21 Października 2015

Prawo i Bezprawie
SLiMM.jpg
autor: Sylwester Latkowski, Michał Majewski

Afera podsłuchowa. Kto dysponuje nagraniami?

  • sowaprzyjaciele-lukasz-kelner-afera-podsluchowa.jpg Kelner Łukasz N. w czasie wizji lokalnej w restauracji

Elegancka knajpa w centrum Warszawy. Upodobali ją sobie głównie politycy PO. Miejsce spotkania Latkowskiemu i Majewskiemu wyznaczył biznesmen związany z tą właśnie partią. Kelnerka sprawnie zasunęła kotarę VIP-roomu i zostawiła ich samych.

— Mam nadzieję, że nie nagrywacie? — upewnił się na początku szpakowaty mężczyzna.

— Tak jak wspomniałem przez telefon, rozmowa ma charakter nieoficjalny. Jeśli w przyszłości będziemy chcieli wykorzystać jakiś cytat, to skonsultujemy tę kwestię z panem. Nie nagrywamy i mamy nadzieję, że sami nie jesteśmy nagrywani — powiedział poważnym tonem Majewski.

— Mnie możecie być pewni. Może nadszedł taki czas, że zawsze trzeba rozmawiać, jakby się było nagrywanym — skonstatował biznesmen.

Przeszli do rzeczy. Dla Latkowskiego i Majewskiego to było ważne spotkanie z wielu powodów. Od dawna chcieli się spotkać z człowiekiem, który teraz siedział naprzeciw nich. Dlaczego? Znał doskonale knajpę Sowa & Przyjaciele, był jej częstym gościem, miał kontakty z kelnerem Łukaszem N., który włączał dyktafon w VIP-roomie, był już przesłuchiwany przez ABW. Było jeszcze kilka innych powodów. Choćby to, że wiedział o taśmach wcześniej, nim Latkowski i Majewski zdecydowali o publikacji. Dziennikarze chcieli wiedzieć, skąd miał taką wiedzę. Robili nawet małe wewnętrzne śledztwo w redakcji w tej właśnie sprawie. Podejrzewali bowiem, że ważne informacje, takie jak choćby te o taśmach, wyciekają z „Wprost”. W sytuacji, gdy byli na celowniku służb specjalnych i prokuratury, taka rzecz była dla nich nie do zaakceptowania.

— Skąd wiedziałem? — biznesmen zaczął sobie przypominać sytuację z czerwca — To dość proste. Przecież Nisztor najpierw z tą historią poszedł do „Pulsu Biznesu”.

— No tak i oni mu powiedzieli, że nie są tym zainteresowani.

Potem wydali komunikat, że nie publikowali, bo tam nie było rzeczy istotnych z punktu widzenia opinii publicznej — kpił Latkowski, a na końcu jeszcze się roześmiał.

Biznesmena też to rozbawiło:

— Wobec tego, co było na taśmie Belki i Sienkiewicza, to argument dość zabawny. Wracając do pytania. Oni w tym „Pulsie Biznesu” wypchnęli Nisztora za drzwi z taśmami, odrzucili temat, ale z wiadomości zaczęli robić użytek. — Biznesmen sięgnął po telefon, szukając wiadomości z czerwca: — Zobaczcie, to jest moja SMS-owa dyskusja z menedżerem z Orlenu. Wasz pierwszy tekst ukazuje się w poniedziałek. On do mnie pisze kilka dni wcześniej, w czwartek. Informuje mnie, że będą taśmy, które uderzą w polityków.

— Menedżer z Orlenu? Sorry, ale skąd miałby to wiedzieć? — przerwał ten wywód Majewski.

— Z „Pulsu Biznesu”. Proszę. Sam to napisał — powiedział rozmówca i pokazał wiadomość z 12 czerwca. Istotnie, nadawca SMS-a sam precyzował, że miał tę wiadomość z biznesowego dziennika. Biznesmen kontynuował: — Zresztą po tych środo- wiskach biznesowych to się rozeszło lotem błyskawicy, że jest taka sprawa. W piątek do tego kelnera, Łukasza N., telefonował Jacek Krawiec, szef Orlenu, zazdzwonił też jeden z wiceministrów, który był częstym gościem w restauracji. Chłopak wpadł w panikę. Różnym osobom przedstawiał różne wersje.

Biznesmen doskonale znał Łukasza N., choć nigdy nie przeszli na „ty”. Mieszkał niedaleko, na brak pieniędzy nigdy nie narzekał, więc często bywał w drogiej restauracji.

— Z mojego punktu widzenia chłopak był świetny. Gdy przychodziłem, moje ulubione wino czekało i było odpowiednio schłodzone. Nie spoufalał się, był fachowy w tym, co robił. — Biznesmen zaśmiał się pod nosem i opowiadał dalej: — Wiele osób z PO było z nim w koleżeńskich układach. Na pewno miał ściślejsze relacje ze Sławkiem Nowakiem, ale też z Elą Bieńkowską, która wyprawiała u Sowy swoje, dość huczne, pięćdziesiąte urodziny. Wiele z tych znajomości ciągnęło się jeszcze z czasów Lemongrass, gdzie Łukasz pracował.

— Tam politycy PO też lubili przychodzić — wtrącił Latkowski.

— O, tak. Blisko Sejmu, tam również były VIP-roomy i obsługą gości zajmował się Łukasz.

Latkowski z Majewskim pytali dalej:

— Jakie były intencje nagrywających? Może chodziło o nagrywanie celebrytów i potem przekazywanie różnych informacji do prasy plotkarskiej, a biznesmeni i politycy byli nagrywani przy okazji? Co pan o tym sądzi?

Biznesmen pokazał garnitur białych zębów:

— Celebryci? Celebryci w Polsce nie mają pieniędzy. Nie chodzą do takich restauracji. Chyba że ktoś ich zaprosi. To były VIP-roomy, w których jadali prezesi, biznesmeni, politycy.

Rozmówca wiedział jeszcze o kilku innych sprawach interesujących obu dziennikarzy. Na przykład o człowieku, którego Latkowski i Majewski podejrzewali o to, że może stać za procederem organizowania podsłuchów. Nie była to osoba, której nazwisko padało w kontekście afery taśmowej. Na potrzeby tej książki nazwijmy go panem X. Biznesmen, którego mieli przed sobą, znał dość dobrze X, pozostawali w bliskich relacjach.

Majewski zagaił:

— W rozmowach, które publikowaliśmy, pojawiła się sprawa pana Y. W nagraniach Y wypada OK, jest przedstawiany jako uczciwy, porządny człowiek. Czy X i Y łączyły interesy? Czy X mógł chcieć wyświadczyć przysługę panu Y, udostępniając niektóre nagrania?

Biznesmen nie wykluczał takiej hipotezy:

— Mieli relacje biznesowe. Wiosną 2014 r. X chciał, by Y zainwestował w jego spółkę. Ja ci pomogę taśmami, a ty wejdziesz w interes? — Rozmówca Majewskiego i Latkowskiego stukał w blat stolika. — Trzeba byłoby sprawdzić, czy Y wszedł w ten interes. Nie byłoby to proste, bo X ma spółki „zaparkowane” w rajach podatkowych.

Była jeszcze jedna rzecz. Rozmówca obu dziennikarzy miał status osoby pokrzywdzonej w „taśmowym śledztwie”. Nie dalej niż dwa tygodnie przed spotkaniem z Latkowskim i Majewskim był przesłuchiwany przez funkcjonariuszy ABW. Obaj byli ciekawi, jak głęboko sięgają śledczy, jak są profesjonalni, jakie zadają pytania.

— Przesłuchanie było dziwaczne. Zaskoczyła mnie jego płytkość. Funkcjonariusze nie pytali o szczegóły, detale, o konteksty różnych sytuacji. Trzy kwadranse po rozpoczęciu rozmowy byłem już przy bramie wyjazdowej na Rakowieckiej. Szczerze mówiąc, to wy mnie teraz maglujecie pięć razy dokładniej — odpowiadał biznesmen.

Pożegnali się grzecznie, zapewniając nawzajem, że rozmowa miała charakter nieoficjalny. Majewski rzucił formułę, której używał od lat w takich sytuacjach:

— Miło się z panem nie rozmawiało. Pozwoli pan, że wyjdziemy pierwsi. Spieszymy się na spotkanie.

 

Napięcie jest spore

 

Pognali do auta. Na Mokotowie mieli wcześniej umówione spotkanie z PR-owcem PO, człowiekiem cienia, który gasił taśmowy pożar, jaki dotknął partię władzy. Znów restauracja, znów stolik na uboczu. Z tym człowiekiem Latkowski i Majewski znali się od lat. Z. miał kontakty z platformerską czołówką, ministrami, z prezesami spółek Skarbu Państwa. Były to relacje, które budował, nim jeszcze ktoś myślał o powołaniu PO. Z. dobrze zaczął, łechcząc próżność obu dziennikarzy:

— Napięcie jest spore. Zaczyna się od kilku tygodni, tak, w czwartek. W piątek jest duże. Trwa oczekiwanie, czy wystrzelicie z kolejną rakietą.

— Taka praca, nic osobistego. Nie ma znaczenia, czy to władza Platformy, PiS-u czy SLD — uciął Latkowski.

— Nie wierzę, że nie macie innych nagrań — mówił Z.

Majewski starał się nie zdradzać zbyt wiele rozmówcy i trzymać gardę, rzucił:

— My wiemy o co najmniej kilkunastu nagraniach. A ty?

— O podobnej liczbie. Może nawet troszkę więcej — komentował rozmówca. Zaczął wymieniać problemy, które są z tą sprawą. Po pierwsze, co było zgodne z wiedzą obu dziennikarzy, śledczy i służby specjalne nie miały innych taśm oprócz tych, które przekazał do prokuratury Latkowski. Były one poza ich kontrolą i w każdej chwili mogły zostać odpalone kolejne nagrania.

— Co wiesz o spotkaniach w tej knajpie? Wiadomo, że częstym gościem był tam wiceminister X, którego dobrze znasz. Są jednoźródłowe informacje, że jest na tych taśmach. Rozmawiałeś z nim? — pytał Latkowski.

— Ciężko się z nim rozmawia. Jest rozbity. I chodzi tu nie o sprawy polityczne, urzędowe, tylko o obyczajówkę. On tam rozmawiał ze znanym wam lobbystą T. I ten zwierzał się, że jest w dyskretnym związku ze znaną bizneswoman. I jest w kropce, bo nie wie, co robić. Rozejść się z żoną, zostawić dzieci i związać z tą panią prezes, czy jednak zerwać tę znajomość. Wiceminister zwierzał się T., że też miał bardzo długo kochankę, ale w końcu zdecydował się ją porzucić. X się cholernie boi, że ta sprawa wyjdzie.

— Słuchaj, tam jest jeszcze jedna sprawa z nim związana.

Czarek Gmyz to zasygnalizował w „Do Rzeczy”. My też o tym słyszeliśmy. Wiceministrowi X biznesmen S. miał wystawiać panienki. I wieść niesie, że jest nagranie z VIP-roomu u Sowy, jak pan wiceminister zabawia się z blondynką podstawioną przez pana S. Coś wiesz? — pytał Latkowski.

— Powiem wam szczerze. Nie miałem odwagi spytać o to X.

To są sprawy osobiste, intymne… — zaczął rozmówca.

Majewski mu przerwał:

— Nas obyczajówka nie interesuje. Chodzi o coś innego. O to, że gdzieś za kulisami mogą być sekstaśmy, którymi szantażuje się człowieka, mającego wpływ na ważne decyzje rządu…

— Rozumiem. Wiem, że dziewczyny z otoczenia tego biznesmena S. mu się podobały. Wiem nawet, które, ale więcej szczegółów wam nie podam — uśmiechnął się PR-owiec.

Rozmowa powoli dobiegała końca. PR-owiec spieszył się na kolejne spotkanie. Obiecali sobie, że w sprawie taśm pozostaną w kontakcie.

— Gdyby tylko coś, to telefon — Majewski rzucił na pożegnanie.

Latkowski wychodząc z knajpy, poprosił Majewskiego, by ten zatelefonował do Czarka Bielakowskiego:

— Sprawdź, gdzie jest. Dzwonił do mnie przed południem i mówił, że ma jakieś ciekawe wiadomości.

 

 

Czołówka polskiej polityki stołuje się w restauracji, której właścicielami są panowie zza wschodniej granicy

 

Bielakowski był w redakcji, czekał na nich.

— Opowiadaj — poprosił Latkowski, włączając ekspres do kawy.

— Kilka rzeczy. Po pierwsze. Ta knajpa Lemongrass, która była obok Sejmu i w której pracował ten cały Łukasz. Dziwne

miejsce. W KRS są niemal same rosyjsko brzmiące nazwiska wśród właścicieli spółki, do której należała ta knajpa. To ciekawy wątek do spokojnego sprawdzenia. Co to za ludzie, jakie mieli tu interesy i z kim te interesy robili. Bo to jest dziwaczne, że czołówka polskiej polityki stołuje się w restauracji, której właścicielami są panowie zza wschodniej granicy. W głowie mi się nie mieści, że to pozostało poza kontrolą kontrwywiadu — mówił Bielakowski, ale zaraz się żachnął: — Choć w końcu żyjemy w papierowym państwie i z drugiej strony mamy przypadek Sowy i Amber Room, gdzie na potęgę nagrywano polityków. I gdyby nie nasze teksty, pewnie działoby się to dalej. W każdym razie wątek właścicielski Lemongrass jest do spokojnego opracowania jako oddzielny tekst.

— Pełna zgoda. Zacznij sprawdzać — Latkowski zaakceptował pomysł.

Bielakowski kontynuował:

— Z moich rozmów wynika, że Lemongrass utrzymywał się przede wszystkim z VIP-roomów i że bardzo często gośćmi byli tam politycy.

— Ale to nie jest nowina. Knajpa blisko Sejmu. Rzeczywiście była popularna wśród polityków PO, również tych z czołówki.

Stołowali się tam Drzewiecki, Palikot, Graś, Tusk i reszta ferajny, gdy jeszcze działali razem... — komentował Majewski.

Bielakowski mu przerwał:

— Ale w tych VIP-roomach stołowała się również mafia. Taka mafia w białych kołnierzykach. I jest hipoteza, że ten cały kelner Łukasz na zlecenie Centralnego Biura Śledczego nagrywał te rozmowy mafii.

Majewski się wtrącił ponownie:

— Tezę o tym, że Łukasz był współpracownikiem CBŚ, lansuje Marek Falenta. Mówił o tym Gmyzowi, który opisał to w „Do Rzeczy”. W rozmowie z nami Falenta też o tym wspominał.

— Wiem o tym, ale moja wiadomość nie pochodzi z tych źródeł — tłumaczył Bielakowski.

— Będzie bardzo trudno potwierdzić informacje, czy ten chłopak był współpracownikiem CBŚ. To są dane najściślej chronione i nie spodziewałbym się tu oszałamiających efektów —chłodno oceniał Latkowski.

Bielakowski kiwał głową, zgadzając się w tej sprawie z naczelnym:

— Też wątpię, by chłopcy z CBŚ, ot tak sobie, potwierdzili nam: „Tak, ten chłopak był naszym współpracownikiem”. Ale wracając do hipotezy, która wynika z rozmów, ale też z analizy. Chłopak nagrywa mafię na zlecenie CBŚ...

Tym razem przerwał Latkowski:

— …i akcja się spatologiozowała, bo pan Łukasz, być może z kimś jeszcze, zaczął nagrywać na własną rękę. Krótko mówiąc, cała akcja wymknęła się spod kontroli panów ze służb? O to ci chodzi?

Bielakowski potwierdził.

— Słyszeliśmy o tej hipotezie z Sylwkiem ze swoich źródeł. To stawiałoby pod znakiem zapytania relacje służb ze współpracownikami. Na ile oni są kontrolowani, na ile służby przyglądają się, co ci ludzie robią na boku — komentował Majewski.

Latkowski informował Bielakowskiego:

— Te nagrania dostawały się w ręce różnych biznesmenów. Sami wiemy o co najmniej czterech grupach biznesowych, które są w posiadaniu taśm nagranych w knajpach Sowa & Przyjaciele i Amber Room.

Naczelny spojrzał porozumiewawczo na Majewskiego. Obaj przypomnieli sobie rozmowę, którą prowadzili w aucie, jadąc do redakcji. Chodziło o sformułowania, których używało źródło w rozmowie z nimi. Mówiło: „my”. Ich rozmówca używał sformułowania „gdy to się wylało”, wskazując na jedno z nagrań. Obaj dziennikarze wyciągnęli z tego podobne wnioski. Po pierwsze, źródło nie jest samo, ale ktoś kryje się w drugim szeregu, być może tych osób jest więcej. Po drugie, obaj czuli, że źródło nie jest jedynym dysponentem nagrań, lecz przekaźnikiem, a decyzje podejmuje ktoś inny.

 

Fragment wydanej w 2014 roku książki Sylwestra Latkowskiego i Michała Majewskiego „Afera podsłuchowa” (Zysk i S-ka).

Tagi: afera podsłuchowa, taśmowa, dziennikarze, marek falenta, sylwester latkowski, michał majewski, cezary bielakowski, amber room, sowa&przyjaciele, cbś

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone