24 Lutego 2016

Prawo i Bezprawie
DSC1147.jpg
autor: Cezary Łazarewicz

Kiszczak i inni. Fragment książki Łazarewicza o sprawie Przemyka

  • lazar-ksiazka.jpg

Cezary Łazarewicz szczegółowo opisuje historię Grzegorza Przemyka – od zatrzymania na placu Zamkowym po wydarzenia, które nastąpiły później. Pokazuje cynizm władz komunistycznych, zacierających ślady zbrodni, a także bezsilność władz III RP, którym nie udało się znaleźć i ukarać winnych. W opowieść o Przemyku autor wplata historie jego rodziców – poetki Barbary Sadowskiej i ojca Leopolda, przyjaciół, świadków jego pobicia czy sanitariuszy, niesłusznie oskarżanych o zabójstwo. Jednocześnie odkrywa kulisy działań władz i wpływ, jaki na tuszowanie sprawy wywarli między innymi Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak czy Jerzy Urban.

To jedna z najgłośniejszych zbrodni lat osiemdziesiątych w PRL. W pogrzebie Przemyka wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy z podniesionymi w znaku wiktorii dłońmi, w całkowitym milczeniu odprowadzali trumnę na Powązki. To również zbrodnia, która nie doczekała się sprawiedliwego wyroku.

 

Kto zabił?

 

Prowadzący rozprawę w 1984 roku sędzia Janusz Jankowski, uzasadniając wyrok, powiedział, że w wyniku przeprowadzonego śledztwa nie można wskazać winnych spowodowania śmierci Grzegorza Przemyka. Czy rzeczywiście materiał dowodowy był tak ubogi? Czy nie można było się pokusić o wskazanie napastników?

Dwie rzeczy pozostają pewne:

1. Że dobiegające krzyki chłopca wywabiły z dyżurki Denkiewicza, który poradził zomowcom: „Bijcie tak, żeby nie było śladów”. Był on starszy od pozostałych milicjantów, miał charakterystyczny zarost, więc F. dokładnie go zapamiętał.

2. Że w biciu uczestniczył zomowiec, którego Przemyk próbował powstrzymać, łapiąc za pałkę wymierzoną w jego stronę. Cezary F. nie rozpoznał go podczas konfrontacji, ale z zeznań innych zomowców (Bielca, Jarmułowicza, Dalmaty) wynika, że funkcjonariuszem, z którym Przemyk szarpał się o pałkę, był szeregowy Ireneusz Kościuk. Stąd logiczny wniosek, że to on uczestniczył w biciu maturzysty. Niejasne jest tylko, czy trzymał on od tyłu Przemyka za ręce, czy stał z przodu i wymierzał mu ciosy łokciem w brzuch. Tego Czarek dokładnie nie pamiętał.

 

Gdy dziś analizuję zeznania Cezarego F. i milicjantów z Jezuckiej sprzed trzydziestu lat, widać, że krąg podejrzanych jest bardzo wąski.

Trochę przypomina to układanie puzzli, kiedy to z drobnych, nieczytelnych fragmentów tworzy się szczegółowy obraz, z dobrze widocznymi detalami, tłem.

Tylko że przy sprawie Grześka puzzle są trochę niekompletne, bo w 1983 i 1984 roku nikomu nie zależało na ich ułożeniu.

Ani prokuraturze, ani sądowi. Widać, że protokoły przesłuchań zomowców i milicjantów są dziurawe. Nikt ich nie docisnął, nie dopytał, nie doprecyzował odpowiedzi, choć trzeba było to wtedy zrobić. Sporo jednak mimo to można wyczytać.

 

Po wprowadzeniu Cezarego F. i Grzegorza Przemyka na korytarzu komisariatu pozostają z nimi dwaj zomowcy: Bogusław Bielec i Ireneusz Kościuk. Przemyk siada na krześle przy stoliku, przy którym wypełnia swój służbowy notes trzeci z zomowców – Krzysztof Dalmata. To właśnie on, gdy usłyszy od Grześka, że nie musi nosić dowodu osobistego, zerwie się z krzesła i krzyknie do kolegów:

– Trzeba gówniarza nauczyć.

Można to potraktować jako wezwanie do bicia.

I tak chyba zostało potraktowane, bo przy Grześku pojawia się dwóch mundurowych. Jednym z nich jest szeregowy Kościuk, który już na placu Zamkowym tłukł pałką po plecach krnąbrnego obdartusa, gdy zapierał się w drzwiach radiowozu.

Potem obdartus bezczelnie się odgraża, że ich dni są policzone. Czy człowiek noszący przy sobie pałkę mógł ze spokojem słuchać tych chamskich zaczepek? Czy można się dziwić, że chwyta ją teraz za rękojeść, próbuje wyciągnąć, by zadać nią ostrzegawczy cios gówniarzowi? Tylko że gówniarz ma refleksi łapie ręką pałkę, zanim jeszcze zawiśnie nad jego głową. Wtedy ci dwaj pozostali – ten, który stał przed chwilą przy Kościuku, i Krzysztof Dalmata – próbują nauczyć gówniarza. Cezary F., który stara się bronić Grześka, dostaje kilka razów pałką i zostaje rzucony na to samo krzesło przy stoliku, przy którym przed chwilą siedział Przemyk.

Milicjant, który towarzyszy Kościukowi, tłucze teraz Grześka pałą po plecach tak, że biała lola, jak ją nazywają czule zomowcy, aż zawija się mu na piersiach. Chłopak drze się przeraźliwie, w końcu z dyżurki wyskakuje sierżant Arkadiusz Denkiewicz i instruuje młokosów:

– Bijcie tak, żeby nie było śladów.

Wtedy zmieniają technikę. Dwóch trzyma chłopaka z tyłu za ręce, jeden staje z przodu i uderza go przedramieniem w brzuch. Biją tak długo, aż chłopak upada zemdlony na posadzkę. Wtedy podnoszą go za ręce i sadzają na krześle. Żaden z milicjantów w zeznaniach nie wspomina o biciu, ale mówią, że po szarpaninie z Kościukiem funkcjonariusze posadzili Przemyka na krześle. Wystarczy więc ustalić, który z nich odprowadził Grześka do krzesła, by dowiedzieć się, kto go bił.

W zeznaniach powtarza się tylko jedno nazwisko – zomowca Krzysztofa Dalmaty.

Według Bogusława Bielca Przemyka do krzesła odprowadzają Kościuk i Dalmata.

Według Witta Jabłońskiego – Kościuk i Bielec, ale Dalmata stoi tuż przy nich.

Według Jarmułowicza – Dalmata i porucznik Grzegorz Poręcki.

Drugim bijącym, prócz Kościuka, był zomowiec Krzysztof Dalmata. Te informacje można bez trudu znaleźć w aktach sprawy z 1984 roku. Zagadką pozostaje jedynie, kto był tym trzecim.To mógł wiedzieć kapitan Jerzy Kulczycki, który w 1983 roku zbuntował się przeciwko manipulacjom w śledztwie i został wyrzucony z milicji. W 1990 roku był jedynym funkcjonariuszem, który współpracował ze śledczymi. Opowiedział o wstępnej wizji lokalnej przy Jezuickiej, gdzie szlifowano wersję dla prokuratury.

Być może wtedy pojawił się jakiś szczegół identyfikujący tego trzeciego?

 

Kulczycki ma siedemdziesiąt sześć lat, mieszka na jedenastym piętrze wieżowca na warszawskim Mokotowie, ale o sprawie

Przemyka nie chce rozmawiać.

– Nie interesuje mnie to – spławia mnie bez finezji.

Mecenas Maciej Bednarkiewicz tłumaczy mi natomiast, że próba rozwikłania zagadki, który z zomowców bił, była w roku 1984 ślepą uliczką.

– Sytuacja była dynamiczna, rozgrywała się bardzo szybko, ukaranie winnych byłoby bardzo trudne – tłumaczy.

Winnych pobicia próbowali na gorąco ustalić koledzy Grześka, obserwując uważnie przebieg pierwszej rozprawy. Stawiali na Dalmatę. Zauważyli, że ma łapy wielkie jak bochny chleba i nerwowo ugniata je, zanim stanie przy barierce dla świadków.

Podczas przesłuchania też zachowuje się dziwnie. Trzęsą mu się ręce, drży głos, mówi, że niewiele pamięta. Trzeba mu odczytywać kwestie ze śledztwa.

Zapamiętuje go także sędzia Andrzej Lewandowski, zasiadający w 1984 roku w składzie orzekającym.

– Widać było, że ma coś na sumieniu – mówi.

Dlaczego więc w latach dziewięćdziesiątych, gdy wznawiano postępowanie, żaden prokuratur nie zainteresował się udziałem. Dalmaty w pobiciu? Prowadzący ówczesne śledztwo prokurator Błażej Sobierajski zmarł w 2013 roku. Jego wielkim sukcesem było doprowadzenie sprawy do końca mimo zmowy milczenia i wniesienie aktu oskarżenia do sądu. Czytając akt oskarżenia, widać jego mozolną pracę przy próbie odtworzenia wypadków z Jezuickiej. Rzuca się w oczy również niechęć zomowców do jakiejkolwiek współpracy. Sobierajski skupia się na udowodnieniu winy Kościukowi i Denkiewiczowi, co jest niezmiernie trudne, bo zomowcy wciąż milczą. Proces więc będzie poszlakowy. To znaczy trzeba będzie przedstawić wątłe dowody tak, by stanowiły ciąg logicznych zdarzeń następujących po sobie. Sąd natomiast oceni ich wiarygodność. Być może mieszanie do sprawy Dalmaty, próba stawiania mu zarzutów jeszcze bardziej utrudniłyby zabieg?

Sąd na zeznania milicjantów z Jezuickiej, które są podstawą do znalezienia winnych, patrzy z dużym dystansem. Kolejne składy orzekające uważają, że ich zeznania są niewiarygodne. Dlaczego? Bo ich celem była realizacja planu operacyjnego, zakładającego tylko gmatwanie sprawy i wybielenie zomowców. Nie wiadomo, gdzie prawda, gdzie fałsz. Na tej podstawie nie można nawet przyjąć, że Ireneusz Kościuk brał czynny udział w biciu Grzegorza Przemyka, więc w kolejnych apelacjach jest uniewinniany.

 

Wyłomu w tym sposobie myślenia dokonuje dopiero w 2008 roku sędzia Monika Niezabitowska-Nowakowska, przewodnicząca składu orzekającego w warszawskim sądzie okręgowym,w którym od 2004 roku toczyła się rozprawa odwoławcza. Sędzia Niezabitowska-Nowakowska ponownie analizuje wszystkie zeznania świadków z Jezuickiej i dochodzi do wniosku, że z zebranego materiału dowodowego bezspornie wynika wina Ireneusza Kościuka. To on był tym, który zadał śmiertelne ciosy Grzegorzowi Przemykowi – uważa sąd i skazuje go za udział w bójce ze skutkiem śmiertelnym (artykuł 158 paragraf 3 kodeksu karnego) na osiem lat więzienia. Na mocy amnestii karę zmniejsza o połowę.

 

Do więzienia Kościuk nie trafi, bo jego adwokat złoży apelację, w której podniósł, że sprawa się przedawniła, a Sąd Najwyższy

przyznał mu rację.

Sędzia Monika Niezabitowska-Nowakowska wskazała wtedy również imiennie drugiego z napastników, który pomagał w biciu, trzymając Przemyka za ręce od tyłu. Gdy chłopiec zemdlał, posadził go, zwijającego się z bólu, na krześle przy stoliku. Tym drugim był właśnie szeregowy Krzysztof Dalmata z Hrubieszowa.

Sędzia Niezabitowska-Nowakowska była bliska znalezienia ostatniego z puzzli. W pisemnym uzasadnieniu wyroku napisała, że Kościukowi i Dalmacie towarzyszył w biciu jeszcze jeden funkcjonariusz, ale nie udało się go sądowi zidentyfikować.

Akta prowadzonego przez IPN śledztwa dotyczącego śmierci Grzegorza Przemyka liczą osiemdziesiąt trzy tomy i 16 275 kartek. Są tam wszystkie protokoły przesłuchań najważniejszych świadków z trzydziestu lat, zdjęcia, tajne dokumenty z lat osiemdziesiątych, notatki Kiszczaka, teksty pisane dla SB przez Urbana, filmy, analizy. Przeczytałem wszystko, szukając jakiegoś śladu, sugestii, wskazówki naprowadzającej na tego trzeciego.

 

Znalazłem poszlakę, cieniutką jak pajęcza nitka. To w zasadzie jedno zdanie, ale wypowiedziane przez człowieka, który tym gigantycznym, wielowątkowym kłamstwem zarządzał – geneała Czesława Kiszczaka.

14 lipca 1983 roku w Komitecie Centralnym PZPR sekretarz KC Mirosław Milewski zwołał naradę poświęconą sprawie Przemyka. Gospodarz zaprosił do siebie na spotkanie z ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem prokuratorów i milicjantów pracujących nad sprawą Grzegorza. Kiszczak apeluje o rozprawienie się z przeciwnikami politycznymi, którzy obwiniają milicję za śmierć maturzysty. Tłumaczy, że resort jest niewinny. (Jego słowa zostają zaprotokołowane).

„Bielec i Kościuch – mówi generał, przekręcając nazwisko drugiego zomowca – są po prostu żołnierzami z poboru. Gdybyśmy chcieli się rozprawić z Przemykiem, wzięlibyśmy fachmanów”.

Już samo to, że minister spraw wewnętrznych, stojący na czele potężnego resortu, zna nazwiska dwóch szeregowców, musi budzić zdziwienie. Jeśli chodzi o Kościuka, można to jeszcze zrozumieć, bo jest on od samego początku śledztwa podejrzewany o pobicie maturzysty. Jego nazwisko mogło zatem pojawiać się w resortowych dyskusjach. Ale Bielec? Skąd minister mógł znać dwudziestotrzylatka pochodzącego z Podkarpacia? Dlaczego zapamiętał jego nazwisko? Czy Bielec pomagał Kościukowi bić Przemyka? Z kontekstu wypowiedzi Kiszczaka tak mogłoby wynikać.

 

Do Dynowa, niewielkiego miasteczka położonego w połowie drogi między Łańcutem a Ustrzykami Dolnymi, jedzie się wąskimi, krętymi drogami, prowadzącymi przez górzysty teren. Tę samą drogę, tuż przed rozpoczynającym się w 1984 roku procesem o śmiertelne pobicie Przemyka, pokonali dwaj oficerowie Komendy Głównej MO, by przeprowadzić z Bogusławem Bielcem rozmowę i poinstruować go, jak powinien zachować się podczas rozprawy. Rozmowa musiała być bardzo istotna, skoro ważni stołeczni funkcjonariusze spędzają kilkanaście godzin w samochodzie, by dotrzeć do dwudziestoczteroletniego byłego zomowca.

 

Bielec jest wykwalifikowanym spawaczem po zawodówce. Trafił z poboru do jednostki wojskowej w Sanoku, ale był tam tylko kilkanaście tygodni. Miał pecha, bo odesłano ich do Warszawy, wyposażono w plastikowe tarcze i białe pały – tłumacząc, że to też jest wojsko, tylko trochę inne. Zamiast marnować czas na poligonach, będą patrolować ulice i bronić stolicy przed chuliganami próbującymi systematycznie wywoływać zamieszki na Starówce. Co tam jeszcze robił? Nigdy o tym w domu nie opowiadał.

 

W 1984 roku zakończył służbę i wrócił do Dynowa, choć go dowódca kompanii ZOMO próbował zatrzymać, namawiając, by został w stolicy na stałe.

 

Tak jak trzydzieści lat temu mieszka z matką na końcu ulicy w małym brązowym domku, z umocowaną na ścianie anteną satelitarną. Przed wejściem w głębokim fotelu siedzi stara kobieta zapatrzona w kwitnące przed domem kwiaty. Bielec jest w pracy, w miejscowej Spółdzielni Inwalidów im. Jana Kilińskiego, gdzie na pół etatu pracuje jako krojczy.

– On bardzo przeżywał tragedię tego zabitego chłopca – mówi matka. – Boguś był dwa, trzy lata starszy od niego i cały jego pech polegał na tym, że miał tego dnia służbę na placu Zamkowym.

Mówił, że ten wypadek zdarzył się na korytarzu komisariatu.

Czy o czymś jeszcze wspominał?

– Nie chciał o tym rozmawiać, a ja nie wypytywałam – mówi stara kobieta. – Nie pytałam, bo czułam, że mu rozmowa o tej tragedii sprawia przykrość, że to go gryzie i jak się pojawia temat, to od nowa go przeżywa.

Po namyśle dodaje:

– Ale wiem na pewno, że on w tym palców nie maczał.

– Skąd ta pewność?

– Bo gdyby maczał, to byłby winny, zamknęliby go i dostałby jakąś karę.

 

 

Kiszczak i inni

 

Podejrzany podał następujące dane o sobie:

Wzrost: 171 cm.

Oczy: niebieskie.

Inne cechy rysopisu: nie posiada widocznych cech szczególnych.

Imiona rodziców i nazwisko rodowe matki: Jan i Rozalia z domu Orkisz.

Data i miejsce urodzenia: 19 października 1925.

Obywatelstwo: polskie.

Wykształcenie: wyższe (Akademia Sztabu Generalnego w Warszawie).

Zawód wyuczony: generał broni (obecnie w stanie spoczynku).

Zajmowane stanowisko: –

Miejsce poprzedniej pracy: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Karalność: niekarany (według oświadczenia).

– Ogłoszony mi w dniu dzisiejszym zarzut w sensie gramatycznym nie bardzo zrozumiałem – skarży się prokuratorowi Marcinowi Gołębiewiczowi, ale zaraz dodaje, że do niczego i tak się nie przyznaje. Nie będzie też składał wyjaśnień ani odpowiadał na pytania. – Bardzo źle się dziś czuję – dodaje i prosi o przesłanie prokuratorskich zarzutów listem.

 

Generał Czesław Kiszczak może w nim przeczytać, że jest oskarżony o przekroczenie uprawnień, utrudnianie śledztwa, inicjowanie prześladowań rodziny F., akceptowanie znęcania się nad Michałem Wysockim i Jackiem Szyzdkiem oraz o działanie na szkodę wymiaru sprawiedliwości. Byłemu szefowi MSW grożą za te przestępstwa trzy lata więzienia, ale dla osiemdziesięcioczteroletniego generała nie jest to informacja podnosząca ciśnienie, bo proces Przemyka jest jednym z wielu, w których grozi mu więzienie. I wcale nie najważniejszym.

 

Najważniejszy dla niego jest katowicki proces, w którym jest oskarżony o przyczynienie się do zastrzelenia dziewięciu górników z kopalni Wujek w grudniu 1981 roku. Prokuratura zarzuca mu, że wydał milicjantom rozkaz użycia ostrej amunicji wobec cywilów okupujących Wujka. Sprawa toczy się bez mała dwadzieścia lat, a kolejne instancje sądowe skazują lub uniewinniają generała i odsyłają sprawę do ponownego rozpatrzenia. Ostatecznie proces kończy się w 2011 roku, po trzydziestu latach od zabicia górników. Kiszczak zostaje uniewinniony z braku dowodów.

 

Od początku lat dziewięćdziesiątych trwają też próby rozliczenia ekipy wprowadzającej stan wojenny w Polsce w grudniu 1981 roku. Byłego szefa MSW, obok premiera Wojciecha Jaruzelskiegoi przewodniczącego Rady Państwa PRL Henryka Jabłońskiego, posłowie próbują postawić za to przed Trybunałem Stanu. Skórę ratuje mu zmiana władzy w 1993 roku i rozpięty nad autorami stanu wojennego parasol ochronny przez Sojusz Lewicy Demokratycznej.

 

Tę sprawę po latach podejmie pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej, oskarżając członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego o działanie przestępcze w związku o charakterze zbrojnym. I za to Czesław Kiszczak zostanie w 2012 roku skazany na dwa lata więzienia. (Sąd odstąpi od wyegzekwowania kary ze względu na wiek generała).

Oskarżenie Kiszczaka o tuszowanie zabójstwa Grzegorza Przemyka ma charakter symboliczny i możliwe jest tylko dzięki temu, że nowa ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej z roku 1998 uznaje to, co się działo wokół sprawy Przemyka, za nieprzedawnioną zbrodnię komunistyczną. Na tej podstawie działająca przy IPN Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przejęła z prokuratury okręgowej wątki związane z przekroczeniem uprawnień, utrudnianiem śledztwa, nakłanianiem świadków do składania fałszywych zeznań, fałszowaniem dowodów. Od tego momentu nietykalni dotąd esbecy, milicjanci, urzędnicy MSW jeden po drugim trafiają przed oblicze prokuratora w charakterze podejrzanych. Zwykle nic nie pamiętają, a jeśli już, to tylko to, że nigdy nie złamali prawa. Najwyższym rangą wśród podejrzanych jest były minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak. (Komendant główny MO Jerzy Gruba, który osobiście sterował całą akcją, zmarł w 1991 roku). Oprócz Kiszczaka prokurator Gołębiewicz przedstawił zarzuty popełnienia przestępstwa dwudziestu jeden funkcjonariuszom. Są bardzo podobne do siebie: przekroczenie uprawnień, utrudnianie śledztwa, groźby pod adresem świadków. Najwyższy możliwy wyrok, który im za to groził, to trzy lata więzienia. Nikomu jednak włos z głowy nie spadł. Prokurator nie zdążył nawet sporządzić aktu oskarżenia, bo w 2010 roku Sąd Najwyższy ogłosił, że zbrodnie komunistyczne zagrożone wyrokiem do pięciu lat więzienia są już przedawnione.

Ostatecznie sprawa „Kiszczaka i innych” zostaje umorzona postanowieniem z 25 października 2012 roku. Na osiemdziesięciu ośmiu stronach uzasadnienia prokurator Marcin Gołębiewicz szczegółowo opisał cały proces zamiatania sprawy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka pod dywan. Lektura ta robi ogromne wrażenie, gdy czytelnik sobie uzmysławia, jak wielkich sił i środków użyto, by zafałszować śledztwo w tej w gruncie rzeczy drobnej sprawie.

 

Po upadku komunizmu Czesław Kiszczak unikał pytań o śmierć maturzysty. Raz zrobił to na początku lat dziewięćdziesiątych w książkowym wywiadzie pełnym przekłamań, półprawd, niedopowiedzeń, powtarzając te same kłamstwa, które kilka lat wcześniej jego resort publikował w mediach przez usłużnych dziennikarzy.

 

Jerzy Skoczylas i Witold Bereś pytają go o sprawę Przemyka:

– Zamknął pan sanitariuszy, a milicjantów nie.

Kiszczak:

– Nie ja ich zamykałem, lecz prokuratura, która uznała, że są ku temu pełne podstawy […].

Skoczylas i Bereś:

– Milicjanci nawet nie zostali zawieszeni w obowiązkach służbowych.

Kiszczak:

– Gdybyśmy chcieli zamykać wszystkich milicjantów w Polsce oskarżanych o pobicie, to sparaliżowalibyśmy całą milicję. […] Każdy pijak, wobec którego używa się siły, twierdzi, że został pobity przez milicję.

Skoczylas i Bereś:

– Na fali podejrzeń wobec służby zdrowia posadziliście niewinną lekarkę na rok.

Kiszczak:

– Wielu się z tym nie zgadza, że niewinnie. Sąd przyjął wykładnię, że jest niewinna, nie mam podstaw do kwestionowania wyroku. Prywatnie mogę panu powiedzieć, że wniósł przeciwko niej skargę człowiek, który – według jego zeznania – został przez nią obrabowany.

Skoczylas i Bereś:

– Był pijany w siwy dym.

Kiszczak:

– […] Wszyscy świadkowie przeciwko milicjantom też są mało wiarygodni. Główny świadek oskarżenia, kochanek matki, rówieśnik i przyjaciel ofiary, przez siedem dni się ukrywał. Czekano na sekcję zwłok, by ustalić, w wyniku jakich obrażeń Przemyk zmarł, i dopiero do tych obrażeń świadek dopasował swoje zeznania.

Skoczylas i Bereś:

– A dlaczego powołano specjalną grupę operacyjną MSW?

Kiszczak:

– Tak się zawsze robiło i robi aktualnie we wszystkich trudnych śledztwach, kiedy są trudności z wyjaśnieniem sprawy konwencjonalnymi metodami. Skierowaliśmy akt oskarżenia przeciwko dwóm milicjantom, dwóm sanitariuszom i dwóm lekarzom. Rzeczą sądu było wyłuskać sprawców.

Skoczylas i Bereś:

– Ale sąd nie był zupełnie niezawisły i pan też naciskał na ten sąd.

Kiszczak:

– Na sąd nie naciskałem.

Skoczylas i Bereś:

– Na prokuraturę?

Kiszczak:

– Naciskałem na prokuraturę, żeby operatywnie i obiektywnie wyjaśniła wszystkie wersje, a nie tylko trop milicyjny. To był mój obowiązek.

Skoczylas i Bereś:

– Naciskał pan też na oskarżonych milicjantów. Szkolono ich, jak mają zeznawać.

Kiszczak:

– Jeżeli oficerowie grupy operacyjnej w jakimś stopniu pomagali oskarżonym milicjantom przygotować się do rozprawy sądowej, to nie miało to żadnego wpływu na sprawę. Milicjanci od samego początku do winy się nie przyznawali. Pomagano im tylko z uwagi na ich brak wiedzy prawniczej i nieobycie z salą rozpraw w roli oskarżonych, jak należy zwracać się do sądu, jak zachowywać w czasie rozprawy, jak tytułować prokuratora, obrońców, co wolno, a czego nie wolno oskarżonemu1.

 

1 W. Bereś, J. Skoczylas, Generał Kiszczak mówi… prawie wszystko, Warszawa: Polska Oficyna Wydawnicza BGW, 1991.

 

 

CEZARY ŁAZAREWICZ: ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW. SPRAWA GRZEGORZA PRZEMYKA, Wydawnictwo Czarne, 2016

Tagi: grzegorz przemek, czesław kiszczak, cezary łazarewicz, wydawnictwo czarne

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone