16 Czerwca 2015

Prawo i Bezprawie
DSC1212.jpg
autor: Michał Majewski

Zbrodnia niewyjaśniona. Sprawa Ziętary

  • SprawaZietaryKrzysztofMKazmierczak001.JPG Krzysztof M. Kaźmierczak, współautor książki o zabójstwie poznańskiego dziennikarza.

-  Lista oskarżonych w sprawie Ziętary powinna być długa, a nie jest. Nie jestem optymistą w sprawie pełnego wyjaśnienia tej historii – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, współautor książki o zabójstwie poznańskiego dziennikarza.

 

To księgarń trafi w przyszłym tygodniu książka „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”, którą Kaźmierczak napisał wspólnie z Piotrem Talagą.

 

Jarosław Ziętara był młodym dziennikarzem śledczym, który został porwany i zamordowany blisko 23 lata temu. Sprawa do dziś jest niewyjaśniona. W czwartek pojawiła się informacja, że prokuratura ma gotowy akt oskarżenia przeciw b. senatorowi Aleksandrowi G., który miał zlecić zabicie reportera. Prezentujemy krótką rozmowę z Krzysztofem M. Kaźmierczakiem, współautorem „Sprawy Ziętary” i fragment nowej książki.

 

– Czy w książce ujawniacie nowe fakty związane z zabójstwem Jarosława Ziętary?

 

– Książka zawiera to, o czym przez lata nie mówiliśmy, aby nie przeszkodzić w wyjaśnieniu tej zbrodni. Wiele okoliczności ujawniamy w niej po raz pierwszy.

 

– Który element oceniasz jako najmocniejszy w nowej publikacji?

 

– Trudno wskazać jeden. Pod względem emocjonalnym prawdopodobnie najbardziej wstrząsające są informacje o tym, co stało się z Jarkiem, o jego torturowaniu, zabójstwie i likwidacji zwłok, ale nie mniej mocne jest pokazanie, jak organy ścigania manipulowały dochodzeniem, aby tylko sprawy nie wyjaśnić, oraz kwestia udziału dziennikarzy w utrudnianiu śledztwa.

 

– Czy wierzysz, że sprawa znajdzie swój finał sądowy? Czy ci, którzy stoją za zabójstwem Jarosława Ziętary, zostaną ukarani?

 

 – Niestety, pod tym względem nie jestem optymistą. Nie wszystkie wątki sprawy są badane w śledztwie, przede wszystkim sprawa udziału służb specjalnych w narażeniu Jarka Ziętary, a potem w utrudnianiu wyjaśnienia zbrodni. Lista oskarżonych powinna być długa; sporo jest o tym w książce „Sprawa Ziętary”.

 

O służbach specjalnych (fragment książki)

 

W rozmowach ze mną Edmund Ziętara podkreślał, że ma zaufanie do prokuratora. Już w trakcie postępowania obaj mężczyźni znaleźli wspólny język również na płaszczyźnie prywatnej. Tak się złożyło, że każdy z nich był po zawale. Ojciec Jarka dopingował prokuratora w staraniach o poprawę stanu zdrowia. Wiem z rozmów z panem Edmundem, że był z Laskowskim w kontakcie telefonicznym i korespondencyjnym jeszcze długo po umorzeniu postępowania. Przypuszczam, że to właśnie z powodu zaufania, jakim darzył prokuratora, na jego prośbę o zachowanie dyskrecji nie powiedział mi nic o zagadkowym mężczyźnie, który przekazał rodzinie w lutym 1999 roku informacje o pięciu funkcjonariuszach UOP-u, którzy jego zdaniem mieli wiedzę o zabójcach Ziętary i powodach zbrodni.

 

Numer telefonu mieszkającej w Bydgoszczy rodziny Jarka był w książce telefonicznej. Anonimowy informator zakładał, że może być on na podsłuchu. Znalazł jednak sposób na skontaktowanie się z Ziętarami – zadzwonił do ich sąsiadów, prosząc o przywołanie kogoś z bliskich dziennikarza. Niestety, nie było ich w domu. Mężczyzna poprosił o zanotowanie pięciu nazwisk i przekazanie ich Ziętarom. Nie chciał się przedstawić. Tydzień później zadzwonił do innego sąsiada. Tym razem w domu był brat Jarka, Jacek. Zawołano go do telefonu. Nieznajomy zapytał go, czy otrzymał kartkę z nazwiskami. Oświadczył, że wymienione osoby dysponują wiedzą na temat zabójstwa dziennikarza, i polecił zanotować jeszcze słowo „demobil”, gdyż ma to związek ze sprawą. Jacek poprosił, by nie dzwonił już do sąsiadów, tylko do niego. Mężczyzna odmówił, wyjaśniając, że telefon rodziny jest na podsłuchu. Pytany, kim jest i dlaczego telefonuje, odparł, że jest emerytowanym pracownikiem wywiadu. Przeprosił za swój głos, dając do zrozumienia, że jest specjalnie zniekształcony, aby go nie rozpoznano. Mówił, że obawia się o swoje życie, ale gdyby coś mu się stało, to z Ziętarami skontaktuje się jego żona. Nigdy już nie zadzwonił. Wśród osób, które wymienił, byli: Zbigniew Nowek – w 1992 roku szef delegatury w Bydgoszczy, a w 1999 roku główny szef UOP-u, Maciej Urbański kierujący od 1992 roku delegaturą UOP-u w Poznaniu oraz jej trzej wysocy rangą funkcjonariusze: Waldemar G. z wydziału śledczego, Janusz W. pracujący w wywiadzie, a potem w pionie ochrony ekonomicznych interesów państwa, i Stefan K. – szef kontrwywiadu.

 

Dwaj ostatni pracowali wcześniej w Służbie Bezpieczeństwa. Edmund Ziętara napisał do Laskowskiego pismo na temat telefonów anonimowego informatora, ale go nie wysyłał. Jacek pojechał do Poznania i osobiście wręczył je prokuratorowi. Został przez niego od razu w tej sprawie przesłuchany.

 

To była chyba największa tajemnica, jaką miał przede mną w sprawie Jarka jego ojciec. Kiedy po latach dowiedziałem się o niej z akt, byłem tym początkowo zirytowany. Niejednokrotnie zastanawiałem się, jakiej argumentacji Laskowski użył, by powstrzymać pana Edmunda przed wyjawieniem informacji o dziwnych telefonach. Później uświadomiłem sobie, że ludzie z listy anonima byli pod koniec lat 90. poza zasięgiem dziennikarskim – pełnili ważne funkcje w służbach specjalnych i z tego względu zapewne nie udałoby się przekonać ich do szczerej rozmowy o sprawie Ziętary. Na to musiał nadejść odpowiedni czas. Nadszedł on dopiero w 2011 roku, gdy nie było już UOP-u, a wszyscy bohaterowie anonimowego telefonu albo byli na resortowych emeryturach, albo pracowali w innych instytucjach.

 

Ojciec Jarka miał jeszcze jedną tajemnicę. Poznałem ją w 2010 roku i nie powiedziałem o niej ani osobom z Komitetu Społecznego, ani nawet Piotrowi. Nie wynikało to jednak z braku zaufania. Po prostu z wiedzy tej nie można było zrobić w tamtym czasie użytku, gdyż mogłoby to zaszkodzić – przynajmniej w mojej ocenie – i prokuratorowi Laskowskiemu, i naszym staraniom o wznowienie sprawy. Chodziło o dokument, który znalazłem w jednym z segregatorów pana Edmunda. Był to odpis pełnego postanowienia o umorzeniu śledztwa z 1999 roku – tego, które zostało utajnione!

 

Liczący siedem stron dokument z 28 września 1999 roku jest dosyć dziwny. To wydruk komputerowy, który na każdej stronie, na górze i na dole, ma napis „Tajne Egz. nr”, ale nie wypełniono w nim pola na numer. Dokument nie ma też podpisu prokuratora ani pieczęci prokuratury. Formalnie egzemplarz ten nie jest zatem objęty klauzulą tajności. Zarazem na podstawie treści trudno przypuszczać, by była to fałszywka. Przypuszczam, że prokurator Laskowski, pozostający w bardzo dobrych relacjach z ojcem ofiary, znalazł sposób na to, by powiadomić go o swojej decyzji. Wykonał poza ewidencją dodatkowy, nieautoryzowany egzemplarz postanowienia o umorzeniu i przekazał mu go, zastrzegając, aby o jego istnieniu oraz treści pod żadnym pozorem nikomu nie mówić.

 

Edmund Ziętara dotrzymał tajemnicy. Nie wspomniał o dokumencie nawet swojemu synowi Jackowi (o tym, że postanowienie o umorzeniu znajduje się w segregatorze, Jacek dowiedział się ode mnie). Trudno mu się dziwić, ujawnienie wykonanej potajemnie kopii mogło nie tylko postawić prokuratora Laskowskiego w złym świetle, ale również narazić go na odpowiedzialność – jeśli nie karną, to z pewnością dyscyplinarną – za złamanie procedur prawnych. Nie życzyłem mu takich kłopotów, więc o odnalezionym postanowieniu milczałem.

Tagi: Ziętara, służby specjalne, policja, prokuratura, zabójstwo, Kaźmierczak, śledztwo, Poznań, UOP

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone