06 Czerwca 2015

Prawo i Bezprawie
DSC1301.jpg
autor: Sylwester Latkowski

Policyjna operacja specjalna "Starachowice"

  • PB296668.jpg

W czasie rozmowy z ówczesną wicepremier Elżbietą Bieńkowską, która odbyła się w „Sowie i Przyjaciołach” w 5 czerwca 2014 r. , ujawnioną przez tygodnik „Do Rzeczy”, szef CBA Paweł Wojtunik zwrócił uwagę, że były Minister Spraw Wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz nie wyciągnął wniosków z afery starachowickiej i rozmawia ze swoimi podwładnymi o toczących się śledztwach. - On się nauczył, że ma ABW, Łuczaka, zapomnieli o sprawie Starachowickiej... Gadają, to dramat.... Przypomnijmy sprawę, do której się odwołuje Wojtunik. Pracując z Piotrem Pytlakowskim nad książką „Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego”, dotarliśmy do osób, które opowiedziały nam o nieznanych kulisach jednej z najgłośniejszych policyjnych akcji specjalnych. Może warto, by szefowie służb i nadzorujący ich politycy przypomnieli sobie tamte wydarzenia.

 

Lipiec 2003 roku. Radio Białystok i „Rzeczpospolita”, piórem dziennikarki Anny Marszałek, ujawniły, że doszło do przecieku z przykrywkowej operacji w Starachowicach. Media zaalarmowały, że narażono życie funkcjonariuszy CBŚ, ostrzeżono gangsterów i chociaż sprawa się wydała, to trwają próby wyciszenia skandalu.

Tak naprawdę operacja „Starachowice” (policyjny kryptonim „Elita”) zaczęła się w 2002 roku, a jej finał nastąpił w marcu 2003. Opierała się głównie na dwóch funkcjonariuszach pracujących pod przykryciem.

Opisujemy ją na podstawie rozmów z kilkoma osobami dobrze znającymi kulisy tej akcji. Aby ukryć ich tożsamość, połączyliśmy je w jedną osobę i nazywamy „naszym rozmówcą”.

– Pracowali w parze – opowiada nasz rozmówca, który postanowił wreszcie odkryć kilka kart starej już sprawy, by odkłamać to, co wokół niej narosło. – Ale odpowiedzialność ciążyła głównie na Mirku, tak go nazwijmy.

            O policjancie Mirku mało wiadomo. Pracował na etacie przykrywkowym w wydziale kryminalnym jednej z komend powiatowych. Sprawa o kryptonimie „Elita” była jedną z bardzo wielu, które realizował jako przykrywkowiec. W sumie brał udział w kilkudziesięciu operacjach.

– A to nie jest przesadna wydajność? Nie ściąga na niego zagrożenia? – zapytaliśmy naszego rozmówcę.

– Jest. Ale prowadzono odpowiedni monitoring, który miał ich zabezpieczać, żeby się nie zdradzili w tym samym miejscu w różnych rolach. To był specjalny system, który miał ich chronić. Poza tym Mirek pracował dużo za granicą. Polskę generalnie ma spaloną. Najwięcej pracował w Niemczech, ale także na Litwie, w Kaliningradzie, na Łotwie, w Anglii. To było w ramach współpracy z zachodnimi służbami. Mirkowi było łatwiej wniknąć w tamto środowisko niż im, tym bardziej że oni mają trochę inny system prawny i w ogóle niechętnie zbliżają się do ludzi ze Wschodu. W zamian pomagali nam w naszych sprawach.

– Jak się zaczęły Starachowice?

– Wpierw akcję robił samotnie nasz przykrywkowiec. Pojawiły się problemy: nasz wprowadzający (przestępca współpracujący z policją) dokonał denuncjacji przykrywkowca. Chłopak też miał problem z poradzeniem sobie emocjonalnie ze stresem. Nie wytrzymywał ciśnienia. Mirek miał wszystko odkręcić. Przejąć na siebie cały ciężar.

– O co tam chodziło?

– Narkotyki, broń, uprowadzenia, wymuszenia, podpalenia. Dosyć mocna grupa lokalna, która pomału przejmowała kontrolę nad miastem.

– Czy to miało przełożenie na samorząd?

– Tak, oni już zaczęli legalizować swoje interesy. Oprócz tego, że robili to, co robili, otwierali też firmy. Stawali się taką półką, do której lada moment trudno byłoby dotrzeć, bo te pieniądze zostałyby wyprane. I o to chodziło, to była idea podstawowa, a nie żadne, jak się później mówiło, dążenia do obalenia rządu. To są bzdury.

– Jaka była legenda Mirka?

– Bandyta. Jaka twarz, taka rola.

– Sprawdzali go?

– Tak, zawsze sprawdzają.

– Czyli musiał mieć prawdziwego bandytę, który go…

– Nie, to właśnie wziął na siebie jego poprzednik. Mirek na jego nieszczęściu wybudował swoją pozycję. Jego partner, poprzednik, miał właśnie kogoś, kto go tam wprowadzał, ale to się nie udało.

– Nie zaufali mu, tak?

– Tamten, który go wprowadzał, zdradził. Oni zawsze zdradzają.

– Konfident grający na dwie strony?

– Tak.

– Zdradził za pieniądze czy ze strachu?

– Chyba bardziej ze strachu. Bał się, że to musi się kiedyś skończyć i wyda się, że to on przyprowadził go do grupy. Po prostu zadzwonił i powiedział, że poręczył za kolegę Mirka, a to nieprawda, bo policja go do tego zmusiła, i że to prawdopodobnie są policjanci.

– Czyli kolega Mirka był spalony, czy nie do końca?

– Nie można było tego odkręcić i powiedzieć, że to on jest policjantem, bo oni go znali, ale można było to wykorzystać w inny sposób.

Mirek pojechał do Starachowic. Do spotkania doszło w restauracji. Była to decydująca chwila dla całej operacji. Leszek S., szef gangu trzęsący miastem, próbował ze swoimi chłopakami rozstrzygnąć do końca, o co tak naprawdę chodzi. Nie wierzyli już za bardzo partnerowi Mirka, tym bardziej więc nie mieli powodów i jemu ufać. Sceneria zaciemnionej, położonej w podziemiach restauracji miała robić wrażenie, tak samo jak ostentacyjne wymachiwanie nożem, baterflajem, koło ucha Mirka.

Stary policyjny wyga postanowił pójść na konfrontację, zagrać va banque. Wykorzystał informacje, jaką udało się ustalić policji, że ich wprowadzający uciekł do Niemiec. Zamierzył podważyć wiarygodność bandyty, który ich zdradził.

Mirek rzekł ostro:

– Skoro tak, tak to dawaj go tutaj. Jak jest taki twardy, to posadź go przy tym stole, niech mi to powie wprost, bo jeżeli nie, to znaczy, że wy coś kręcicie!

Patrzył prosto w oczy Leszkowi, nawet powieka mu nie drgnęła. Gra nerwów, którą ostatecznie tego popołudnia wygrał Mirek – i operacja „Elita” mogła być kontynuowana.

– A w legendzie stała za Mirkiem jakaś silna grupa? – pytamy.

– Tak, zawsze jesteśmy bardzo mocni. Jaka grupa, tego się nigdy nie mówi, takich rzeczy się nie opowiada, bo opowiadają tylko ludzie, którzy się czegoś boją albo po prostu kłamią, powołując się na kogoś, kogo nie znają.

– Ale musiał im podać kogoś, kogo zna, z kim się przyjaźni, z kim interesy robi?

– Wszystkich się zna, w branży się wszyscy znają. Jeżeli ktoś się tłumaczy, to oznacza, że się ktoś boi. Jeżeli się boisz, to znak, że jesteś słaby. Jeżeli jesteś słaby, to nikt z tobą nie rozmawia.

– Z takimi ludźmi rozmawia się ich językiem, tak?

– Tak, Mirek nie miał z tym problemu. Przepracował kupę lat w wydziale kryminalnym, tam jest znakomita szkoła obeznania się ze zwyczajami, obyczajami, językiem, rzecz nie do przecenienia w tej branży.

– Z legendy wynikało, że Mirek i jego partner mieli jakieś wyroki na koncie?

– Nie, tego nie jesteśmy w stanie utrzymać. To tylko Rosjanie wsadzają swoich ludzi do pudła, tam ich legendują.

– Co by sprawdzali? Kogo znał, z kim siedział?

– To było tak specyficzne miejsce, specyficzne obyczaje, że doszliśmy do wniosku, że jeżeli nie jesteśmy w stanie tego dotknąć, to lepiej się na to nie powoływać.

– Mirek z partnerem mieli kupować narkotyki i broń, tak?

– Nie, najważniejsze było na początku co innego. On miał wyprowadzić swojego kolegę w całości stamtąd. Było ciężko, nie był w stanie ocenić, czy jeszcze się tam możemy utrzymać, czy nie. Ponieważ poszło tak, jak zamierzaliśmy, czyli Mirek przekonał ich do siebie, podjęliśmy decyzję, że spróbujemy grać dalej. Było o co grać, oni tam byli podejrzewani o bardzo poważne przestępstwa, z podpaleniami, wymuszeniami z porwaniami, haraczowaniem, handlem narkotykami i bronią włącznie.

Mirek zaprzyjaźnił się z Leszkiem. Zaczęli robić wspólne interesy.

– Jak człowiek zaprzyjaźnia się z bandytą? – zapytaliśmy naszego rozmówcę.

– Patrzy mu się w oczy, jest alkohol, generalnie do nich tak naprawdę przemawiają pieniądze. To jest tak, że oni dla zysku zrobią wszystko, tam nie ma żadnego honoru, to są mity, oni jak widzą zysk, to dostają małpiego rozumu.

– To znaczy Mirek udawał bogatego gościa?

– Oczywiście, jego partner, którego oni podejrzewali, woził go limuzynami. Był jego kierowcą, ochroniarzem.

– Czyli Mirek przyjechał tam jako szef?

– Jako ktoś ważny, bardzo ważny, tak ważny, że z nakryciem głowy się o tym nie mówi.

– Pokazywał, że ma dużo kasy? Jakieś atrybuty tego bogactwa? W co go wyposażono?

– To chyba agent Tomek się takimi rzeczami zajmował. My robiliśmy interesy, tu chodzi o pieniądze, zawsze chodzi o pieniądze.

– Rozumiemy, że zdobywając ich zaufanie, płaci napiwki, zaprasza, stawia wódkę i zakąskę?

– Wtedy jest się frajerem, zawsze płaci frajer. Widzieliście złodzieja, który zapłaci za was rachunek?

– A jak pokazać, że jest się bogatym, nie frajerując się?

– Robi się duże interesy, opowiada się o tych interesach, coś się pokazuje, trzeba stworzyć przekonanie, że on może zarobić na mnie duże pieniądze. Dawanie napiwków jest dla głupków. Napiwek daje się taki jak wszyscy albo mniejszy, bo złodziej nie po to kradnie, żeby komuś dawać, tylko po to, żeby mieć te pieniądze.

– Duży interes, czyli co mieli kupić, wagon broni?

– Kupowali tam sporo narkotyków, kupowali broń, ale także przymierzaliśmy się do kupienia terenu nad rzeką na jakąś inwestycję. Oni mieli wejść w ten interes. Leszek miał tam niemało interesów, które przynosiły mu spore korzyści, ale on chciał zrobić coś takiego, żeby się zabezpieczyć, bo to wszystko było nielegalne, półlegalne, on chciał zbudować sobie taki interes, który by go zabezpieczył na starość. Mówił: „Młodszy nie będę, muszę z czegoś żyć”. Od miasta miał wyszarpać jakiś teren, na którym miało coś powstać, jakiś ośrodek rekreacyjny.

– O jaką sumę chodziło?

– Generalnie to on miał to od miasta wyszarpnąć. Do tego nie doszło, bo później nastąpiły inne zdarzenia, które przykróciły trochę te działania, i koncentrowaliśmy się na tym, że on nam sprzedawał narkotyki, a myśmy w tej legendzie, która powstała, rozprowadzali je przez naszych ludzi po dyskotekach i szkołach warszawskich. I broń, która miała nam służyć do napadów, do jakichś zabójstw.

– Czyli do takich transakcji już doszło?

– Tak, oczywiście, to był ciąg transakcji. Zawsze się robi takie rzeczy po to, żeby udowodnić, że ten człowiek naprawdę takie rzeczy robi i te rzeczy ma.

– Ile narkotyków kupiono?

– Kilka kilogramów.

– To była amfetamina?

– To była amfetamina, to była ecstasy i broń. Broń nie była nowa, sprzedawał ją pojedynczo z amunicją lub samą amunicję.

– Ile sztuk od niego kupiono?

– Kilka.

– Skąd on to brał?

– Wiemy, że ecstasy przywożono mu z Holandii. On się chwalił tymi narkotykami i miał na nie wyłączność, natomiast broń… Też od kogoś odkupywał, pewnie od Ruskich, używana, na pewno nie pochodziła z jakiejś fabryki. Nie był hurtownikiem, miał po prostu dostęp do broni, mógł załatwić, można było u niego zamówić, a on sprowadził pistolet z amunicją, dwa pistolety, trzy, pięć, ile się chciało. Nie chodziło o ilość, bo za to trzeba zapłacić. Jak nie zapłacimy, to jesteśmy niewiarygodni. Staraliśmy się, żeby to nie były transakcje na miliony złotych. Pistolet kosztował dwa tysiące, pięć, siedem tysięcy, to zależy, jaka broń z jaką amunicją, to zależy, w jakim była stanie. Wyznaczał cenę, chłopaki się targowały. Targowali się po to, żeby zachować pozory, że pieniądze każdy szanuje. Prawda jest taka, że aby zdobyć dowód na jego działalność, zapłacilibyśmy nawet trzy razy tyle.

 

 

Dwóch bez zabezpieczenia

 

Przez osiem miesięcy Mirek z partnerem zastawiali sidła na gang Leszka. Nie mieszkali w Starachowicach. Według legendy byli z Warszawy. Co jakiś czas dzwonili do Leszka, mówiąc, że niby skądś wracają, na przykład z Rzeszowa, i jeśli ten ma coś fajnego, to do niego podjadą. Jeśli miał, to podjeżdżano. Bywało, że sam Leszek dzwonił z jakąś propozycją.

– Dlaczego nie można było zakończyć operacji po pierwszej transakcji?

– Zawsze pojawiała się perspektywa nowych narkotyków, nowej broni, poza tym chciano zamknąć całą grupę, trzeba było rozpoznać środowisko Leszka, wydobyć z niego jakieś wyznania, naciągać na to, by podawał jakieś nazwiska. Musieliśmy mieć dowody przeciwko wszystkim ludziom tego gangu.

– I Leszek stał się otwarty?

– Tak, większość z nich lubi być kimś ważnym, zwłaszcza jak daje się do zrozumienia, że dla mnie to nic nadzwyczajnego, że ja takie rzeczy robiłem jeszcze w szkole, to on chce się wykreować, że dużo może, dużo wie, dużo widział, ma układy, ma możliwości.

– Czy Mirek z partnerem byli zagrożeni?

– Leszek był dobrze zorganizowany, przebiegły, podporządkował sobie miejscowych mniejszych bandziorków. Dobrze sobie radził, poza tym był bardzo zimny, brutalny, zdolny do wszystkiego. Wszyscy się go bali. Gdyby coś nie tak, mógłby zabić bez zmrużenia oka. Opowiadał chłopakom, jak się rozliczał z nielojalnymi albo takimi, którzy próbowali mu szkodzić w interesach. Jeden z takich gorszych typów.

– Zabezpieczali ich przykrywkowcy z ZBZ. Byli na miejscu cały czas?

– Ich tam nie było. To jest nie do utrzymania. To kolejny mit. Jak w małym mieście zjawi się dziesięć obcych osób, nie ma takiej możliwości, żeby nie zostały niezauważone. To jest nie do zrobienia, nikogo nie było.

– Byli sami?!

– Tak. Wjeżdżali i nigdy nie wiedzieli, czy wyjadą cali z miasta.

 

Rozmowa posła ze starostą

 

W marcu 2003 roku postanowiono zakończyć sprawę o kryptonimie „Elita”. Miało dojść do ostatniej monitorowanej przez Centralne Biuro Śledcze transakcji. Mieli kupić tabletki ecstasy i broń od Leszka. Zakup zaplanowano na dwudziesty szósty marca. Tego dnia około ósmej rano poseł SLD Andrzej J. telefonuje do starosty starachowickiego Mieczysława S. Oto treść ujawnionego zapisu z podsłuchu obu panów:

 

J. – Co się dzieje? Wiesz?

S. – Czemu?

J. – Tylko żebyś zachował spokój, kolego.

S. – Tak jest.

J. – Słuchaj, bo tutaj nam wczoraj… dostałem od ministra spraw wewnętrznych taki sygnał, że wiesz, że gdzieś tam cię namierzyli.

S. – No…

J. – Rozumiesz, no, policja.

S. – Mnie?

J. – No.

S. – Ale z czym?

J. – No wiesz, jakieś tam załatwiania, wiesz, odroczenia od wojska, wiesz, jakiś przetarg, coś.

S. – Cha, cha! O czym mowa?

J. – No to ja ci mówię tylko, rozumiesz, bo…

S. – …aha.

J. – Bo przyszedł i tego…

S. – …aha, aha.

J. – Kazał napisać nazwisko starosty, rozumiesz…

S. – Aha.

J. – Dlatego ci dzwonię, żebyś wiedział, że coś się dzieje, nie.

S. – Aha, aha.

J. – Przecież ja go nie prosiłem ani nie chodziłem, ani nic, rozumiesz…

S. – Nie, no oczywiście, że tak. Nie, nie to…

J – …i ten mi mówi, że mu na biurko przynieśli materiały, rozumiesz.

S. – Aha, aha.

J. – Dwadzieścia osiem osób w województwie świętokrzyskim.

S. – Ale to co, że dwadzieścia osiem? Na mnie? Nie?

J. – Nie, nie, dwadzieścia osiem osób jest tam, rozumiesz, w jakiś sposób namierzonych, że… Wiesz, że posiadają dowody, że, wiesz, są jakieś nadużycia właśnie w takich i takich… Wiesz, i tam w detale nie wchodziłem, bo to na Rozbracie wczoraj była ta kolektywna narada.

S. – Aha, aha.

J. – I że takie rzeczy są, rozumiesz, że on ma dokumenty, i wiesz, już nie wchodziłem w jakieś detale, szczegóły, ale…

S. – Tak.

J. – Nie, no trzeba być czujnym, bo coś rozumiesz, no, no tak.

S. – Aha, aha, aha.

J. – Co zebrali, co? No, trzeba jutro, wiesz, na spokojnie, bez okazywania paniki…

S. – Nie, no oczywiście, że tak.

J. – No bo wiesz, coś ma, skoro k…, wiesz, ani go nie pytałem, ani za nim nie chodziłem, nie…

S. – A to Janik (Krzysztof Janik, ówczesny minister spraw wewnętrznych) czy któryś tam z tych?

J. – Zastępca jego.

S. – Aha, aha.

J. – Szukał wczoraj D. (posła Henryka D., ówczesnego barona SLD w województwie świętokrzyskim), cały dzień, rozumiesz. I później tam dopiero się spotkał i…

S. – Aha. Nie, no to ja tutaj, jeśli chodzi, to jestem absolutnie…

J. – Ale to trzeba by się, wiesz co, dobrze zastanowić, gdzie co, jakie kwity, no bo musisz się liczyć z tym, że wiesz, jeśli nazwiska padają, to wiesz. Jeszcze się pyta: to on tam był w poprzedniej kadencji chyba też? Ja mówię: no był…

S. – Aha.

J. – No wiesz, no i Marka (Marek B., wiceprzewodniczący rady powiatu), ale wiesz, też się zapytaj, spotkaj.

S. – Aha.

J. – I wiesz, na spokojnie się przygotować, kto co może robić. Bo może to się dziać dzisiaj, w tym tygodniu, no bo ja mówię, no słuchaj, no to się nie da coś tam, jakoś, jak coś jest, żeby to… to już, mówi, nic się nie da rady zrobić, mówi, odciągnąć dwa tygodnie, ale to jest, mówi, to jest ta… to nic nie załatwi sprawy. Także tutaj, wiesz, dobrze przemyśl.

S. – Aha, aha.

J. – I też panuj nad tym wszystkim, bo…

S. – Nie wiem, ale…

J. – Bo nie wiem, no bo nie wiem, co jest.

S. – Słuchaj, ja mu na ten moment muszę powiedzieć, że absolutnie nic tutaj nie mam sobie. Absolutnie, broń Boże. Absolutnie, jeżeli chodzi o jakieś tam komisje, odroczenia czy coś tam. No byłem przewodniczącym komisji poborowej, ale, ale tu…

J. – Dosłownie padło stwierdzenie, że zostało wzięte pięć tysięcy za to, żeby gościu nie poszedł do wojska.

S. – No to ja pod… tutaj słowo honoru i mogę pod krzyżem klęknąć, że nic takiego… Być może Basiaczek (wspomniany już Marek B., wiceprzewodniczący rady powiatu). Może on coś tam.

J. – Rozumiem, może mieć dwa przetargi, rozumiesz tam. No, to tak zdawkowo coś mu padło. Rozumiesz.

S. – Aha, aha.

J. – I twierdzi, że ma to udokumentowane i to leży. I to są dowody absolutnie niezaprzeczalne. Tak, że trzeba by wziąć tam, wiesz, no z Markiem, bo na jakoś wiesz…

S. – Aha. Nie, no to ja z Basiaczkiem bardzo, to wiem…

J. – Przeglądać, wiesz, zastanowić się, przeanalizować, gdzie co mógł szukać ktoś i jak to mógł.

S. – Aha.

J. – Nie wiem, no, k…a, no. Podobno na zasadzie prowokacji zostało zrobione takie coś…

S. – Nie, no to ja…

J. – Że coś ktoś udawał i że to jest prowokacja, też jakieś tam, jedna z tych jest prowokacja tej grupy specjalnej.

S. – Aha, nie, no to już ze mną na pewno… ja już ci mówiłem, słowo honoru, jestem czyściuteńki absolutnie, zero, zero, zero.

J. – Ale teraz nie wiadomo, też musisz wiedzieć, no, kto to robił, i z Markiem pogadaj, no bo ch… wie, jak to wiesz…

S. – No to ja sobie tam pojadę do Basiaczka czy tutaj go poproszę i zapytam go, jak tam, co tam.

J. – No, no, no. To trzymaj się na razie.

S. – No dzięki, cześć.

 

Starosta skontaktował się z Basiaczkiem. O wpół do dziesiątej zatelefonował do posła Andrzeja J.

 

S. – Z Markiem Basiaczkiem, nie, to jestem po prostu, no ja ci oddam słuchawkę, bo to jest w ogóle jakieś s…, bo ja mówię, jak Chrystusa kocham, i nawet przez myśl nie przeszło coś takiego, no, to i mogę przysięgnąć na wszystkie świętości, że nic takiego nie miało miejsca.

J. – Ja ci mówię, co tu mają, to nie ja szukałem, tylko on mnie szukał. Tak, że nie ja wymyślam, tylko cię informuję, i nie ma co gadać, tylko trzeba się zastanowić, na czym to polega, i koniec. To nie to, że ktoś cię oskarża czy tylko taką informację myśmy dostali, to on nas szukał cały dzień, żeby przekazać taką informację, i dlatego tylko Mieciu…

S. – Nie, no ja absolutnie, tylko tu nic takiego ani z mojej strony, ani z Marka strony nie miało miejsca, to ja ci dam Marka i gadaj z nim.

M. – Halo. No, witam pana posła.

J. – Kłaniam się.

M. – Panie pośle, to jest bzdura moim zdaniem, nawet z nimi pół słowa na temat czegoś takiego nie było rozmawiane.

J. – No sam jestem zdziwiony.

M. – Z nimi nawet pół słowa nie było zamienione na ten temat, ja to się mogę tylko z tego śmiać.

J. – No to dobrze.

M. – No jestem zaskoczony, bo na zdrowie moje, ale nie będę się przysięgał, nawet pół słowa z nikim nie było na ten temat rozmawiane i nikomu nic nie było załatwiane.

J. – Marek, wczoraj ni stąd, ni zowąd woła, bo taka sytuacja, i nas informuje S. (Zbigniew S., ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych), rozumiesz?

M. – To jakieś jaja są.

J. – Oby tak było, oby pieprzył głupoty. Heniek też oczy w słup postawił. Tak, że czekać spokojnie i dać znać, jak coś się będzie działo.

M. – Dobra, dziękuję i pozdrawiam.

J. – Trzymaj się.

 

Marek B., czyli Basiaczek, natychmiast po zakończeniu połączenia z posłem spotkał się z Leszkiem S.

Basiaczek był kolegą Leszka S. jeszcze z podstawówki. To urok niewielkiego miasta, gdzie każdy zna każdego od dziecka i choćby potem jeden został bandytą, a drugi policjantem, to i tak będą się spotykać, rozmawiać, pić piwo. Leszek S. znał też starostę.

 

 

Akcja obok przecieku

 

– W którym momencie dowiedzieliście się o przecieku?

– Kilka dni przed realizacją.

– Miała być ostateczna?

– Tak, miało już być zakończenie, zebraliśmy już wszystko, mieliśmy ludzi, mieliśmy to, czym się zajmują, dalsze karmienie ich naszymi pieniędzmi było bez sensu.

– Z gangiem Leszka współpracowali politycy?

– Wiedzieliśmy, że są w to umoczeni politycy, urzędnicy państwowi, w łapówki, w jakieś interesy, jakieś przetargi ustawiali, rzeczy już dokonane, o których Leszek opowiadał chłopakom.

– Macie nagrania z tych rozmów?

– Oczywiście, sąd przyjmuje takie nagrania jako dowód plus oczywiście zeznania przykrywkowców w tej sprawie.

Kiedy Leszek S. usłyszał, że jest na celowniku policji, zaczął się ukrywać, nie nocował już w domu. W warszawskim CBŚ doszło do narady. Co robić dalej? Kilkumiesięczna sprawa się sypała, cała praca przykrywkowców mogła pójść na marne.

– Pojadę tam i wyciągnę go z nory – rzucił Mirek, nie kryjąc irytacji. – On już polikwidował swoje interesy, ma uciec za granicę. Do Niemiec. Gdzie tylko mógł, zbierał pieniądze. Kogo mógł, to skubał na pieniądze.

            – On już wie o przecieku, wie, że jesteśmy elementem policyjnego ogniwa – zwrócił uwagę jego partner, z którym robił pod przykryciem Starachowice.

– Tak, wie, że jest przeciek, ale nie jest przekonany, że to jestem ja.

– Nie jedź tam, to się źle skończy – poprosił go partner. Choć może bardziej myślał o własnym bezpieczeństwie.

– Musimy udowodnić, że coś jesteśmy warci, że na czymś się znamy. Wydzwonię Leszka i umówię się na spotkanie. Przyjedzie, pomyśli, że zarobi jeszcze jakieś pieniądze. To spora transakcja, ma dużo tabletek ecstasy, liczy na zysk. Zawsze chodzi o pieniądze. Uciec zdąży później, tak pomyśli. Zgubi go pazerność.

            – A co z aneksem do planu, kto go podpisze? – zapytał partner Mirka. Wiedział, że ówczesny dyrektor CBŚ, Kazimierz Szwajcowski, odmówił, stwierdziwszy, że nie jest zainteresowany, bo to za dużo kosztuje. Jeżeli do zatrzymania są dwie osoby, to można je obstawić obserwacją i zdjąć. Jeżeli jest do zatrzymania piętnaście osób, to trzeba po prostu zrobić uderzenie. Jeśli nie zrobi się uderzenia, to się rozlecą i będzie kłopot. W związku z brakiem zgody Szwajcowskiego należałoby przerwać operację.

            Mirek uśmiechnął się chytrze i odparł:

            – Jak nie będzie Szwajcowskiego, a gdzieś na pewno wyjedzie, idźcie do Walendziaka i powiedzcie: „Dyrektorze, trzeba podpisać aneks, kończą nam się terminy, figurant chce wyjechać za granicę, cała robota pójdzie na marne. Musimy dostać pieniądze i zgodę na zakończenie sprawy”.

            – Tak, tym razem nie możemy się, ot tak wycofać, by przyszły chłopaki i wszystko po nas pozamiatały – rzucił ktoś.

Wojciech Walendziak opisał nam akcję krótko:

– Tam w grę wchodził pistolet i było tak umówione, że jeśli magazynek będzie w pistolecie, to walą go od razu. Dobrze, że był pistolet, nie było magazynku. On tego chłopaka, który to robił, do lasu chciał wyciągnąć. To było tak niebezpieczne, że w głowie się nie mieści. Mnie pytali, co mają robić. Ja mówię: „Panowie, jeżeli ten, który jest bezpośrednio odpowiedzialny, wyrazi zgodę, to robimy, jeśli nie, zakończymy”. To był chłopak z przykrywek, jeden z lepszych przykrywkowców.

            Na koniec rozmowy z uśmiechem, dodał:

            – Jeden oficer z CBŚ spóźnił się, bo zaciął mu się kombinezon motocyklisty. Przyjechał, jak było po wszystkim, a miał być zabezpieczeniem dla przykrywkowców.

            Potwierdza to także inna osoba, dzisiaj „oficer CBŚ”, pomimo że jest poza CBŚ, ważna postać:

– On był na liście tych, którzy mieli być w ZBZ, ale jakoś nie dotarł na miejsce, coś tam mu się wydarzyło. Suwak mu się przy kombinezonie zaciął czy coś… Kolega się zresztą ze mną zakładał, nie byłem wtedy tak obeznany w obyczajach tego pana, że na pewno mu się coś przydarzy. Że może drogę pomyli… Stwierdziłem, że to jest niemożliwe, żeby kumpel kumpla zostawił. Nie dotarł, pojawił się później. Natomiast był bardzo aktywny już po zakończeniu sprawy.

 

Gra trwała do końca

 

            Mirek zadzwonił do Leszka.

            – Nie możemy gadać – usłyszał.

            Wiedział jednak, że musi naciskać na to spotkanie. Podniósł głos.

            – Powiedziałem ludziom, że przywiozę. Jak się umawiasz, to dotrzymaj umowy. Jeżeli masz jakiś problem, to sobie załatwiaj, a interesy to są interesy.

            Leszek niechętnie się zgodził.

            Mirek spojrzał zadowolony na swojego towarzysza.

            Najpierw umówili się z Leszkiem na stacji paliwowej, ale tam założono monitoring, więc zmienili miejsce. Leszek zaproponował spotkanie na parkingu przy wylocie ze Starachowic, przed starym, zapuszczonym szeregowcem, w którym mieściły się sklepy. Parking był tak rozległy, że można było podjechać nawet samochodem dostawczym. Pusto wokoło. Leszek przyjechał sam. Zwykle przyjeżdżał z obstawą, tym razem było inaczej.

            – Jest wsypa – powiedział, nie wysiadając z samochodu, zza uchylonej szyby i odjechał.

            – Co jest? – wyrzucił z siebie Mirek, patrząc na oddalający się samochód.

            Leszek zniknął.

            Mirek wyciągnął telefon i wykręcił numer uciekiniera. Po kilku sygnałach Leszek odebrał połączenie.

            – Na głowę upadłeś? – rzucił Mirek.

            – Podjedźmy do lasu, pojedziemy gdzieś tam kawałek – zaproponował Leszek.

            Mirek wiedział, że nie może na to przystać. Tylko to miejsce mieli zabezpieczone do realizacji zatrzymania, więc nie mógł odjeżdżać. Leszek już nie mieszkał w domu, więc ciężko byłoby go znaleźć.

            – Kurwa, co ty, dzieciak jesteś? Przyjeżdżaj albo spierdalaj! – krzyknął do słuchawki.

            Po chwili się pojawił, podjechał pod samochód Mirka, ale zatrzymał się w pewnej odległości od niego.

            – Wsiądź, to pojedziemy do lasu, przestrzelimy sobie broń – powiedział Leszek.

            Nigdy do tej pory nie proponował czegoś takiego. Mirek szybko myślał: „Zawsze przekazywał broń i amunicję, i po sprawie, a tym razem chce mnie zabrać do lasu, żebym sobie broń przestrzelił, prawdopodobnie razem z moją głową”.

            – Nie mam czasu na zabawy – odmówił, chociaż lubił ryzyko. Wiedział, że długo się nie da tego przeciągnąć, bo ciśnienie u Leszka rosło.

            Leszek ruszył do przodu, zatrzymał się na wysokości otwartych drzwi pojazdu Mirka. Wreszcie wysiadł. W ręku miał foliowy worek. Bez słowa wrzucił go do samochodu „kumpla”. Mirek wiedział, że jest w nim ecstasy.

– A broń? – zapytał.

– Wiesz, jest wsypa – odparł Leszek.

            Mirek miał umówiony sygnał z koordynatorem akcji, który realizował zatrzymanie. Przez cały czas uważnie obserwował, co dzieje się na parkingu. Zdjęcie marynarki i rzucenie jej na dach samochodu miało być sygnałem do ataku.

Leszek podał mu broń. Była bez amunicji. Zwróciło to uwagę Mirka, bo zawsze dawał mu załadowaną. Wiedział, że Leszek wozi ze sobą broń, nie rozstaje się z nią nigdy. „Dał mi bez amunicji, żebym nie mógł się bronić” – pomyślał. Nie miał wyboru! Zdjął marynarkę i rzucił ją niedbale na dach. Uśmiechnął się do Leszka. W tym czasie ten postanowił pójść w stronę swojego samochodu. Wykonał obrót.

– To ty wiesz, że jest przeciek, i jeszcze mnie tu ściągasz! – krzyknął Mirek i chwycił zaskoczonego Leszka za marynarkę.

Po kilku sekundach zrobiło się czarno. Wyrosła przed nimi trójka chłopaków z antyterroru. Nie wiedzieli, kto jest kto, więc brali wszystkich. Kolega Mirka krzyknął do ogłupiałego Leszka:

            – To ty nas sprzedałeś!

Kiedy doszło do rozprawy sądowej i zeznań przykrywkowców, którzy zaprowadzili go za kratki, Leszek nie wytrzymał, krzyczał, że się zemści. Przyznał, że nigdy nie przypuszczał, że „ma do czynienia z psami”.

 

Bohaterów było wielu

 

Epilog sprawy był gorzki dla tych, którzy ją prowadzili, ryzykując własne życie. Mirek i jego partner nie otrzymali nagrody ani awansu. W centrali CBŚ zapanowała fatalna atmosfera, nikt nie chciał się identyfikować ze sprawą „Elita”.

– Na początku grożono, że wszystkich biorących udział w akcji wyrzucą z pracy, potem była opcja zero, czyli wszyscy, którzy dotknęli się sprawy starachowickiej, zostaną wyrzuceni z zarządu… „Ja was wszystkich wypierdolę”, usłyszeli…

– Kto tak powiedział?

– Jeden z wierchuszki. Chłopcy, którzy robili Starachowice, byli przecież zdrajcami, wystąpili przeciwko ich interesom, oni mogli potracić stołki, należało więc chłopaków ukarać, za co nagroda? Ci, co chcieli ściąć im głowy, bohaterami zostali dopiero później, jak się coś zmieniło. I dobrze było być tym, który robił Starachowice.

– O co chodziło ?

– Na początku powstała z tego histeria i panika. Obrzydliwe w tym wszystkim było to, że uważano ich za zdrajców, chciano wyrzucić, a później się okazało, że ci wszyscy, którzy ich prześladowali, byli bohaterami… Dzięki nim zrobiono Starachowice, a nie dzięki tej dwójce przykrywkowców… To jest obrzydliwe.

– Legenda była taka, że Anka, która ujawniła przeciek, dostała to od Rapackiego, a Rapacki w interesie służby poinformował media, żeby ujawniły prawdę. Potem się okazało, że jako pierwsze podało to Radio Białystok.

– Jak „w interesie służby”? Przecież nie o to chodziło. Tu były zagrożone interesy, kariery, stołki policyjne, gdy wyszło na jaw, że zrobiono ekipę rządzącą. Na szczęście poleciał rząd, gdyby nie poleciał, to straciliby stanowiska. Jakie interesy służby? Afera wybuchła w lipcu 2003, Rapacki odszedł dopiero w styczniu lub lutym 2004. Sztygar awansował, do Katowic poszedł i dostał generała.

Nasz rozmówca zamilkł, po chwili kontynuował:

– Szkoda, że ten, co szkodził od początku, pokazywany jest teraz jako bohater, a ludzie, którzy poświęcili na to parę lat, zostali potraktowani tak jak Tomek Warykiewicz, jak Wojtek Walendziak. Smutne, że porządnych ludzi się wyrzuca, bo nie jesteś nasz, nie zrobisz każdego świństwa na kiwnięcie palcem. To coś jest nie tak. 

 

Fragment książki Sylwestra Latkowskiego i Piotra Pytlakowskiego „Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego”, wydawnictwo  Czarna Owca, 2012.

Tagi: starachowice, cbć, korupcja, przykrywkowcy, policja, mafia

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone