozdzielają wodę i w razie potrzeby udzielają pierwszej pomocy.

To pierwszy postój w Unii Europejskiej. Wiele osób dociera tu wycieńczonych. Niektórzy nie są nawet pewni, czy są już na Węgrzech. Rzucają pojedyncze angielskie słowa: ile dni szli, ile kilometrów, skąd są, kto na nich czeka albo do kogo idą. Mówią, że jadą do Niemiec. Jedna z kobiet opowiada, że przez trzy miesiące szła w plastikowych balerinach, z matką i siostrą. Jakiś mężczyzna tuż za nimi pada na trawę, prosi o wodę. Na widok butelki coca-coli uśmiecha się jak dziecko.

Nie ma toalet, nie ma ujęcia wody. Nie ma możliwości wydostania się stąd. Chyba że pieszo. Albo podstawionym przez władze autobusem.

Przyjeżdża jeden. Ale zamiast zabrać, przywozi kolejnych uchodźców. Prawdopodobnie zgarniętych ze stacji kolejowej, na której zostawiłyśmy Hosama z rodziną, i złapanych gdzieś na drodze prowadzącej do Röszke. Niektórzy grają tak w kotka i myszkę niemal każdego dnia. Rano uciekają, wieczorem znowu trafiają do obozu, złapani przy próbie dostania się do pociągu do stolicy Węgier.

Po kilku godzinach przyjeżdża kolejny autokar. Obstawiony przez szpaler policji i oficerów w mundurach bojowych – z pałkami, tarczami, w kaskach, które na chwilę zdejmują, żeby założyć maseczki ochronne. Na widok transportu ludzie podrywają się, zostawiają bagaże. Byle tylko dostać się do środka. Wiedzą, że miejsc jest najwyżej 40. Czekających dziesięć razy więcej.

 

 

Próbują wszystkiego. Grają. Ktoś udaje omdlenie. Ktoś inny krzyczy, że jego matka jest już w autokarze. Ktoś płacze. Inni próbują negocjować z policją. Tylko nieliczni w ogóle nie reagują, jakby wiedzieli, że wzięcie udziału w tej grze z góry oznacza przegraną. Jakiś mężczyzna na przodzie głośno o coś błaga, coś tłumaczy, unosi do góry ręce, wymachując trzymanym w nich dzieckiem w granatowej bluzie z kapturem i szarymi uszami królika. Dopiero gdy podchodzimy bliżej, nasze spojrzenia krzyżują się. Patrzymy na uśmiechającego się do nas smutno Hosama.

Szczęśliwie, razem z Safą i dziećmi dostaje się do pojazdu. Ponad 300 innych osób nie ma tego szczęścia. Otoczeni przez funkcjonariuszy, odgrodzeni od drogi policyjną taśmą, siedząc, kucając, klęcząc, czekają. Nikt im nie mówi, że prawdopodobnie to był jedyny autobus tego popołudnia. Obozy nie przyślą innych. Bo nie mają już miejsc do spania.

Od muru na granicy nieprzerwanie ciągną nowi ludzie. Policjanci wycofują się, gdy tylko zapada zmrok.

 

***

Cztery dni później Berlin podaje, że radzi sobie z uchodźcami, ale możliwości wyczerpują się. Rejestracja odbywa się na podstawie rozmów. Urzędnicy wypytują o nazwisko, pochodzenie, przyczyny ucieczki. Niektórzy mają dokumenty i zdjęcia, pokazują zniszczone domy, zabitych krewnych. Inni nie.  – Musimy im wierzyć na słowo – przyznają rejestrujący.

Dania wstrzymuje ruch kolejowy i zamyka połączenia drogowe z Niemcami. Kilka dni wcześniej obniża zasiłki dla imigrantów – wszystkich przebywających w kraju krócej niż siedem lat.

Szwecja informuje, że do urzędu do spraw migracji tylko w sierpniu wpłynęło blisko 12 tys. wniosków o azyl. Najwięcej od lat 1992–93, gdy przyjmowano uchodźców z terenów byłej Jugosławii.

Kryzys migracyjny zostaje uznany za priorytet UE. Unijna agencja Frontex, odpowiedzialna za ochronę granic, ma zostać wzmocniona i przekształcona w straż graniczną i przybrzeżną dla całej Wspólnoty.

Bruksela decyduje, że kraje członkowskie – mimo sprzeciwu niektórych z nich (przede wszystkim krajów Grupy Wyszehradzkiej) – mają przyjąć w sumie 180 tys. uchodźców, według odgórnie ustalonych kwot. Najwyższych dla Niemiec, Francji i Hiszpanii. Czwarta – 12,9 tys. osób – przypada Polsce.

Jean Claude Juncker na sesji plenarnej PE mówi: „Europa to ludzie w Monachium, którzy witają uchodźców przyjeżdżających pociągami. W takiej Europie chcę mieszkać”.

Ale Monachium już prosi o pomoc. 10 miesięcy temu, gdy pojawił się problem, do miasta trafiało dziennie około 400 osób. W ciągu ostatniego weekendu, przez 48 godzin, przez dworzec przewinęło się 25 tysięcy.

Po zdaniu raportu o sytuacji na granicy na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, minister obrony Węgier, Cosba Hende, podaje się do dymisji. Węgierskie władze chcą wprowadzić stan wyjątkowy.

 

***

Zahra, Mohamed i Fahad pewnie dotarli do Belgii.

Hosam, Safa, Odaj i Yazan być może są już w Niemczech.

Trzej Pakistańczycy pewnie szukają szczęścia na południu Europy.

 

Codziennie do Röszke przedziera się przez granicę kilka tysięcy nowych imigrantów.

Tagi: uchodźcy, kryzys migracyjny, imigranci, keleti, budapeszt, węgry, wiedeń, berlin, mur, granica, obozy, rejestracja, terroryzm, ISIS, syria, UE, roszke, zamieszki, paulina socha-jakubowska, izabela smolińska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone