24 Stycznia 2016

Prawo i Bezprawie
DSC1301.jpg
autor: Sylwester Latkowski

BSW, czyli jak z porządnego policjanta zrobić bandytę

  • Komenda-Glowna-Policji-w-Warszawie..jpg Komenda Główna Policji w Warszawie.

– Biuro Spraw Wewnętrznych powinno być zaorane. W jego miejsce należy stworzyć nową służbę – mówi wielu policjantów. Dlaczego? Bo zaczęło służyć rozgrywkom wewnątrzpolicyjnym. Jeśli zagrażałeś szefowi, to najprostszym sposobem było pozbycie się rywala rękoma BSW. Wystarczyło pomówienie przestępcy, plotka, anonim.

 

 

O BSW, czyli policji w policji, zajmującym się ściganiem nieuczciwych funkcjonariuszy, zrobiło się głośno za sprawą podejrzenia inwigilowania dziennikarzy zajmujących się aferą podsłuchową. Paweł Kukiz, lider Kukiz’15, także publicznie podnosi problem tej specjalnej policyjnej jednostki. Nie przebiera w słowach: – W jednym z powiatów najwyżsi funkcjonariusze policji osłaniali handlarzy narkotyków i pornografii dziecięcej. Papiery już są przekazane do Komendy Głównej Policji – ujawnił Kukiz w Radiu ZET. Z kolei w TVN24 powiedział: – BSW w policji to temat, który prawdopodobnie niedługo wybuchnie jak bomba. (…) To było bardzo specyficzne biuro. Komendant główny, Działoszyński, jedynka PSL… Proszę zauważyć dziwny zbieg okoliczności, on wprowadził Schosslera, który był kojarzony z aferą Burego, do komendy stołecznej. (…) Sugeruję, że to koniecznie powinno być zbadane przez odpowiednie służby. Według informacji nieoficjalnych, które posiadam, istnieje domniemanie, że Biuro Spraw Wewnętrznych w policji było grupą bardzo silnie wspierającą się personalnie. Będę wnioskował na komisji służb, by zająć się sprawą BSW.

 

Zakon w policji

 

Do niedawna BSW policjanci nazywali „zakonem”. To ludzie trzymający się razem, spięci ze sobą tak mocno jak mało która grupa w policji. Niektórzy dodają, że obecne BSW to „zakon Działoszyńskiego” (Marka), byłego komendanta głównego policji. Przypomnijmy, że był on w przeszłości dyrektorem BSW. Co ciekawe, został nim za czasów PiS, kiedy komendantem był Marek Bieńkowski. – Kiedy został komendantem głównym, całkowicie sobie podporządkował BSW – ma podejrzliwą naturę, uważa, że każdy jest podejrzany, i to było jego oczko w głowie – mówi oficer z Komendy Głównej.

 

Inny dodaje: – Kukiz ma rację. Uwalili wiele policyjnych karier. Ludzie z BSW siedzą z emeryturami po kilkanaście tysięcy złotych, a ich ofiary są bez roboty. Zostali opluci i nawet ręki nikt im nie podał – słyszę od innego oficera z Komendy Głównej. Według niego kilku dobrych komendantów poległo z pozamerytorycznych przyczyn.

 

Od anonimu po słuchaweczki

 

Mechanizm unieszkodliwiania niewygodnych policjantów jest prosty. Opowiada o nim jeden z byłych szefów CBŚ: – Przychodzi anonim. Robi się okładeczki (zakłada sprawę). Kieruję się do Trójeczki (BSW), czyli do zakonu. Zakon robi bilingowanie (pobranie od operatora wykazu połączeń telefonicznych i SMS-ów). Ustalenie, kto do kogo dzwonił. Potem rzuca się figuranta na Bęben (System Informacyjny Policji). Następnie biuro kryminalne robi analizę. Powstają meldunki – oczywiście w nich najczęściej korupcja w tle. Słuchaweczki (założenie podsłuchu) i jedziemy z koksem. Potem się przychodziło do ministra i mówiło, że druty (podsłuch), że jest podejrzenie. Co taki minister, jeśli nie miał zielonego pojęcia, mógł powiedzieć? Walić w łeb, aby najszybciej, aby nie było afery. Wzywało się potem komendanta na rozmowę. Nie miał wyboru i pisał raport o dobrowolnym odejściu.

 

– Nie mitologizujmy roli byłego komendanta głównego policji. Za poprzedników także BSW posługiwało się takimi samymi metodami – słyszę od innego oficera policji.

 

Oskarżony Mirosław G.

 

O ofiarach BSW rzadko się mówi. Nikt nie ogłasza komunikatów po oczyszczeniu z zarzutów. W pamięci ludzi i kolegów policjantów pozostają tylko dyskredytujące komunikaty prasowe. O Mirosławie G. było dwa razy głośno: gdy rzecznik policji informował, iż to groźny przestępca, oraz w czasie działania sejmowej komisji śledczej do sprawy porwania Krzysztofa Olewnika.

 

Mirosław G. był funkcjonariuszem Centralnego Biura Śledczego, wchodził w skład zespołu CBŚ badającego sprawę porwania Krzysztofa Olewnika. To jego miał na myśli Ryszard Kalisz, gdy broniąc się przed zarzutami ze strony rodziny Olewników, że ich zlekceważył, kiedy prosili go o pomoc, oświadczył, że w grupie policyjnej pracującej nad sprawą porwania był kret. Nagle oskarżono go o korupcję i aresztowano. Za kratami spędził siedemdziesiąt dziewięć dni. Wezwany przed sejmową komisję śledczą do sprawy porwania Krzysztofa Olewnika, wygłosił dramatyczne oświadczenie:

 

Nie miałem na kaucję

 

„Dwudziestego drugiego marca 2006 roku zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji w miejscu pracy. Następnego dnia zostałem przesłuchany przez panią prokurator Monikę Mazur z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Postawiono mi dziewiętnaście zarzutów udzielania informacji z policyjnych baz danych osobom, z którymi współpracowałem od wielu lat. Żadna z tych osób nie jest przestępcą, tak jak to przedstawiono w mediach. Jeden z tych zarzutów miał charakter korupcyjny. Przyznałem się do dokonywania tych ustaleń i złożyłem wyjaśnienia. Nie przyznałem się do całkowicie fikcyjnego zarzutu korupcyjnego. W rozmowie ze mną pani prokurator pytała, czy jestem w stanie zebrać dziesięć tysięcy złotych na kaucję. Powiedziałem, że tak. Niestety, okazało się, że czyjeś potrzeby są nadrzędne i następnego dnia zostałem tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. (…)

 

Już w dniu zatrzymania rozpętała się wielka akcja medialna. Rzecznicy zarówno Komendy Głównej, jak i Komendy Stołecznej Policji mówili o sprzedawaniu informacji z toczących się postępowań, ostrzeganiu przestępców, przez co wielokrotnie nie udawały się akcje policyjne. Cóż gorszego mogło mnie spotkać jako policjanta?

 

Przecież od zastosowania techniki operacyjnej w stosunku do mojej osoby minęło już prawie półtora roku. Wiedziano, z kim współpracuję i dlaczego to robię. Pomimo zastosowania niespotykanego nakładu sił i środków, jakoś do tej pory nikt nie zarzucił mi sprzedawania informacji z toczących się postępowań lub przyjmowania korzyści za dokonywanie sprawdzeń. (…)

 

Fikcyjny materiał dowodowy

 

Nie mogę wykluczyć, iż u podstaw podjętych przez CBŚ i BSW KGP czynności leżą przestępstwa polegające na stworzeniu fikcyjnego materiału dowodowego, zezwalającego na skierowanie do sądu wniosków o zastosowanie podsłuchu telefonicznego i kontroli internetu z artykułu 228 kodeksu karnego, który mówi: »Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat ośmiu«. W przypadku tworzenia fikcyjnego materiału dowodowego mielibyśmy do czynienia z przestępstwem określonym w artykule 235 kodeksu karnego, cytuję: »Kto, przez tworzenie fałszywych dowodów lub inne podstępne zabiegi, kieruje przeciwko określonej osobie ściganie o przestępstwo, w tym i przestępstwo skarbowe, wykroczenie, wykroczenie skarbowe lub przewinienie dyscyplinarne, albo w toku postępowania zabiegi takie przedsiębierze, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech«.

 

Trzeba stworzyć sprawę

 

Twierdzę tak, wysoka komisjo, dlatego: ażeby zastosować te czynności operacyjne, które były stosowane w stosunku do mnie, trzeba stworzyć sprawę, te wszystkie czynności prawne zakotwiczyć, umocować w sprawie, trzeba napisać notatki, trzeba wskazać, że zachodzi uzasadnione wysokie podejrzenie popełnienia bądź chęci popełnienia przestępstwa przez taką osobę, trzeba wskazać, że inne metody pracy bądź się nie sprawdziły, bądź nie rokują nadziei na sprawdzenie się. Stąd moja teza, iż żeby stosować te środki, wysoka komisjo, trzeba było stworzyć taką sprawę i trzeba było ją udokumentować. Mało tego, żaden z prokuratorów nie zastanowił się przez chwilę ani nie zapytał, czy uzyskane materiały mają walor dowodu, czy zostały zdobyte i utrwalone zgodnie z obowiązującym porządkiem prawnym, a to jest podstawowy obowiązek prokuratora wynikający z ustawy o prokuraturze i przepisów kodeksu postępowania karnego.

 

Gdzie moje konstytucyjne prawo do obrony?

 

Co jest kuriozalne w tej sprawie? Od momentu mojego zatrzymania media były doskonale poinformowane, czego sprawa dotyczy, jakie mam zarzuty i kiedy został skierowany akt oskarżenia, a mnie prokurator odmówił zapoznania się z materiałem dowodowym. (…)

 

Jak to jest możliwe, wysoka komisjo, że media i rzecznicy policji prezentowali całej Polsce informacje ze śledztwa, a ja do dnia dzisiejszego nie znam całości akt sprawy? Gdzie są moje gwarancje procesowe, gdzie moje konstytucyjne prawo do obrony? Nie mam możliwości obrony, nie znając tak zwanych dowodów zebranych przeciwko mnie. Jeżeli sprawa zbudowana jest na mocnych fundamentach, to, czy podejrzany zapozna się z dowodami wcześniej, nie ma i nie powinno mieć żadnego znaczenia dla sprawy. Ja wiem, co jest do ukrycia w aktach tej sprawy, dlaczego mają charakter niejawny.

 

Właśnie mija pięć lat od momentu wytworzenia dokumentów, które pozwoliły na zastosowanie wobec mnie środków techniki operacyjnej. Nie znając materiałów, nie mogę złożyć zawiadomienia o popełnieniu przestępstw, które się niedługo przedawnią.

 

Wysoka komisjo, ja nie przestałem być człowiekiem, ja nie przestałem być obywatelem Polski, a to, co przeszedłem, jest w sposób wręcz niebywały, niemożliwy nawet, do przekazania. Proszę mi wierzyć, były takie momenty zwątpienia, momenty trudne, ale zawsze miałem przy sobie rodzinę, przyjaciół, znajomych, którzy mnie wspierali. Również część mediów starała się pokazywać prawdę w tym zakresie.

 

W tym momencie i przy tej okazji za to dziękuję.

 

Wysoka komisjo, idąc w dniu dzisiejszym na przesłuchanie, oczywiście zapoznawałem się z ustawą o komisji śledczej. Są tam sformułowania, które odnoszą się również we wstępie do innych aktów prawnych, w tym do konstytucji. To państwo jesteście wybrańcami narodu, to państwo sprawujecie funkcję kontrolną, to państwo w ramach tej funkcji kontrolnej czynicie to w imieniu narodu. Ja jestem tylko pionkiem, który wpadł w tryby sprawy Krzysztofa Olewnika, i moja sprawa stanowi jej drobny odprysk. Ale myślę, że mam prawo do domagania się sprawiedliwości i przywrócenia mi dobrego imienia.

 

Szanowni panowie posłowie, proszę, żebyście nie byli wobec tych słów obojętni, bo jeżeli będziecie obojętni, to kiedyś niewykluczone, że wy lub osoby wam bliskie znajdziecie się w identycznej bezprawnej sytuacji, w której niszczy się człowieka”.

 

Takich historii w policji jest więcej.

Tagi: biuro spraw wewnętrznych, policja, marek działoszyński, CBŚ, sylwester latkowski

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone