06 Lipca 2015

Prawo i Bezprawie
DSC1116.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska

Afera podsłuchowa. Po co nagrywali kelnerzy?

  • DSC0047.JPG

Chciwość nagrywających i nieodpowiedzialność nagrywanych, którzy z VIP-owskich sal w dwóch warszawskich restauracjach zrobili swoje gabinety. Historia afery taśmowej, wbrew temu, co mówią dziś politycy, wydaje się być boleśnie prosta. Przynajmniej tak to wynika z obszernych zeznań złożonych przez dwóch kelnerów w prokuraturze. Zarówno Łukasz N., jak i jego kolega Konrad L. przyznali się do nagrania dziesiątek rozmów w restauracjach „Sowa i Przyjaciele” oraz „Amber Room”. Co nimi kierowało?

 

Rok 2010. Znana restauracja „Lemon Grass”, niedaleko Sejmu. 29-letni Łukasz N. obsługuje gości. Jednym z nich jest Marek Falenta (biznesmen podejrzewany o udział w nielegalnym podsłuchiwaniu). Kelner jest bardzo skuteczny. Potrafi namówić klientów na drogie trunki i posiłki. „Zaimponowałem im tym, że nakręciłem rachunek na 15 tysięcy złotych” – czytamy w aktach prokuratorskich.

Zaradność Łukasza N. imponuje tak bardzo, że dostaje propozycję pracy w firmie biznesmena. Wytrzymuje tylko pół roku. Po tym czasie wraca do „Lemon Grass”. Tam szybko awansuje. W knajpie bywają Sławomir Nowak, Jacek Krawiec, Piotr Wawrzynowicz i wielu polityków z Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kelner zbiera wizytówki VIP-ów, wysyła im SMS-y z życzeniami świątecznymi czy urodzinowymi. Szybko skraca dystans. Z wieloma VIP-owskimi gośćmi przechodzi na „ty”. Zarabia około 10–13 tysięcy miesięcznie.

Pod koniec 2011 roku pojawia się problem. Właściciel „Lemon Grass” rezygnuje z prowadzenia interesu. Łukasz N. szuka pracy. Trafia do restauracji „Ole”, gdzie poznaje Konrada L. Szybko zaprzyjaźnia się z młodszym o 6 lat somelierem. Konrad L. niedawno skończył studia z kulturoznawstwa porównawczego cywilizacji i szczyci się zawodem historyka kulturoznawstwa. Ich wspólna praca trwa tylko kilka miesięcy. Łukasz N. przenosi się do „Sowy i Przyjaciół”. Zabiera ze sobą notes pełen numerów telefonów do VIP-ów. Wysyła SMS-y z zaproszeniami do nowego miejsca pracy. Po wybuchu afery taśmowej mówi w prokuraturze, że jednym z zaproszonych przez niego do „Sowy” był Marek Falenta.

 

Pierwotny cel: ludzie biznesu

 

Według Łukasza N. to właśnie biznesmen zaplanował akcję nielegalnego podsłuchiwania. Na początku kelner miał przekazywać jedynie informacje o spotkaniach biznesowych. Za pieniądze. Chwilę później miał się jednak zrodzić pomysł nagrywania gości. Nie tylko biznesmenów, ale i polityków. W tym miejscu zeznania Łukasza N. są nieco niejednoznaczne. Najpierw stwierdza, że to on powiedział biznesmenowi o tym, że w „Sowie” częściej bywają politycy niż biznesmeni. Potem tłumaczy, że to jego protektor zauważył taką okoliczność i stwierdził, że należy rozszerzyć działalność.

Jest lato 2013 roku. W tym czasie do Łukasza N. odzywa się Konrad L. Szuka pracy. Przy pomocy kolegi udaje mu się znaleźć zajęcie w „Amber Room”. W restauracji mieszczącej się w Pałacyku Sobańskich goszczą najbogatsi Polacy i najważniejsi politycy. Łukasz N. nie od razu wtajemnicza kolegę w plan nagrywania. Sam zresztą ma dylematy. Propozycję ma  rozważać dwa tygodnie. W końcu godzi się. „Powodem mojej decyzji o nagrywaniu było to, że F. powiedział, że może zarobić na tym nawet miliard i uczynić mnie bogatym człowiekiem” – zeznaje. Niedługo po tej decyzji postanawia wtajemniczyć w projekt Konrada L. Ten zgadza się szybko. „Założenie było takie: nagrywamy rozmowę, przy której np. pada konkretna informacja o sprzedaży lub skupie akcji jakiejś spółki, na której Falenta może zarobić. My mu przekazujemy tę informację w formie nagrania, on wykorzystuje tę wiedzę, zarabia i jakiś procent nam od tego oddaje” – to fragment zeznań Konrada L.

Obaj kelnerzy doskonale orientują się, kogo goszczą. W prokuraturze szastają nazwiskami prezesów spółek, firm, banków i funduszy. Znają nawet ich doradców i asystentów. Jednym tchem wymieniają nazwiska nieznanych szerszej opinii publicznej wiceministrów zajmujących się gospodarką. I nagrywają. Służą do tego nieskomplikowane pendrive’y z wmontowanym dyktafonem. Umieszczają je przed samym spotkaniem w różnych miejscach. Każda taśma opatrzona jest krótkim opisem, czego dotyczyła rozmowa. Gości nie brakuje. Politycy, zwabieni kulinarnym luksusem na koszt podatników albo biznesmenów, niemal codziennie zapełniają VIP-owskie saloniki.

 

Następny – politycy

 

„Najpierw miał to być biznes. Na początku miały być tylko biznesowe nagrania. Jednak jak on (Marek Falenta) powiedział, że po nagraniach zauważył, że u mnie bardziej spotyka się polityka, a u Konrada biznes, to powiedział, że dla niego wszystkie informacje są przydatne” – to kolejny fragment z zeznań Łukasza N. w prokuraturze.

Wkrótce problemem zaczynają być pieniądze. Strumień gotówki wbrew oczekiwaniom nie płynie do kieszeni kelnerów.  Biznesmen nie chce również wypłacić Łukaszowi N. 200 tysięcy złotych, których ten potrzebuje na zakup mieszkania. Negocjacje kończą się ustaleniem stałej miesięcznej stawki. Od tej pory mają dostawać 10 tysięcy miesięcznie do podziału na pół. Tyle tylko że Łukasz N.  Konradowi przekazuje informacje o stawce 5 tysięcy do podziału. Tym sposobem kolega z „Amber Room” otrzymuje 2,5 tysiąca, podczas gdy Łukasz N. zachowuje 7,5 tysiąca z tej stawki. „Chciałbym podkreślić, że przez cały czas mojej współpracy z Falentą. on utwierdzał mnie w przekonaniu, że nagrywane przeze mnie i Konrada rozmowy nie zostaną wykorzystane inaczej jak informacja biznesowa. Nigdy nie było mowy o ich wykorzystaniu publicznym” – tłumaczył się Łukasz N. przed śledczymi. Tyle tylko że za chwilę sam opowiadał o tym, jak taśmy mogłyby zostać wykorzystane do zaszantażowania Jana Kulczyka czy przekazane służbom. „Na przełomie 2013 i 2014 roku Falenta powiedział, że jemu przyda się każda informacja. Nieważne czy biznesowa, obyczajowa, czy korupcyjna, bo informacjami może pohandlować ze służbami. Nie mówił, o jakie służby chodzi” – opowiada Łukasz N. podczas kolejnego przesłuchania.

 

Czego chciał Marek Falenta?

 

Łukasz N. bardzo chętnie opowiada w prokuraturze o sympatiach politycznych biznesmena, którego obarcza winą za zorganizowanie podsłuchów.  Twierdzi, że Falenta chwalił się znajomościami w Prawie i Sprawiedliwości.  „Że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim i że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to ja mogę dostać nawet jakąś tekę z tymi informacjami, które mam. Czyli mogę dostać jakieś stanowisko w rządzie PiS. Nie brałem tego pod uwagę” – opowiada śledczym Łukasz N.

Jednocześnie podczas kolejnego przesłuchania przedstawia sytuację jeszcze inaczej. „Mówił (Marek Falenta), że na rękę byłaby mu zmiana rządu, a zwłaszcza Sienkiewicza, ale nie potrafię rozwinąć tego wątku. Falenta tego nie kontynuował. Równolegle wspomniał często o tym, że chciał się przedostać do pana premiera, aby realizować zlecenia z tym rządem, który obecnie jest” – to kolejny fragment kelnerskich zeznań.

Łukasz N. nigdy nie dopytuje swego protektora o sensacyjne wątki. Nie jest ciekawy. Wszak chodzi o pieniądze. On i Konrad L. mają być bogatymi ludźmi. „Zdarzają się sytuacje, że kelnerzy zastanawiają się,  jak można by zarobić na takich informacjach. (…) Moje przypuszczenia są takie, że wielu kelnerów przyjęłoby taką propozycję” – oświadcza śledczym. Łukasz N., jak sam twierdzi, zarobił na taśmach 80 tysięcy złotych. Konrad L. 22 tysiące.

Tagi: afera podsłuchowa, łukasz n, kelnerzy, falenta, sowa i przyjaciele, lemon grass, zeznania

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone