28 Listopada 2015

Świat
DSC1066.jpg
autor: Olga Wasilewska

Armia trolli atakuje. Rosyjska propaganda w sieci

  • RosjaInternetFinlandiaTrolle.jpg (fot. kioski.yle.fi)

Prokremlowski komentarz wart 85 rubli lub więcej. Cena komentarza zależna od liczby odpowiedzi lub artykułów, które sprowokował. Niektóre z wpisów warte są nawet 600 rubli. To ceny z 2012 roku. Dziś proceder funkcjonuje na znacznie większą skalę. – Działania w sieci zintensyfikowano w 2014 roku. Miało to związek z sytuacją na Ukrainie – twierdzi Saara Jantunen. Analityk zajmująca się historią sił zbrojnych wydała właśnie książkę „Wojna informacyjna”.

 

 

Agentka NATO i rejestr zwolenników Putina

 

Jak działa rosyjska propaganda? Rok temu Jessikka Aro, dziennikarka śledcza fińskiego portalu YLE, zainteresowała się tematem. Wkrótce o tym, jak działają rosyjskie służby, przekonała się na własnej skórze. – Moje życie zostało wywrócone do góry nogami – wspomina.

 

Był wrzesień 2014 roku. Dziennikarka rozpoczęła publikację serii tekstów na temat „prorosyjskich trolli” w Finlandii. Kim są „trolle”? To osoby, które działając na zlecenie rosyjskich władz, za pomocą głównie portali społecznościowych, promują prorosyjski punkt widzenia. Dziennikarka postanowiła zbadać, jak działają i jaki wpływ ich działania mają na sposób postrzegania Rosji przez fińską opinię publiczną.

 

– Dziwne rzeczy zaczęły dziać się już po opublikowaniu pierwszej części tekstu – tłumaczy dziennikarka. „Dziwne rzeczy” były tylko początkiem. Wkrótce rozgorzała wojna.

 

– Jako pierwszy odezwał się znany fiński „ekspert”, osoba często zapraszana do mediów. Wcześniej wielokrotnie wypowiadający się na temat np. sytuacji na Ukrainie czy też jak powinna wyglądać polityka zagraniczna Finlandii. Po publikacji pierwszej części mojego tekstu zaczął rozpowszechniać sfałszowane informacje na mój temat. Twierdził, że mogę pracować dla wywiadu Stanów Zjednoczonych, albo że współpracuję z NATO i estońską służbą bezpieczeństwa. Pojawiła się sugestia, że mam za zadanie stworzenie nielegalnego rejestru zwolenników prezydenta Putina w Finlandii – tłumaczy Jessikka Aro.
 

Informacje na temat rzekomych kontaktów dziennikarki „ekspert” zamieszczał na swoim profilu. Na Facebooku i Twitterze. Wpisy trafiały do artykułów prasowych, rozpowszechnianych dalej przez rosyjskie agencje informacyjne i profile anonimowych osób na portalach społecznościowych.  – Chodziło o to, żeby w oczach opinii publicznej zrobić ze mnie osobę niewiarygodną – twierdzi dziennikarka. Pokazuje wydruki z kolejnych stron internetowych. Wpisy z forów. Teksty. Do „eksperta” wkrótce dołączyli kolejni. Przypięto jej łatkę „agenta”.

 

Putin najlepszy. Zachód do bani

 

– Mój e-mail zalały pisane w języku rosyjskim wiadomości w rodzaju „Putin jest najlepszy, a Zachód jest do bani”. Później dostawałam telefoniczne pogróżki. Moje nazwisko przewijało się w kolejnych tekstach publikowanych na stronach z adresami wskazującymi na Rosję lub kraje postsowieckie. Wiem, że linki do tych publikacji były wysyłane do ministrów, fińskich urzędników państwowych, przedstawicieli mediów, a nawet do prezydenta Finlandii. Wiadomości wysłano także do wszystkich moich przyjaciół i znajomych – tłumaczy dziennikarka. – W krótkim czasie zostałam napiętnowana. Jeśli przeszukać Yandex, rosyjską wyszukiwarkę internetową, można dowiedzieć się, że jestem „przykładem zachodniego rasizmu i nienawiści wobec Rosji” – dodaje.
 

Na Facebooku powstała grupa. Protest wobec jej tekstów. Członkowie grupy i autorzy kolejnych wpisów, twierdzą, że „niszczy wolność słowa w Finlandii i powoduje, że ludzie są prześladowani z powodu swoich poglądów”. Grupa szybko zgromadziła wielu członków. Kobieta była obwiniana m.in. za „rozlew krwi na Ukrainie”. Komentuje się jej wygląd. Sugeruje, że „była molestowana seksualnie, co powoduje problemy psychiczne”. Problemami psychicznymi autorzy wpisów tłumaczą rzekomą rusofobię autorki. Internet zalewają memy i karykatury. Wszystkie z jej twarzą.


Przekaz był jasny. Nie ma problemu działających w internecie prorosyjskich blogerów. Prorosyjskie trolle nie istnieją. Rosyjska propaganda działająca w internecie to wymysł szalonych, zatrutych nienawiścią dziennikarzy.


Dziennikarka wspomina, że każde jej wystąpienie publiczne, w radiu czy telewizji, było komentowane. Zaskakująco szybko. Ośmieszano każde zdanie. Celem ataków była nie tylko ona. Na celowniku hejterów znaleźli się też inni fińscy dziennikarze. Wszystkich łączyło jedno. Komentowali i krytycznie odnosili się do działań Rosji na forum międzynarodowym.

 

Sprawę można „wyciszyć”

 
Pewnego dnia z dziennikarką skontaktował się założyciel jednej z hejtujących ją grup. Nie chciał spotkać się osobiście, na co nalegała; złożył propozycję. Może „wyciszyć” negatywne komentarze, jeśli ona przeprosi za „swoją historię” i zaprzestanie pisania o prorosyjskich trollach. Dziennikarka odmówiła. Kontynuowała pracę nad kolejną częścią tekstu.

 

– Mnie i mojej rodzinie przysyłano zaproszenia do fikcyjnych grup. Internauci z anonimowych profili zalewali mój profil na Fb i Tt. Fala zarzutów i pytań. Starałam się odpowiadać. Tłumaczyć – wyjaśnia kobieta.

 

Maile ze skargami dostawał także jej pracodawca, fińska agencja medialna. Kopie tej samej skargi rozsyłano do kolejnych instytucji publicznych, m.in. do fińskiego Rzecznika Parlamentarnego, policji czy Rady ds. Mediów. – Skargi zostały oddalone, ale to kosztowało nas wiele nerwów – wyjaśnia.
 
W prace nad kolejnymi tekstami zaangażował się redakcyjny kolega dziennikarki, Mika Mäkeläinen. Szybko o „angażowanie się w wojnę informacyjną” oskarżono i jego. Do zarzutów dołączono „dystrybucję amerykańskiej propagandy” oraz „prowadzenie wojny”. W jednym z wpisów na forach internetowych dziennikarza nazwano „medialną prostytutką”. Wezwano do zaprzestania „siania nienawiści”. Ten sam wpis pojawił się na kilkunastu różnych stronach. Zilustrowano go twarzą Miki w połączeniu z logo NATO przerobionym na swastykę.

 

Ojciec SMS-uje zza grobu

 

Czy kampania dezinformacyjna odniosła skutek? Dziennikarka tłumaczy, że wiele osób dało się przekonać. W tym jeden z fińskich deputowanych, który fałszywe informacje o dziennikarzach YLE zamieszczał na swoich profilach w serwisach społecznościowych. Publicznie mówił o tym, że powinni się wstydzić.


Wiosną na Fb pojawiło się ogłoszenie o proteście przed redakcją YLE. Twierdzono, że dziennikarze zajmują się „dystrybucją propagandy”. Wiele osób zadeklarowało obecność. Protest wyglądał na zorganizowany i masowy. Osobiście pod siedzibą YLE pojawiło się zaledwie kilka osób. 
 

– Najobrzydliwsza rzecz miała miejsce wkrótce potem – mówi kobieta. Otrzymała wiadomość SMS od osoby udającej jej zmarłego 20 lat temu ojca. „Ojciec” powiadomił, że nie żyje, ale wciąż „ją obserwuje”.

 

Wojna w sieci

 

- Rosja prowadzi wojnę nie tylko „w polu”. Internet jest równie ważny. Działania w sieci zintensyfikowano w 2014 roku. Miało to związek z sytuacją na Ukrainie – mówi Saara Jantunen w wywiadzie dla Yle Uutiset. Analityk zajmująca się historią fińskich sił zbrojnych wydała kilka dni temu książkę „Wojna informacyjna”. 

 

Autorka przekonuje, że w starcie zaangażowane są setki rosyjskich i nie tylko rosyjskich użytkowników sieci. Połączeni w sieci. Aktywni na forach internetowych. Ich zadaniem jest dyskutowanie z oponentami i wpisywanie antyzachodnich i prokremlowskich komentarzy.

– To działania, które tylko na pierwszy rzut oka wyglądają jak nieskoordynowane wystąpienia kilku prywatnych osób. To dobrze przemyślana akcja. Celem jest rozpowszechnianie fałszywych informacji lub wyciszanie sygnałów o ewentualnym zagrożeniu. To jest szczególnie dobrze widoczne w Finlandii – tłumaczy autorka książki. Po co? Według Jantunen chodzi o skłócenie fińskiej opinii publicznej, wywarcie wpływu na polityków a tym samym i na kształt fińskiej polityki zagranicznej.

 

Fiński dziennikarz i analityk polityczny Unto Hämäläinen, na łamach dziennika Helsingin Sanomat tłumaczy, że aktywność prorosyjskich aktywistów w sieci rośnie w momentach, gdy w przestrzeni publicznej dyskutowane są istotne z punktu widzenia Rosji kwestie. Przykładem może być dyskusja dotycząca organizacji referendum w sprawie członkostwa kraju w NATO. 

 

– Punktem odniesienia dla hejterów są prokremlowskie media. Tu przede wszystkim Russia Today – przekonuje Saara Jantunen.

 

Przyjmuje się, że w 2012 roku budżet RT wynosił 300 milionów dolarów. W 2015 zwiększono go o ponad 50 procent. Telewizja i jej kanały informacyjne walczą o zwiększenie zasięgu. W październiku 2015 roku szef Russia Today, France Irakli Gaszesziladze, poinformował, że RT chce rozwinąć swój kanał francuskojęzyczny. – Wziąwszy pod uwagę aktualny klimat, jest ważne, aby przedstawić wizję Rosji na temat międzynarodowych wydarzeń – wyjaśnił w czasie konferencji prasowej.

 

Fabryka trolli

 

Jak działają „fabryki trolli”? O kulisach pracy w jednej z „fabryk” opowiedziała kilka miesięcy temu jedna z jej byłych pracownic Lyudmila Savchuk. Kobieta udzieliła wywiadu brytyjskiemu dziennikowi „The Telegraph”. Zatrudniono ją jako „niezależną dziennikarkę” w firmie Internet Research. Firma miała swoją siedzibę w Sankt Petersburgu. Dziennikarce kazano podpisać umowę o poufności. Wytłumaczono że „będzie pracować dla dobra ojczyzny”. Zadanie? Pisanie o „wielkim Putinie” i „złej opozycji”. Kobieta wspomina, że razem z nią pracowała cała grupa blogerów. – To ludzie podszywający się w sieci pod różne osoby: człowieka z Ukrainy, albo żołnierza – wyjaśnia.

 

Sama Savchuk była w sieci między innymi wróżką. Na blogu dzieliła się obawami na temat sytuacji w Europie. 3 marca napisała post zatytułowany „Złe przeczucia”. Opisywała w nim, jak bardzo martwi się o swoją siostrę, która mieszka w Niemczech. Siostra miała donosić o tragedii, jaką dla niemieckich rolników są sankcje wobec Rosji. „Bezrobocie kwitnie, wielu zbankrutowało”. – Przekaz miał być jasny. Sankcje są złe. Cierpią przez nie ludzie, nie tylko w Rosji. Wszystko może się źle skończyć – tłumaczy. Savchuk przekonuje, że praca Glogerów, podobnie jak ich prywatna korespondencja, była ściśle kontrolowana.

 

Dlaczego zdecydowała się mówić?

 

27 lutego 2015 roku w centrum Moskwy zastrzelono rosyjskiego opozycjonistę, Borisa Niemcowa. – W dniu zabójstwa otrzymaliśmy kilka zadań związanych z jego śmiercią. Jednym z nich było napisanie, że zabójstwo zlecili najprawdopodobniej przyjaciele opozycjonisty albo ukraińscy oligarchowie, którzy teraz próbują odwrócić od siebie podejrzenia, zrzucając winę na Kreml – tłumaczy Savchuk. Tekst powstał, ale to zlecenie przelało czarę. Postanowiła odejść.

 

Tuż po ukazaniu się wywiadu w „The Telegraph”, rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow, zaprzeczył, by firma Internet Research kiedykolwiek współpracowała z Kremlem.

 

Ruble za komentarz. Zabawy oficerów FSB

 

Pierwsze doniesienia o funkcjonowaniu „rosyjskich brygad internetowych” pochodzą z 2003 roku. Dotyczą prób manipulowania zawartością rosyjskich forów internetowych w latach 1998–2000. Tekst, autorstwa francuskich dziennikarzy, doczekał się odpowiedzi Kremla. Alexander Yusupovskiy, szef działu analiz Rady Federacji Rosji, opublikował na łamach rosyjskiej prasy tekst „Teoria spisku”. W obszernym artykule zarzucił dziennikarzom „ingerowanie w niezależność opinii publicznej w duchu nieprzejednanej wrogości wobec pozytywnego wizerunku Rosji”. – Oficerowie GRU i FSB mają na głowie poważniejsze problemy niż zabawy w sieci – tłumaczył.

 

Wśród głównych celów ataków grup trolli związanych z Kremlem wymieniane są m.in. zasoby Wikipedii. Próby manipulowania zawartością internetowej encyklopedii stwierdzono kilkakrotnie. Ostatnio w 2014 roku. Artykuły, których dotyczył „atak”, dotyczyły wydarzeń na Ukrainie, m.in. katastrofy malezyjskiego samolotu pasażerskiego zestrzelonego nad terytorium wschodniej Ukrainy.

 

W styczniu 2012 roku grupa nazywająca siebie rosyjskim ramieniem Anonymous opublikowała w sieci kilkaset e-maili. Wiadomości miały pochodzić ze skrzynek pocztowych byłych i obecnych urzędników Kremla. Z dokumentacji wynikało, że za działalność w sieci płacono. Prokremlowski komentarz miał być wart 85 rubli (w 2012 roku około 3 dolarów) lub więcej. Cena komentarza miała zależeć od ilości odpowiedzi lub artykułów, które sprowokował. Za niektóre z wpisów wypłacano nawet 600 rubli.

 

W wiadomościach wymienianych przez urzędników, poza cenami, pojawiły się też dane osób, którym płacono. Na liście znajdują się nazwiska popularnych w sieci Glogerów, którzy mieli pobierać wynagrodzenie za promowanie działań rządu.

 

Rosyjskie władze odmówiły komentarza w sprawie autentyczności opublikowanej korespondencji. Wymienieni w niej blogerzy wciąż publikują w sieci.

Tagi: rosja, sieć, trolle, propaganda, saara jantunen, wojna informacyjna, jessikka aro, mika mäkeläinen, lyudmila savchuk, olga wasilewska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone