18 Lipca 2015

Polska
DSC1301.jpg
autor: Sylwester Latkowski

Skarżyska ośmiornica. Sprawa porwania maturzysty z Suchedniowa

  • Bartek.jpg

Jak to możliwe, że przez tyle lat tacy ludzie jak Piętuś spokojnie sobie funkcjonowali? – pytam. – Taki system jest w Polsce – odpowiada sucho matka zamordowanego maturzysty. – W Skarżysku układy, no to co zrobić? Przekupywali, mieli w kieszeni wszystkich. Niech panu odpowiedzą skarżyszanie, elita, władza, jak to mogło tyle lat funkcjonować i funkcjonuje.

 

Zwą go przekornie Małym lub Kajtkiem, a jest szczupłym, wysokim, czterdziestoletnim mężczyzną z krótko ostrzyżonymi włosami. Kiedy pierwszy raz go widzę, ma na sobie ciemnografitowy tani garnitur, który zwisa z niego, jakby ktoś powiesił go na wieszaku. Kajtek wbił się w niego nie po to, by wyglądać elegancko; garnitur ma dodać mu powagi i wiarygodności i – co najważniejsze – odróżniać go od jego byłych kumpli, siedzących teraz za pancerną szybą, ubranych w czerwone stroje dla niebezpiecznych aresztantów, w najlepszym wypadku w swetry i dresy.

Stoi przed barierką, z twarzą zwróconą w stronę ławy sędziowskiej.

Przysłuchuję się jego zeznaniom w Sądzie Okręgowym w Kielcach, w sali, która z trudem mieści oskarżonych i obrońców. Nie mogąc się pomieścić, zajęli ławki dla publiczności. Słucham go tylko przez chwilę, niepotrzebnie sięgam do tor- by po aparat fotograficzny, na co reaguje ubrany w kominiarkę, z długą bronią w rękach, siedzący za mną policjant z AT (wydział antyterrorystyczny policji). Rychło oprzytomniał, tak jak i po chwili sędzia, kilka minut wcześniej pozwolili mi przecież spokojnie wejść do sali, zasiąść w jednej z ławek dla publiczności. Teraz okazuje się, że sprawa jest niejawna. Nie powinienem w ogóle tutaj się znaleźć. Kiedy wychodzę, Kajtek kieruje w moją stronę wychudzoną twarz i z zainteresowaniem mi się przygląda. W jego oczach widzę jakąś desperację.

 

Kajtek: – To była niedziela, połowa maja 2002 r. W tym czasie odbywały się matury. Zadzwonił do mnie Łukasz, syn mojej siostry, i powiedział, że ma duży problem. Był w Sopocie z Piętusiem, Red Bullem i Ketchupem. Skończyły im się pieniądze, prosił, bym przyjechał po nich. Ratował. Dzień później Glizda podrzucił mnie do Warszawy i stamtąd o szóstej rano wsiadłem w ekspres. To był wtorek. W Sopocie na stacji czekał na mnie Łukasz. Poszliśmy coś zjeść. W czasie gdy jedliśmy, Łukasz powiedział, że zabili chłopaka.

 

Kajtek od razu pomyślał, że chodzi o maturzystę.

 

Ksiądz z ambony apelował do sumienia sprawców

 

W Skarżysku-Kamiennej i okolicach było głośno o zaginięciu maturzysty, 19-letniego Bartka z Suchedniowa. Rodzina, koledzy Bartka porozwieszali wszędzie ogłoszenia, sporządzone na komputerze i powielone na ksero, z jego zdjęciem i prośbą o kontakt. Kajtek zobaczył jedno z nich na stacji CPN.

Sprawa była zagadkowa. Bartek zdawał właśnie maturę. Egzaminy szły mu świetnie. I nagle, przed ostatnim egzaminem, zniknął. Po południu wziął samochód ojca, bordową hondę civic sedan, i pojechał do Skarżyska. Miał wrócić szybko, bo chciał przygotować się do ustnej części egzaminu. Do domu już nie dotarł. Początkowo rodzice myśleli, że rozbił samochód i boi się wrócić. Były też przypuszczenia, że miał wypadek i mógł stracić pamięć.

Nie miał żadnych kłopotów z rówieśnikami ani rodzicami. Lubił piłkę nożną, pasjonował się internetem, w szkole uczył się świetnie. Nie miał również problemów finansowych, jego rodzice byli zamożni. Wszyscy powtarzali, że nigdy nie nawiązywał kontaktów z obcymi. W dniu zaginięcia Bartek ubrany był w oliwkowy sweter z wąskimi paskami na ściąga- czach, ciemne dopasowane spodnie z kieszeniami i granatowe adidasy.

Ksiądz infułat z Suchedniowa, miejscowej parafii, cieszący się dużym autorytetem Józef Wójcik, wielokrotnie z ambony wzywał, apelował do sumienia sprawców, by przynajmniej zostawili w kościele kartkę, gdzie jest Bartek. Zapewniał anonimowość i tajemnicę spowiedzi. Bezskutecznie.

  

Wynajęli detektywa Rutkowskiego

 

Do poszukiwań syna bezradni rodzice wynajęli prywatnego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, wówczas była to gwiazda programu TVN „Detektyw”, który na oczach milionów widzów rozwiązywał sprawy, z jakimi policja nie dawała sobie rady, ale nic to nie dało.

 

Chłopaki, zastanówmy się, co robimy

 

Kajtek: – Łukasz opowiedział, jak to się stało. W sobotę wracali z działek razem z Mamlą, Red Bullem i Ketchupem. Wracając, spotkali Minia – swojego kolegę. Miniu był razem z tym maturzystą, Bartkiem. Ten chłopak przyjechał samochodem marki Honda. Widziałem ten samochód później w Sopocie. Łukasz i jego koledzy chcieli, żeby Bartek ich pod- wiózł. On im ostro odmówił. Odjechał potem z Miniem. Tamci musieli wracać pieszo do miasta.

Gdy dochodzili pod swoje bloki, zobaczyli, że przed klatką Minia stoi ta sama bordowa honda. Miniu z niej wysiadł. Bartek ruszył dalej, miał jednak pecha, bo wyjechał wprost na nich. Stanęli mu na drodze, zatrzymał się. Nie miał zablokowanych drzwi, więc bez problemu wyciągnęli go zza kierownicy i wsadzili na tylne siedzenie.

Pojechali w kierunku Radomia. Prowadził Łukasz. Po drodze kilka razy dzwonił telefon chłopaka, pewnie któreś z rodziców. Nie pozwolili mu odebrać tego telefonu.

Z Radomia pojechali w kierunku Warszawy. Za Grójcem, już na trasie szybkiego ruchu, dwóch z nich wysiadło z matu- rzystą, a pozostała dwójka pojechała na stację CPN, żeby załatwić jakieś picie. Kiedy wrócili, pojechali dalej.

Bartek musiał usłyszeć, że wydali na niego wyrok.

Po drodze uderzyli go parę razy. Maturzysta zaproponował, aby zadzwonili do matki, to ona na pewno im zapłaci, ale oni obawiali się, że ich wyda.

Jadąc w kierunku Warszawy, w Rembertowie z głównej trasy skręcili w prawo. Po ujechaniu około dwóch kilometrów wjechali do małego lasku. Wyprowadzili chłopaka z samochodu. Na głowę naciągnęli mu sweter, który wcześniej miał na sobie. Poszli ka- wałek w las. Kazali mu się położyć na ziemi. Na brzuchu.

„Chłopaki, zastanówmy się, co robimy” – powiedział Red Bull.

 

Piętek, który bał się, że Bartek go rozpozna, wziął w rękę spory kamień i rzucił w jego głowę.

Bartek błagalnie wycharczał: „Chłopaki!”.

Łukasz podniósł ten sam kamień i ponownie rzucił w jego głowę. Z ust Bartka bryznęła krew, która ochlapała Red Bullowi spodnie.

Potem każdy z nich kolejno jeszcze kilka razy uderzał w głowę tym samym kamieniem.

Bartek jednak nadal żył.

Piętek miał nóż, wbił go w tył głowy chłopaka, wyciągnął i podał kolejnemu, i tak jak z tym kamieniem, każdy go brał i wbijał w Bartka, w plecy, szyję...

Aż nóż się złamał.

Bartek już nie żył. Przynajmniej tak się im wydawało. Nieopodal był jakiś dół. Wrzucili do niego ciało, przysypali trochę piachem i przykryli gałęziami.

Pojechali w stronę Gdańska. Po drodze zatrzymali się  w Ostródzie, zaszli na jakąś dyskotekę. Tam ukradli kobiecie torebkę. Z Ostródy pojechali do Sopotu.

 

Kiedy Łukasz skończył opowiadać o wszystkim, dałem mu chyba dwieście lub trzysta złotych. Mieli za to coś zjeść i kupić spodnie Red Bullowi. Krew nie dała się sprać wodą.

 

Rodzicie przeczuwali najgorsze

 

Ojciec maturzysty tej nocy, kiedy zaginął Bartek, przebudził się o trzeciej nad ranem.

– Wiedziałem już wtedy, że syna musiał ktoś zabić – wspomina. – Przeczuwałem to, przez lata nie miałem tylko potwierdzenia... No i ciała...

 

Na mieście się pokazywali

 

Kajtek: – Do Skarżyska wrócili pociągiem, zamieszkali w moim mieszkaniu. Bali się, że ktoś mógł ich zobaczyć i rozpoznać, jak wchodzili do samochodu Bartka. Na pewno widział ich Miniu.

Kajtek dał im pieniądze na utrzymanie, niedużo, tak by wystarczyło na kilka pierwszych dni. Mieli sobie dorobić, pracując w gangu Śruty vel Człowieka z Lasu, w którym Kajtek trudnił się kradzieżami samochodów.

– Na mieście się pokazywali, ale nie było ich tak widać jak kiedyś – opowiada Kajtek. – Chcieli wyjechać ze Skarżyska, a na to były potrzebne pieniądze. Zgodziłem się, by ze mną ukradli dwa samochody.

 

Pracowałem dla Śruty

 

Kajtek: – Ja w tym czasie dokonywałem kradzieży w grupie Śruty z Ciechostowic. Było tak, że Śruta zlecał mi samochody do kradzieży, za które następnie braliśmy okup. Pieniądze przechodziły przez niego. Jeżeli samochód był skradziony z okolic Skarżyska, to w wykupkach pośredniczył najczęściej Lech, Komendant. Ja w tym czasie pracowałem pod Śrutą, od dwóch lat.

Jego grupa zajmowała się napadami na hurtownie, porywaniem tirów z towarem, zbierała haracze. Później Śruta brał pieniądze za ochronę firmy Wtórpol, a po konflikcie z właścicielem, Leszkiem, dobrał się do niego.

Śruta zajmował się także handlem narkotykami. Inne ksywy Śruty to Boruta i Człowiek z Lasu.

 

Chcieli zobaczyć, w jakim stanie są zwłoki.

 

Kajtek: – Po tych kradzieżach Piętuś zamierzał uciekać za granicę, poprosił, by zawieźć go do Warszawy, do jakiejś koleżanki, która przechowywała jego paszport. Wraz z resztą chłopaków chciał po drodze zajechać w miejsce, gdzie zabili maturzystę, mieli zamiar zobaczyć, w jakim stanie są zwłoki. Chcieli pożyczyć samochód, ale żaden z nich nie miał prawa jazdy, więc zgodziłem się ich zawieźć.

To było na początku czerwca. Pamiętam, że to był dzień, kiedy wypuszczono z aresztu Dominika S.; siedział na sankcji za materiały wybuchowe znalezione w jego domu. Podejrzewano go też o kradzieże samochodów. Poprosiłem go, by pojechał z nami, a on się zgodził.

W piątkę wyruszyliśmy do Warszawy. Od razu pojawił się problem, bo nie mogli sobie przypomnieć, gdzie byli wtedy z maturzystą. W końcu poznali stację CPN, na której kupo- wali picie. Dopiero później skojarzyli, że to jest obok wiatraka, który tam stoi; w Rembertowie należało skręcić w prawo.

Sporo czasu nam zeszło, zanim znaleźli to miejsce.

Po skręceniu należało przejechać dwa kilometry. Był tam mały lasek i zakręt. Zatrzymałem się zaraz za zakrętem. Poszli. Wrócili po pięciu minutach – powiedzieli, że znaleźli to miejsce i jest tak, jak to zostawili.

Wsiedli do samochodu, milczeli.

Po jakimś czasie odezwał się Piętuś i poprosił, byśmy wreszcie pojechali do Warszawy po jego paszport, który trzymał u dziewczyny pochodzącej ze Skarżyska. Tam go odebrał.

Kiedy wracaliśmy, nad ranem, na wylocie w Warszawie zatrzymała nas policja, ale tylko nas wylegitymowali.

 

Zwierzęta musiały go zjeść

 

Wszyscy wiedzieli, że ciało maturzysty może być w każdej chwili odkryte, trzeba było więc przenieść jego zwłoki w miejsce, w którym nikt by ich już nie odnalazł. Postanowili to zrobić od razu. Kajtek zgodził się i w tym im pomóc. W sklepie budowlanym w Skarżysku kupili piłkę do cięcia, trzy łopaty, duży worek wapna, dużą torbę, tak zwaną ruską, i rękawiczki. Po dziewiętnastej wyjechali ponownie w stronę Rembertowa.

Kajtek: – Zostawiłem ich na zakręcie przy tym samym lasku, tak jak poprzednio, i odjechałem. Uzgodniliśmy, że jak będą kończyć, to zadzwonią i wrócę po nich.

Pojechałem do Skarżyska.

Przed północą zadzwonili, że zejdzie im długo, bo ciężko im idzie. Poszedłem do domu spać. Dopiero o trzeciej nad ranem zadzwonili, że kończą.

Wróciłem po nich. Już było widno. Po półgodzinie wyszli z zagajnika. Mieli ze sobą tylko jedną łopatę, którą odrzucili na pole. Na polnej drodze pojawił się jakiś rowerzysta, ale nie zauważył nas chyba, bo szybko zapakowaliśmy się do samochodu i odjechaliśmy.

Początkowo nic nie mówili, byli ubrudzeni gliną, śmierdzieli, to był bardzo nieprzyjemny zapach. Po jakimś czasie zapytałem ich, jak się czuli, przenosząc ciało. Jak to znieśli? Odpowiedzieli, że praktycznie od pasa w górę nie miał już ciała i wnętrzności, tylko sam szkielet. Zwierzęta musiały zjeść. Jedna ręka jeszcze miała skórę i ciało. Po odkryciu ciała spod tego, czym było początkowo przykryte, najpierw poćwiartowali je. Według tego, co mówili, to nogi przecięli na pół, tułów także na pół, odcięli też głowę. Po przecięciu przenieśli te kawałki w inne, wybrane wcześniej miejsce, do dołu, zasypali wapnem i zakopali. Torbę też tam zakopali. Nie wiem, jak głęboki był to dół, ale miał być głęboki. Jeśli chodzi o pozostałe łopaty, to jedna się im złamała podczas kopania, drugą wyrzucili gdzieś tam niedaleko. Nie wiem, co się stało z piłką. Mówili, że często robili przerwy, bo robiło się im niedobrze.

Na trasie wyrzucili brudną odzież i buty do jednego z przydrożnych koszy na śmieci.

W samochodzie mieli rzeczy na zmianę.

 

Niektórzy podejrzewają, że ktoś mu pomógł w zejściu z tego świata

 

Po dwóch dniach z mieszkania Kajtka wyprowadził się Piętuś, dwa dni później Red Bull. Pozostał tylko Łukasz. Okazało się, że zaginęła mu srebrna bransoletka. Przeszukał mieszkanie, samochód, ale jej nie odnalazł. Zrozumiał, że mogła mu się odpiąć, jak przenosił ciało maturzysty. To był problem, ponieważ miała jego inicjały i była na tyle charakterystyczna, że po niej można było trafić do właściciela. Nie mieli wyboru i razem z Kajtkiem wrócili w miejsce, gdzie zamordowali i zakopali maturzystę.

Łukaszowi sprzyjało szczęście i po dłuższym czasie udało mu się odnaleźć bransoletkę. Kajtek wtedy poznał miejsce, gdzie zakatowali maturzystę, i to, w którym ostatecznie zakopano go pokawałkowanego w głębokim dole. Wrócili spokojnie do Skarżyska.

Wkrótce jednak szczęście opuściło Łukasza i kilkanaście miesięcy później znaleziono go martwego. Zaczadział w domu matki Kajtka, a swojej babci. Niektórzy jednak podejrzewają, że ktoś mu pomógł w zejściu z tego świata.

Poznaliśmy prawdę po trzech latach

 

Siedzę z ojcem maturzysty w kuchni jego domu w Suchedniowie. Kilka lat temu kręcił się jeszcze po niej Bartek.

– Niewłaściwy czas, niewłaściwe miejsce – stwierdza zamyślony. – Poznaliśmy prawdę po trzech latach. Dopiero dwójka konkretnych policjantów z Kielc się wzięła za sprawę. Policja w Skarżysku olała ich... Tutaj, do nas, zadzwoniła znajoma, której syna pocięli ci sami bandyci, co zabili Bartka. Powiedziała: „Weźcie się za Piętka”. Prokuratura to zlekceważyła... Tylko oni, policjanci z Kielc, doszli do jakiegoś finału, bo końca jeszcze nie widać. Przecież nie ma kości... Zostali skazani, teraz będzie apelacja, bo na pewno będzie apelacja z ich strony, walczą przecież o życie.

 

Piętusia sąd skazał na dożywocie, a Red Bulla, który w czasie popełnienia zabójstwa nie miał ukończonych 17 lat, na 25 lat pozbawienia wolności. Mamla, który poszedł na współpracę z organami ścigania, ujawnił przebieg wydarzeń i starał się pomóc w odnalezieniu ciała, poddając się hipnozie, dostał pięć lat więzienia. W całości odbył już karę. Przebywa na wolności.

 

Do kuchni wchodzi żona, która właśnie wróciła z pracy. Prowadzi kancelarię notarialną w Starachowicach. Omiata mnie chłodnym wzrokiem. Po chwili w bramie posesji pojawia się jakaś kobieta.

– Idź, Grażyna, bo znowu przyszła z jagodami i trzeba jej dać trzydzieści złotych – odzywa się mąż, patrząc w okno.

– O Jezu, nie mam. Kto jej kazał codziennie przychodzić z jagodami? – mówi podniesionym głosem, zirytowana. Znam przyczynę jej zdenerwowania: nie jest nią pojawienie się kobiety z jagodami, to ja przyniosłem do jej domu wspomnienie tego, co się wydarzyło dziewięć lat temu.

Mąż to zauważa i wychodzi z kuchni, po chwili wraca.

– Tylko przesypię jagody – rzuca do mnie.

Matka siada na krześle po mojej lewej stronie, naprzeciw

ojca.

 

– A o czym mamy rozmawiać? – pyta, nie ukrywając zniechęcenia.

Milczę.

– Co takiego ciekawego ma pan do powiedzenia? – pyta szorstko.

– Przyszedłem posłuchać.

– Ja myślałam, że pan wie więcej na temat Bartka, niż my wiemy?

– Jak to możliwe, że przez tyle lat tacy ludzie jak Piętuś spokojnie sobie funkcjonowali? – pytam, nie wiedząc, od czego zacząć.

– Taki system jest w Polsce – odpowiada sucho matka. – W Skarżysku układy, układziki, no to co zrobić? Przekupywali, mieli w kieszeni wszystkich, i już. Niech panu odpowiedzą skarżyszanie, elita, władza, jak to mogło tyle lat funkcjonować i funkcjonuje.

– Mąż mówił, że wcześniej pocięli kogoś?

– Nie, to było po zaginięciu Bartka. Gdyby ktokolwiek za to się wcześniej wziął i za te anonimowe telefony... Trzy lata nie wiedziałam, co się z synem stało... Prokuratorkę w domu mieliśmy. Wysłuchała taśmę. Na tej taśmie przedstawiła się kobieta, żebyśmy zainteresowali się Piętusiem, bo lata z no- żem po Skarżysku i na pewno maczał palce w sprawie naszego syna. To wszyscy wyśmiali tę kobietę.

– Głównie ona – wtrąca mąż, mając na myśli prokuratorkę.

– A potem nas – dodaje żona. – Naprawdę, gdyby to nie wyszło z policji ze Skarżyska do Kielc, tobyśmy do dzisiaj chodzili i szukali syna. Gdyby ktokolwiek się wziął w Skarżysku do wyjaśnienia tej sprawy, tobyśmy wiedzieli po tygodniu, co się stało, znaleźli zwłoki i pochowali dziecko. A tak do dzisiaj nie mamy jego ciała i w życiu już nie znajdziemy. No bo jak się znajdzie, skoro jedyna osoba, która przekopywała, nosiła, rąbała, nie chce powiedzieć, gdzie leży ciało Bartka? A drugi, co był przy tym, nie żyje. A tamten to jest taki zły człowiek, tak opętany przez złe moce i szatana, bo mu tak z oczu patrzy, że on nigdy, nawet jakby go na krzesło elektryczne posadzili, i tak nic nie powie...

 

Wielu ludzi w Skarżysku wiedziało, co się stało z maturzystą

 

Piętuś na początku przyznał się do zbrodni, ale potem wycofał się z zeznań. Kiedy jeszcze chodził na wolności, rozpowiadał w mieście o tym, kto uczestniczył w zabójstwie maturzysty i przenoszeniu jego zwłok. Wkurzyło to wspólników.

Kajtek wspomina: – W związku z tym zabrałem go razem z Dominikiem do lasku obok szpitala i tam dostał, co mu się należało, został dwa razy uderzony w brzuch. Upomnieliśmy go, żeby o tym nie rozpowiadał, bo jak się to powtórzy, to będzie inna rozmowa.

Wielu ludzi w Skarżysku wiedziało, co się stało z maturzystą i kto za tym stoi, ale milczeli. Czy jest możliwe, że nie dotarło to do policji i prokuratury? Dzisiaj wiadomo, że ludzie związani z Piętusiem, Kajtkiem, podlegli Człowiekowi z Lasu, mieli w policji swoje wejścia.

– Teraz na sprawie wychodzi ich wujek, który jest w tej całej ośmiornicy. Teraz jest mu przykro, bo chce coś ugrać, grozi mu bardzo duży wyrok... – kontynuuje matka Bartka. – Do nas docierało, dlaczego Skarżysko nic nie robi, za dużo ludzi było zamieszanych we wszystko. Słyszałam od znajomego policjanta, że pewna pani prokurator powinna zmienić zawód i sprzedawać warzywa, że jakiś tam pan sędzia powinien... To co ja mogłam albo ten policjant? Zresztą ten policjant wyniósł się ze Skarżyska, bo mówi, że już patrzeć nie może na to, co się tam dzieje.

Mąż dopowiada:

– Jakby nie interwencja znajomych, toby Skarżysko nie przyjęło w ogóle zlecenia. Uważali, że Bartek to dorosły czło- wiek, pochlał albo naćpał się i wróci. A ja już o trzeciej rano wiedziałem, że coś się stało.

– Jaka prokuratorka to zlekceważyła?

– Nie żyje, to po co to mówić? – odpiera żona i rozkłada bezradnie ręce.

– To była nasza znajoma – dodaje mąż.

– Głupio teraz wyciągać kobietę z grobu. Dotarliśmy do wszystkich, do kogo można. Przywiozła ją koleżanka, prokuratorka poprosiła na policji, żeby przyjęli od nas zgłoszenie o zaginięciu, to przyjęli, prosiła, żeby cokolwiek zaczęli robić, szukać dzieciaka... Jak jasnowidz powiedział, że na Rejowie trzeba szukać... to poprosiła, żeby kogoś tam wysłali i poszukali. Ale niestety zlekceważyła telefon od tej kobiety, powiedziała, że to jest oszołom, nawiedzona, histeryczka i psychiczna. A to nie była chora psychicznie kobieta... Miała rację, jej jedyny, pociachany nożem syn siedzi do dziś w Stanach, bo boi się wrócić.

 

– Może damy nazwisko? – wtrąca mąż.

– Po co? Ledwo uratowała syna, chce mieć spokój. – Za jej zgodą... – mąż nalega.

– Podpalą jej mieszkanie...

 

Po namyśle matka maturzysty decyduje się opowiedzieć więcej.

– To było tak: zadzwoniła do mnie i przedstawiła się, powiedziała, że robi to dlatego, bo moje nazwisko jest jej znane, pracuje w geodezji i sporządzane przeze mnie akty notarialne do niej spływają – jestem notariuszem. Powiedziała, że zaraz po zniknięciu Bartka jej syn dostał osiemnaście ciosów bagnetem. Przeżył. Więc przyszli do szpitala i powiedzieli, że go tak samo uciszą i załatwią jak Bartka. Wszyscy wiedzieli w Skarżysku, co się stało. Plotki chodziły, że Piętuś tego maturzystę załatwił. Jednego dnia wołali go na przesłuchanie, a drugiego już biegał po mieście. Co oni dla nich znaczyli? Dlaczego ich kryli?

Przerywa. Nie jest w stanie tego pojąć. Proponuje herbatę, kawę. Dziękuję, nie chcę sprawiać kłopotu. Nabrała już większego zaufania, uspokoiła się trochę, choć widać, że wspomnienia ją rozdzierają. Cała jest obolała z tego wszystkiego.

– Jak składaliśmy zawiadomienie, to komendantem policji w Skarżysku był Michał Domaradzki z Suchedniowa.

 

Na szczęście sprawę wzięły Kielce, zabrano Skarżysku

 

Oficjalna strona komendy stołecznej policji:

„Inspektor Michał Domaradzki urodził się 14 lipca 1973 roku w Skarżysku Kamiennej. Jest magistrem politologii. Pracę w policji rozpoczął w 1992 roku, w pionie kryminalnym, w Komendzie Powiatowej Policji w Skarżysku Kamiennej. W 1999 roku został Naczelnikiem Sekcji Kryminalnej. Kolejnym krokiem w jego karierze zawodowej było powołanie w 2003 roku na stanowisko Zastępcy Komendanta Powiatowego w Skarżysku Kamiennej, a w 2004 roku na stanowisko Komendanta w/w komendy.

Od 2006 roku do 2008 roku kierował Komendą Powiatową Policji w Ostrowcu Świętokrzyskim. Później objął kierownictwo kieleckiej policji. Od 2009 roku był Zastępcą Świętokrzyskiego Komendanta Wojewódzkiego Policji w Kielcach. W lutym 2010 roku otrzymał nominację na Pierwszego Zastępcę Świętokrzyskiego Komendanta Wojewódzkiego Policji w Kielcach.

W styczniu 2012 roku był powołany na stanowisko I Zastępcy Komendanta Stołecznego Policji. Od 21 czerwca 2013 roku do 1 września 2014 roku Lubelski Komendant Wojewódzki Policji.

Z dniem 2 września 2014 roku Komendant Stołeczny Policji.

Jego zainteresowania to sztuki walki – jest instruktorem samoobrony. Najchętniej wolny czas spędza z rodziną lub przy dobrej historycznej lekturze.”

 

Matka Bartka nie wspomina komendanta Domaradzkiego najlepiej.

– Przyjeżdżał do nas, siedział tutaj, w kuchni, jeździł, to, tamto... Na samym początku, jak ta pani powiedziała, że chodzą zawsze w czwórkę po Skarżysku... Kuzyn jest policjantem, jak usłyszał to nazwisko, to się za łeb złapał. B., tych...? Czyli wszyscy byli znani. Nikt palcem nawet nie kiwnął. Jedni ze strachu, inni z... Słyszał pan o Wojteczku, co mu Wtórpol podpalali i nic policja nie robiła? Ręce opadają. Nikt nie mógł sobie z tym poradzić... Nie wiem, kim był w tej grupie Kajtek. Na nas sprawiał wrażenie bardzo inteligentnego, ładnie się wysławia. Wie, co mówi, czyli nie mówi tego, co wie, myśli nad każdym zdaniem, mimika, gesty, tonacja głosu, stopniowanie napięcia, jaką to on ma wiedzę...

– Czyli jak ta kobieta powiedziała, że to Piętuś z chłopakami porwał syna, komendantem w Skarżysku był Michał Domaradzki?

– Tak. Potem była próba okupu, przyjechali do mojej kancelarii... Nie, nie chcę opowiadać... – Załamuje się jej głos, widać, że na nowo przeżywa i nie ma siły do tego wracać.

– Kpinę sobie zrobili – wtrąca krótko mąż.

Matka maturzysty nabiera powietrza i kontynuuje:

– Tak, nic im nie działało, wszystko się im wyłączyło i nie nagrali...

Przerywa, nabiera powietrza i wyjaśnia:

– Dostaliśmy telefon o północy, po telewizyjnym programie „997”. Zadzwonił mężczyzna na nasz domowy numer. W jaki sposób dotarł do niego, nie wiemy do dzisiaj. Powie- dział, że jak damy sto tysięcy złotych, to nam wszystko opowie... Wynajęliśmy detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, bo człowiek się wszystkiego czepiał. Niech sobie pan wyobrazi, że on ustalił w piętnaście minut, skąd kto dzwonił, a jak policja zwróciła się do Telekomunikacji, dostali billing po miesiącu, i to bez tego dnia, kiedy był wykonany do nas telefon. Oni się pomylili i poprosili o dzień następny. A Rutkowski w sekundę ustalił...

Urywa, zdaje sobie sprawę, że opowiada chaotycznie, więc wraca do początku, do tamtej nocy.

– Temu mężczyźnie, co wymuszał pieniądze, mówię: „Człowieku, jest dwunasta w nocy, ja muszę zorganizować pieniądze, nie mam tak, że z szufladki wyciągam, zadzwoń rano”. Idę do komendanta Domaradzkiego. Nie powiem, przyjechali, byli gdzieś na ogródkach działkowych. Cały czas podsłuchiwał te rozmowy. Umówiliśmy się na ostatnią rozmowę u mnie, w kancelarii. Powiedziałam Domaradzkiemu, że przebywa tam dużo ludzi, nikt nie będzie kojarzył, czy to policjant, czy klient. Mówię: „Przyjedźcie, ja będę z nim rozmawiać spokojnie, a wy sobie nagrajcie, namierzcie człowieka”. Czterech ich było. I tak nagrywali, taki szum się zrobił, ktoś zaczął gadać, że tamten zareagował. „Co się dzieje? Ktoś nagrywa!” – i rzucił słuchawką. Coś im wysiadło, nie nagrało się nic. Potem już się nie odezwał. Na szczęście z czasem go namierzono, ustalono, że chciał sobie dorobić parę groszy... Ale dzięki temu, że sprawę wzięły Kielce... Zabrano Skarżysku.

 

Wynajęli prywatnie adwokatów

 

Sprawa trafiła do sądu, ale rodzina Bartka zbyt dobrze zna stan lokalnego wymiaru sprawiedliwości, by pozostawiać wszystko na jego łasce. Wynajęli prywatnie pełnomocników na oskarżycieli posiłkowych. Najlepszych z Krakowa.

– Wzięliśmy Widackiego – oznajmia mąż.

– Tu już są wszyscy za ciency... – dodaje żona. – Nie ma ciała... Jedynie kawałek spalonego dowodu Bartka znaleziono, co się zgadzało z zeznaniami Mamli, że spalili dowód, wrzucili do studzienki – i faktycznie się znalazł... Mamla zgodził się na eksperyment, na hipnozę, wariograf... Ale nie pomogło. Nie wskazał właściwego miejsca.

Mąż pokazuje zdjęcia z wizji lokalnej poszukiwania ciała Bartka. Na zdjęciach widać policję, koparkę. Przypominam sobie, co mówił Kajtek: „Jest to miejsce oddalone od pochylonego drzewa akacjowego, w głąb lasu, na odległość do około pięciu metrów, patrząc na wprost w kierunku drzewa, bardziej w prawą stronę. Wykop miał wymiary około dwóch metrów szerokości i dwóch metrów długości. Głębokość od metra do półtora metra, gdyż Łukasz był niewysoki i ciężko by im było głębiej kopać. Jeszcze raz powtarzam, że co do wskazanego kompleksu leśnego jestem całkowicie pewny, że w tym kompleksie zostały zakopane zwłoki maturzysty”.

Matka nawet nie chce patrzeć na zdjęcia, odwraca głowę w stronę okna i mówi:

– Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Piętuś ma dwu adwokatów z wyboru. Skąd on ma takie pieniądze, żeby ich opłacać? Mąż raz zobaczył jednego z adwokatów Piętusia na ulicy i chciał go pobić... Nie wytrzymał. Teraz też musimy wynająć adwokatów... Bo przed nami rozprawa apelacyjna. Zabójcy Bartka zaskarżają wyrok. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby wypuszczono ich na wolność.

– A prokuratura, nie wierzycie w nią?

Odpowiedzią jest wymowne milczenie i gest ręką, żebym „lepiej dał sobie spokój”.

 

 Walka w sądzie

 

Kilka miesięcy po mojej rozmowie z rodzicami Sąd Apelacyjny w Krakowie uchylił dwa wyroki dożywocia na członków tak zwanego gangu zabójców z województwa świętokrzyskiego, oskarżonych o zabójstwa pięciu osób i usiłowanie zabicia kolejnych dwóch. Ich ofiary to właściciele, współwłaściciele lub pracownicy kantorów. Sprawcy zbrodni byli wyjątkowo brutalni: najpierw strzelali do ofiar, a dopiero potem sprawdzali, czy mają pieniądze.

W lipcu 2010 roku krakowski sąd skazał Tadeusza G. i Wojciecha W. na kary dożywocia, a Jacka P. na 15 lat pozbawienia wolności. Od tego wyroku apelowała prokuratura i obrońcy dwóch oskarżonych.

Sąd utrzymał w mocy wyrok 15 lat pozbawienia wolności dla Jacka P. Dodatkowo pozbawił go praw publicznych na 6 lat. Wyroki dożywocia w stosunku do Tadeusza G. i Wojciecha W. uchylił i sprawę skierował do ponownego rozpoznania przez Sąd Okręgowy w Krakowie. Z informacji uzyskanych przez PAP wynika, że głównym powodem uchylenia wyroku były kwestie formalne.

W listopadzie 2013 roku oskarżeni usłyszeli wyrok po raz trzeci - identyczny jak w poprzednich procesach. Ponownie wyrok zaskarżono do Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Ten jednak oddalił wniosek obrony. Wyrok jest już prawomocny.

 

Symboliczny grób

 

Na cmentarzu w Suchedniowie jest grób Bartka. Symboliczny. Na tablicy zaznaczono, że nie spoczywa tutaj jego ciało. Bartek miałby dzisiaj 32 lata.

 

Wykorzystałem fragment mojej książki "Człowiek z Lasu. Polska lokalna." (Wydawnictwo Czarna Owca, 2013)

Tagi: suchednów, skarżysko kamienna, detektyw rutkowski, policja, domaradzki, zabójstwo maturzysty

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone