01 Czerwca 2015

Prawo i Bezprawie
DSC1301.jpg
autor: Sylwester Latkowski

Policjant wykonujący operację specjalną, porusza się po cienkiej linii

  • HPIM2345_2 (2).JPG Jeden z najbardziej znanych polskich przykrywkowców

Możecie wierzyć lub nie, ale to ja stworzyłem w ABW Biuro Operacji Specjalnych, do tej pory go nie było. Operacje specjalne można było robić, przepisy nie zabraniały tego, ale jeśli to miało być robione na najwyższym poziomie, to należało stworzyć odpowiednie warunki. Przede wszystkim wyodrębnić oddzielną strukturę, z własnym regulaminem, budżetem, z własnymi psychologami, lekarzami i wszystkim, co jest niezbędne.

 

– Operacje specjalne, przykrywkowcy w akcji, zakupy kontrolowane. Czy ktoś czuwa nad prawidłowością takich czynności?

 

– Kiedy pracowałem w katowickiej prokuraturze, stworzono tam dział kontrolujący operacje specjalne, byłem jego szefem. Zajmowaliśmy się kontrolą operacji realizowanych przez komendę wojewódzką policji. W małym zakresie przez CBŚ, to znaczy tylko wówczas, gdy przeprowadzał wspólną operację z komendą wojewódzką. To był doskonały pomysł. Później jako dyrektor Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej próbowałem go wprowadzić w całej Polsce, niestety nie byłem wystarczająco długo dyrektorem.

– Prokurator kontrolujący przykrywkowców musi mieć wiedzę o czynnościach operacyjnych, sporo doświadczenia życiowego i szczególny temperament. Bardziej policjant niż urzędnik.

– Oczywiście. Pomysł był taki, żeby znaleźć prokuratorów, którzy potrafią dochować tajemnicy i którzy z upoważnienia prokuratora okręgowego nadzorowaliby i kontrolowali akcje specjalne. Wbrew temu, co się mówi w mediach, prokurator może kontrolować działania służb. Musi się na tym znać, po pierwsze. Po drugie, musi chcieć to robić. Mieliśmy taki zwyczaj, że co tydzień żądaliśmy od policji zebranych materiałów operacyjnych. Ocenialiśmy, czy operacja jest skuteczna i właściwie wykonywana.

Operacja specjalna to jest zakup kontrolowany, kontrolowane wręczenie korzyści majątkowej, przesyłka niejawnie nadzorowana. Musimy zdawać sobie jednak sprawę, nawiązując do słynnego agenta CBA, żeby operacje specjalne przyniosły skutek, to wcześniej musi być odpowiednie zalegendowanie funkcjonariusza w środowisku. To też jest element operacji specjalnej. Choć często tak bywa, że jest to element rozpracowania operacyjnego, kiedy funkcjonariusz operacyjny wchodzi w to środowisko, kiedy nie ma jeszcze wszczętej operacji specjalnej. W momencie, kiedy pojawia się pierwszy sygnał, że może być przeprowadzona operacja specjalna, wtedy zaczyna się etap legendowania.

– Czyli na początku jest praca operacyjna?

– Tak, na początku jest przedsięwzięcie operacyjno-techniczne, które nie wymaga zgody prokuratora i sądu. Krótko mówiąc, rejestrowanie nagrań wideo i audio w miejscach publicznych.

– Co jest miejscem publicznym? Czy na przykład restauracja jest taki miejscem?

– W moim mniemaniu jest miejscem publicznym. Ale kiedy byłem szefem ABW na wszelki wypadek występowaliśmy jednak do sądu o wszystko, nawet o zgodę na zakładanie podsłuchu w restauracjach. Po to, by ustrzec się zarzutu nielegalności działania. Wcześniej na kontroli operacyjnej wychodzi, że dwie osoby umawiają się na spotkanie na lunch. Wniosek jest przygotowany i tylko pozostawia się miejsce gdzie. Pięć minut i wniosek jest gotowy, wpisuje się tylko nazwę restauracji.

– Służby potrafią obywać się bez tych sądowych ceregieli. Na przykład, stosując podsłuchy pięciodniowe.

– Wyjaśnijmy od razu sprawę tych pięciodniówek. To nie jest tak, że zaczynamy podsłuch, czekamy, aż minie pięć dni i dopiero potem idziemy do sądu po zaklepanie tego podsłuchu. Przepis mówi, że jednocześnie z chwilą zatwierdzenia przez szefa podsłuchu pięciodniowego, w tym samym czasie musi być skierowany wniosek do sądu. Różnica jest 2–3 godzin, wynika wyłącznie z przyczyn logistycznych, bo trzeba przewieźć ten wniosek do sądu.

Ja jako dyrektor Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej, a później jako szef ABW nie spotkałem się z sytuacją, by nie było to robione równocześnie, że na przykład były podsłuchy robione przez parę dni, a później niszczone. Nie wiem, jak było w CBŚ za inspektora Jarosława Marca, którego szanuję i lubię, ale który lubi poruszać się po takiej cienkiej, czerwonej linii. I lekko może ją przekroczyć. Ja tego nie robiłem.

 

W Polsce są lekko absurdalne przepisy w tym zakresie

 

– Każdy policjant wykonujący operację specjalną porusza się po takiej cienkiej linii.

– W Polsce są lekko absurdalne przepisy w tym zakresie. Moim zdaniem nie ma sytuacji, nie może być sytuacji, w której oficer pod przykryciem nie musi mniej lub bardziej naruszyć prawa. Bo inaczej nie zalegenduje się w środowisku przestępczym. A niestety, nie ma przepisów, które by to legalizowały.

- Jak się kończy operacja specjalna, przychodzi etap przeniesienia tego na proces. Zdarzało mi się przesłuchiwać funkcjonariuszy pod przykryciem jako świadków anonimowych. On musi zeznać o wszystkich swoich działaniach w ramach tego środowiska, a później o całej operacji specjalnej. I okazuje się, żeby zalegendować się w danym środowisku musi na przykład naruszać przepisy ruchu drogowego. Może się zdarzyć tak, że poczęstują go kreską. Musi wciągnąć. Jak ma o tym zeznać? Potem różnie próbują funkcjonariusze zeznawać i prokuratorzy także starają się do tego podchodzić ze zrozumieniem. Dają wiarę zeznającym, że nie wciągnął, a tylko udawał, albo wciągnął i potem wydmuchał.

– Taka gra pozorów, bo wiadomo, że musiał wciągnąć.

– Gdybym ja wiedział na bank, że wciągnął to musiałbym oficerowi pod przykryciem zrobić sprawę. Za przekroczenie prędkości także. Brakuje przepisów, które by pozwalały funkcjonariuszowi pod przykryciem na takie czyny, wymuszone okolicznościami. Oczywiście, wtedy musi być też wzmocniona prokuratorska kontrola.

– Czy zdarzyło się panu postawić przykrywkowcowi zarzuty za naruszenie prawa?

– Na szczęście funkcjonariusz nie ma obowiązku samooskarżać się. Można to obecnie powiedzieć na kanwie sprawy Janusza Kaczmarka (byłego prokuratora krajowego i ministra spraw wewnętrznych, podejrzanego o składanie fałszywych zeznań, prokuratura sprawę umorzyła – przyp. aut.). Te tematy funkcjonariusz może pominąć. Funkcjonariusz ma prawo do milczenia.

– Albo może bezkarnie kłamać?

– Nie może, bo jeśli ktoś mu udowodni, że kłamał to może być podważona cała operacja specjalna. Oskarżony może to wykorzystać: To on mnie podżegał, on kłamie.

– Właśnie taki problem wychodzi dzisiaj na procesie Beaty Sawickiej.

– Nie chcę się na ten temat wypowiadać. Ale znam tam pewne rzeczy i na pewno nie było tam podżegania. Oczywiście to wszystko będzie podlegało ocenie sądu. Sąd określi ,czy doszło do naruszenia prawa, czy ktoś był namawiany do przestępstwa, czy nie.

– Ile takich spraw nadzorowanych przez pana, gdy wykorzystano procesowo operację specjalną, zakończyło się pozytywnie przed sądem?

– Wiem o kilkudziesięciu. To były jednak drobne sprawy: handel narkotykami, bronią, jakaś drobna łapówka.

 

Postawiłem sobie za cel, że ABW nie ma zajmować się pierdołami

 

– Czy przykrywkowcy w ABW działają podobnie jak ci z policji?

– Możecie wierzyć lub nie, ale to ja stworzyłem w ABW Biuro Operacji Specjalnych, do tej pory go nie było. Operacje specjalne można było robić, przepisy nie zabraniały tego, ale jeśli to miało być robione na najwyższym poziomie, to należało stworzyć odpowiednie warunki. Przede wszystkim wyodrębnić oddzielną strukturę, z własnym regulaminem, budżetem, z własnymi psychologami, lekarzami i wszystkim, co jest niezbędne.

– Takiego biura wcześniej ABW nie miało, ale przykrywkowcy przecież jakoś działali?

– Musicie sobie zdawać sprawę, że w tej instytucji funkcjonuje też kontrwywiad. Ale nic więcej nie mogę na ten temat powiedzieć. Kontrwywiad przeprowadza swoje operacje specjalne. Są to działania stricte operacyjne, które nigdy nie kończą się działaniami procesowymi. No i do innych celów są realizowane. Na przykład kontrwywiad chce zwerbować albo przewerbować kogoś, kto jest podejrzany, że jest oficerem KGB lub GRU, a wiemy, że interesuje się paniami lub chłopcami. Służby kierują wtedy funkcjonariuszkę lub funkcjonariusza pod przykryciem. Legendują ich w instytucji interesującej agenta, na przykład w Komitecie Integracji Europejskiej. Podstawiają panią lub pana, żeby obcy agent się zainteresował, związał uczuciowo raczej niż fizycznie, bo tego elementu raczej się nie przekracza. Warto powiedzieć, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak jest w USA czy Wielkiej Brytanii. Każda szanująca się służba ma procedury prawne, które jej umożliwiają przewerbować agenta, a później zaproponować mu dalsze życie na terenie tego kraju. Powiedzmy sobie, że ABW by miała za granicą takiego Kuklińskiego, ABW w szczególnych wypadkach ma także prawo działać za granicą. Zakończyłby on swoją działalność i trzeba by było go przerzucić do Polski i odpowiednio zalegendować, a tu klops, bo nie ma takich prawnych możliwości. Zrobiono by to oczywiście, ale byłoby to bezprawne albo oparte na domniemaniach prawnych. Naciskaliśmy w ABW na wprowadzanie zmiany w prawie. Przesłaliśmy na przykład w lipcu 2007 roku do ministra koordynatora ds. służb Zbigniewa Wassermanna projekt przepisów o tak zwanych szpiegach koronnych (przestępca zostaje agentem, nadal działa w gangu, ale już pod kontrolą funkcjonariuszy, w zamian po zakończeniu operacji zostanie świadkiem koronnym i darowane mu będą jego winy – przyp. aut.). Ale nie zdążyliśmy, bo wkrótce doszło do przesilenia politycznego i PiS oddał władzę.

– Dlaczego za pańskiej kadencji ABW zajmowało się projektowaniem prawa? Przecież i tak mieliście chyba co robić?

– Postawiłem sobie za cel, że ABW nie ma zajmować się pierdołami, to nie jest służba od pierdół. Dotąd ABW robiła wyniki w ten sposób, że na ścianie wschodniej, na przejściach granicznych ustawiało się kamery, filmowało wszystko, co się rusza i potem stawiało się zarzuty korupcji wartej 100 czy 200 złotych kilkudziesięciu celnikom. I ogłaszało się wielki sukces, bo zatrzymywano naraz 50 celników. Mnie takie sprawy nie interesują, to są sprawy dla komendy miejskiej policji, a nie dla ABW, która ma się zajmować poważnymi problemami. Jeżeli przemytem broni, to na skalę światową. Jeżeli narkotyki, to nie na kilogramy, a tony. Po przyjściu do ABW natknąłem się na braki w szkoleniu. Spotkałem się z takimi brakami kwalifikacji, że to się w głowie nie mieści. Gdybym wiedział, jaki ci funkcjonariusze poziom reprezentują, nigdy bym nie zgodził się zostać szefem tej służby. System szkolenia kompletnie leżał, wyglądało jakby komuś na tym zależało. Polska od lat jest krajem, gdzie toczą się gry wywiadów. Kiedyś takim atrakcyjnym krajem była głównie Austria, a teraz Polska.

– CBA sobie poradziło, bo już na etapie wstępnej organizacji biura po prostu kupiło sobie fachowców, z ABW właśnie, albo CBŚ.

– ABW podobnie robiło (śmiech). W przypadku biura do operacji specjalnych korzystano z pomocy zagranicznej i fachowców z CBŚ. W Polsce poza nimi nikt tego procesowo w tym czasie nie robił. Moja kadencja trwała trochę za krótko, nie wszystko udało się doprowadzić do końca. Zaczęliśmy robić jedną z większych operacji specjalnych, a dopiero niedawno została sfinalizowana i zrobiło się o niej głośno, zatrzymano tonę kokainy (oficjalny komunikat ABW z lutego 2009 roku: przejęto ponad tonę kokainy o wartości ponad 500 milionów złotych, we współpracy z Amerykańską Agencją ds. Narkotyków DEA oraz policją kolumbijską zatrzymano dziewięć osób, w tym członków kolumbijskich karteli narkotykowych oraz grup przestępczych z Europy Zachodniej – przyp. aut.).

 

Służby sobie nie ufają

 

– Jak wygląda sprawa koordynacji działań służb specjalnych i przeprowadzanych przez nie operacji? Czy nie grozi ponownie, że przykrywkowcy z ABW będą kupować narkotyki od przykrywkowców z CBŚ?

– Nie powinno już być takiego problemu, bo istnieje Centralna Ewidencja Zainteresowań Operacyjnych, prowadzi ją szef ABW. Wszystkie służby i policja mają obowiązek informowania o swoim zainteresowaniu daną osobą czy sytuacją. To teoretycznie wyklucza sytuację, że dwie służby realizują tą samą osobę lub sprawę. Tylko, że służby sobie nie ufają i nie zawsze zgłaszają swoje realizacje, albo zgłaszają w za późno. Czasem podają inne nazwisko figuranta, imają się różnych sposobów, aby informacje zaciemnić. To wynika z odwiecznego sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi służbami.

– Tylko, że na takie ściemnianie Polski nie stać. Operacje specjalne to droga zabawa.

– Fakt, wymagają dużych pieniędzy. Jeśli wchodzi się w lokalne środowisko przestępcze to koszt rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych, ale jeśli w poważne środowisko parabiznesowe, na przykład taka mafia paliwowa, to kwoty zaczynają się od kilkuset tysięcy złotych za samo wejście w to środowisko z odpowiednią legendą, późniejsza realizacja pociąga następne wydatki.

Funkcjonariusz pod przykryciem musi mieć wtedy drogie garnitury, szyte na miarę, perfumy, odpowiedniej klasy samochód, nosi rolexa a nie timexa. Chyba, że gra rolę zwykłego bandyty, wtedy taniej to wychodzi. Są tworzone specjalne ośrodki, gdzie ten sprzęt jest składowany i później wymieniany pomiędzy delegaturami lub wydziałami. Niestety to kosztuje olbrzymie pieniądze.

– A potem okazuje się, że wyrzucone w błoto, bo zebrano dowody, ale nie do tej sprawy co trzeba. Podsłuchiwano na jeden temat, a figuranci rozmawiali o innym przestępstwie.

– Na szczęście w Polsce nie było i nie sądzę, że kiedyś będzie obowiązywała zasada zatrutego drzewa (w prawie amerykańskim tak określa się dowód zdobyty nielegalnie, sąd go odrzuca – przyp. aut.). Poza zakazem w sprawie nielegalnych podsłuchów. Każdy dowód, nawet powstały w wyniku przestępstwa, mimo wszystko jest dowodem.

Wśród dziennikarzy są oficerowie pod przykryciem

 

– Jak powinien zdobywać wiarygodne dowody przykrywkowiec podczas akcji. Musi się z przestępcami zbratać, napić, jak ma te czynności dokumentować?

– Agent w miarę możliwości powinien być okablowany, jego rozmowy należy nagrywać, powinien mieć GPS, żeby było wiadomo, gdzie się porusza. Należy wykorzystywać inne osoby, agentów, którzy nie wiedząc, że to też jest agent pod przykryciem, będą sprawdzać, co robi, czym się zajmuje i jak. W ABW jest inna sytuacja niż na przykład w policji. Wielu funkcjonariuszy pracuje pod przykryciem w jakichś firmach, instytucjach. Ich kontrolujemy innymi metodami.

– W jakich firmach?

– Ważnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

– W mediach też?

– W połowie lat 90. w redakcjach polskich mediów funkcjonowali oficerowie pod przykryciem. Nie agenci, ale kadrowi oficerowie UOP pod przykryciem.

– Po co?

– Po to, żeby werbować, uzyskiwać informacje, żeby wiedzieć. Nie wiem, czy w chwili obecnej wśród dziennikarzy są oficerowie pod przykryciem, ale agentów jest wielu. Zgodnie z prawem zresztą.

– Przecież jest zakaz werbowania dziennikarzy!

– Spójrzcie na ustawę o ABW. Można werbować, ale nie na dziko. Wyłącznie za zgodą prezesa rady ministrów lub ministra koordynatora. To wystarczy. 

Rozmowa z Bogdanem Święczkowskim (prokurator Prokuratury Krajowej. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Rówieśnik i kolega ze studiów Zbigniewa Ziobro. Karierę prokuratorską zaczynał w Tychach, potem w Sosnowcu, a w roku 2001 trafił do Prokuratury Okręgowej w Katowicach. W listopadzie 2005 roku po dojściu do władzy PiS, awansowany na funkcję szefa Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej (jego przełożonymi byli minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i prokurator krajowy Janusz Kaczmarek). W latach 2006–2007 był szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.)

Fragment książki Sylwestra Latkowskiego i Piotra Pytlakowskiego "Agent Tomasz i inni. Przykrywkowcy." Świat Książki (2010)

Tagi: przykrywkowiec, świeczkowski, abw, policja, prokurator, służby

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone