25 Listopada 2016

Polska
autor: Łukasz Pawelski

Pożegnanie z Press-em

  • Andrzej-Skworz.jpg Andrzej Skworz

Andrzej Skworz pozuje na sumienie polskich mediów. Ten 53-latek od ponad 20 lat wydaje branżowy miesięcznik „Press”, w którym recenzuje cały polski rynek medialny. Początek XXI wieku, to było pasmo sukcesów. Press miał miliony złotych przychodów z reklam, sprzedając przede wszystkim prestiż dotarcia do najbardziej wpływowych ludzi mediów w Polsce. Ale od kilku lat jest coraz gorzej nakład i sprzedaż Press (od 2014 r. jest już tylko 10 wydań w roku) od systematycznie spada (aktualnie ok. 2550 sztuk, w tym ok. 150 e-wydań, spadek w ciągu ostatnich 4 lat o ponad tysiąc sztuk). Kojarzony z salonem III RP redaktor Skworz (były szef regionalnego dodatku „Gazety Wyborczej”) ma pełne prawo przypuszczać, że podobnie jak inne tytuły o tej linii politycznej straci wpływy od spółek skarbu państwa i państwowych agend. A właśnie to utrzymanie, a nawet nieznaczne zwiększenie wpływów reklamowych (z 4,42 mln zł do 4,52 mln zł) pozwala wydawnictwu funkcjonować. –Chyba w tym roku pójdziemy na całość i „Dziennikarzem Roku” zostanie jedna z gwiazd „dobrej zmiany” - żartuje jeden z dziennikarzy „Press”. Skworz przespał, bowiem rewolucję internetową i obecnie znaczna część ludzi mediów czerpie wiedzę z internetowego serwisu wirtualnemedia.pl, a nie z serwisu Press-u. Dziś byt Press-u zależy tylko od wciąż cieszących się pewnym prestiżem nagród środowiskowych typu „Dziennikarz Roku” czy „Grand Press”. To te gale są magnesem reklamodawców, chociaż z roku na rok prestiż i znaczenie ich spada.

 

Branżowy tabloid

Press w tym roku obchodził 20-lecie. Skworz stworzył go po tym jak stracił pracę w „Gazecie Wyborczej” (dziś podkreśla, że nie odszedł dobrowolnie). Zatrudnienie znalazł wówczas u kontrowersyjnego biznesmena Piotra Bykowskiego. Zamieszanego później w szereg afer przestępczych.  - Gdy wyrzucono mnie z „Gazety Wyborczej”, znalazłem u niego pracę, jako redaktor naczelny powstającego tygodnika „Fortuna”. Wcześniej zapytałem oficjalnie (rzecz łatwa do potwierdzenia) szefa poznańskiego UOP Macieja Urbańskiego, czy mają coś na Piotra Bykowskiego, bo waham się czy iść do niego do pracy - zaprzeczył. Nie widziałem, więc przeszkód, by zatrudnić się w Grupie Invest Banku. Ale zanim nasze pismo weszło na rynek, po trzech miesiącach Bykowski mnie zwolnił. Uważam, że niesprawiedliwie – mówi „Gazecie Finansowej” Skworz. Bliskie relacje Urbański (wieloletni pracownik służb, który parę lat temu przeszedł na emeryturę ze Służby Kontrwywiadu Wojskowego) – Skworz podkreślało wielu naszych rozmówców.

 

        O ile pomysł na pismo branżowe rewolucyjny nie był, to rozpoczęcie przyznawania od 1997 r. dziennikarskich – już tak. Na tym zbudował się „Press”. Wraz z pogarszającą się koniunkturą na rynku mediów nastąpiło przeorientowanie się pisma w stronę tabloidu branżowego publikującego ostre teksty z tezą, tak, aby istnieć w branży. „W piśmie "Press" jest wiele ciekawych artykułów, ale mam wrażenie, że coraz bardziej pada ono ofiarą swego redaktora naczelnego i jego uzurpacji. Otóż mianował się on dziennikarskim autorytetem, ubrał się w szaty Katona i kategorycznym tonem karci rozdając cenzurki według swego wybitnie selektywnego uznania” – komentował Tomasz Lis, redaktor naczelny „Newsweeka” w 2012 r. przy okazji artykułu recenzującego Skowrza i Press, na należącym do niego portalu natemat.pl. Lis odpowiedział w ten sposób Skworzowi na ostrą krytykę swojego startupu na łamach magazynu. Jak się okazało, niesłuszną, bo projekt Lisa okazał się jednym z największych komercyjnych sukcesów w kategorii media internetowe w historii Polski.

 

Sumienie (wybiórcze) dziennikarstwa

Diagnozę Lisa potwierdzają wypowiedzi Skworza z ostatnich lat. Otwarcie przyznał w ubiegłorocznym wywiadzie dla „Dziennika”, że media kłamią (nie powiedział czy dotyczy to również jego magazynu). „Tak, mamy, [jako media – red.] mnóstwo za uszami, nie tylko brak rzetelności przy sprawdzaniu faktów. Wydawcy jeszcze 10 lat temu chętnie rozmawiali o kodeksach etycznych, dziś tego tematu nikt nie dotyka. Wszyscy wiedzą, że robimy w konia odbiorców” – mówił Skworz. „Polski typ dziennikarstwa stawia nas raczej obok Włoch, gdzie dziennikarze bywają takimi samymi politykami jak politycy, tylko, że pracują w redakcjach. Nie podoba mi się ta moda na mówienie: „Ja jestem nieobiektywny” – dodawał.

 

        Problem w tym, że sposób dziennikarstwa ostro krytykowany przez Skworza jest właśnie podstawą funkcjonowania magazynu Press. Chociaż naczelny krytykuje publicznie spadający poziom dziennikarstwa i pisanie pod tezę, to właśnie dokładnie tego typu materiały puszczane są w Press-ie. Przy czym decydującym czynnikiem jest sytuacja polityczna i prywatne sympatie właściciela i redaktora. Gdy w 2009 r. Hanna Lis została wyrzucona dyscyplinarnie z telewizji Press pominął w tekście informacje, iż Komisja Etyki TVP przyznała rację Janowi Pińskiemu (współautorowi tego tekstu). A wręcz wyciął ją z autoryzowanej wypowiedzi. Sam Skworz podtrzymał swoją opinię poinformowany przez Pińskiego, tłumacząc, że sam redaguje swoją gazetę. - Treści w „Press” nie powstają w wyniku telefonicznych nacisków i interwencji. Zaś o decyzji Komisji Etyki TVP wobec Hanny Lis pisaliśmy w naszych mediach kilkakrotnie, odsyłam do archiwum – broni się po latach Skworz. Problem w tym, że tej informacji próżno było szukać w wydaniu omawiającym całą sprawę, a informacja powróciła wtedy, gdy Skworzowi było to już wygodne.

 

        Jeszcze ciekawiej wyglądają komentarze Skworzy do afery z Kamilem Durczokiem, redaktorem naczelnym „Faktów” TVN oskarżonym o mobbing i molestowanie seksualne podwładnych. „Czytałem takie wpisy: „Oczekujemy wieczornych wydań serwisów informacyjnych, w których dziennikarze pogonią z kamerą i mikrofonem za panem Kamilem, odwiedzania z mikrofonem i kamerą jego rodziny, byłej żony, znajomych i sąsiadów. Wypytanie przełożonych, czy niczego nie zauważyli”. Z niczym takim nie mieliśmy do czynienia. Kamil Durczok opowiadał w TOK FM, jak się czuje osaczony, ale pod jego domem nie koczowali dziennikarze. Nie było wiosek wozów satelitarnych pod TVN. Został potraktowany bardzo delikatnie przez media. Współczuję mu, ale musi wiedzieć, że uniknął większości tego, co dziennikarze normalnie serwują swoim negatywnym bohaterom. W tym przypadku zachowaliśmy się jak mafia – chroniliśmy swojego” – recenzował Skworz na łamach tygodnika „Do Rzeczy”.

 

        Skworz, jako komentujący te zarzuty jest o tyle w ciekawej sytuacji, że w 2012 r. portal natemat.pl przytoczył oskarżenia go o mobbing. Przy czym były one bardzo ostro sformułowane. „Wielu pracowników odeszło z redakcji skarżąc się na atmosferę mobbingu…” (…) „Przychodziliśmy do pracy o 10, trudno było wyjść przed 20. Jak każdy tam, pracowałam niemal na dwa etaty: pisałam teksty do codziennego newslettera - presserwisu, a do tego jeszcze drukowanego wydania. Wymagano od nas bardzo dużo, mieliśmy być najlepsi, ale zarządzanie redakcją odbywało się przez terror i mobbing. Na porządku dziennym były wrzaski i przekleństwa – wspomina jedna z dziennikarek miesięcznika” (…) „Cały czas robisz coś źle. Odchodząc usłyszałem, że przez lata nie napisałem ani jednego dobrego tekstu – mówi inny dziennikarz "Press" i przyznaje, że po tym, jak zwolnił się z miesięcznika, przez długi czas omijał nawet ulice, którymi jeździł do pracy. – Z dziennikarzami, których tam poznałem, spotykamy się do dziś. Często śmiejemy się, że mamy grupę wsparcia po "Press". Ale to taki śmiech przez łzy – dodaje”. Tak pisał w 2012 r. portal natemat.pl bez ogródek mówiąc o zarządzaniu redakcją przez terror i mobbing. Pytany o to czy skierował sprawę do sądu – skoro oskarżenia są bezpodstawne - Skworz ma dziwne wytłumaczenie. - Nie wystąpiłem do sądu, bo tylko Tomasz Lis mówił tam o mnie krytycznie, a wszyscy pozostali, pod nazwiskiem chwalili. Na cytat, który Pan przywołał, nie było dowodów w treści tekstu – mówi Skworz. Czyli brak dowodów na oskarżenia podniesione przez natemat.pl były powodem…odstąpienia od procesu sądowego (sic!).

 

Wysokie przychody reklamowe Press, sądząc po reklamach na gali i w magazynie zależą w dużej części od spółek skarbu państwa. Stąd właśnie prawdopodobnie delikatny skręt w kierunku „dobrej zmiany”, jaki po cichu zrobił Press. Skworz np. dosyć mocno skrytykował „Gazetę Wyborczą” zarzucając jej uczestniczenie w kampaniach wyborczych. Informował wręcz, że trzy tygodnie przed wyborami przestaje czytać „GW”

 

Gazeta-Finansowa.jpg

 

Znalezione w Krajowym Rejestrze Sądowym

Samo małe imperium Skworza jest nie przejrzyste. Równolegle do głównej działalności, czyli Press sp. z o.o. spółka komandytowa, Skworz prowadzi Fundację Grand Press. Na pytanie, dlaczego nie składa ona sprawozdań ze swojej działalności do Krajowego Rejestru Sądowego usłyszeliśmy, że nie robi tego, „ponieważ nie prowadzi działalności gospodarczej”. To o tyle ciekawe, iż w akcie założycielskim fundacji figuruje stwierdzenie, że „majątek fundacji stanowi jej fundusz założycielski 1500 zł oraz inne mienie nabyte przez Fundację w toku działania.” W kolejnym punkcie zaś jest napisane, że „z funduszu założycielskiego na działalność gospodarczą przeznacza się 1000 (tysiąc) zł”. Potem kwota funduszu założycielskiego została podwyższona do 2500 zł.

 

        Analizując dane z KRS trafiliśmy na ślad dziwnej transakcji, w wyniku, której mógł ponieść straty skarb państwa, a także spółka należąca do Skworza. Bilans sporządzony na dzień 31 grudnia 2013 roku wskazuje, że nieruchomości należące do spółki Press (sp. z o.o. sp. komandytowa) wyceniania jest przez spółkę na kwotę 393 247,43 złotych (pozycja budynki, lokale i obiekty inżynierii lądowej i wodnej). W 2014 r., w którym doszło do sprzedaży nieruchomości „Przedmiotem działalności wydawnictwa w 2014 roku były usługi w zakresie kolportażu wydawnictw prasowych i książkowych, w ścisłym powiązaniu z reklamą i ogłoszeniami.” Ma to olbrzymie znaczenie przy ocenie ile mogła wynieść cena ww. nieruchomości. Przychody netto ze sprzedaży wyniosły w 2014 roku 4 958 969,99 złotych. Na kwotę tę składało się: prenumerata 283 029,34 złotych, reklama 4 425 851,22 złotych i pozostałe 250 089,43 złotych. Może to wskazywać, że mieszkanie zostało nabyte za powyższą kwotę. Jednak należy zwrócić uwagę na to, że chodzi tu o przychody z działalności podstawowej. Z kolei na pełnym bilansie sporządzonym na dzień 31 grudnia 2014 roku wynika, że sprzedaż ww. nieruchomości skutkowały wyzerowaniem pozycji bilansu „budynki, lokale i obiekty inżynierii lądowej i wodnej” z 393 247,43 złotych w grudniu 2013 roku na 0 w grudniu 2014 roku.

 

Sprawozdanie Zarządu z działalności „PRESS spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa w Poznaniu za rok wskazuje, że przychody ze sprzedaży z tytułu działalności podstawowej wyniosły 4 958 969,99 złotych. Czyli jest to kwota z tytułu przychodu ze sprzedaży. Sprawozdanie zawiera informację, że „pozostałe przychody operacyjne” wyniosły 79 934,78 złotych. Jeżeli sprawozdanie jest prawidłowo zrobione, to właśnie ta kwota jest należnością za nieruchomość.

 

W aktach KRS udało nam się znaleźć tylko jedną zgodę na sprzedaż nieruchomości, właśnie tej, którą nabył od spółki Andrzej Skworz. - Nabyłem za cenę rynkową, powyżej wartości księgowej, opłaciłem wszystkie wymagane podatki, a spółka zaksięgowała transakcję zgodnie z regułami i odprowadziła należności. Pytając czy działam na szkodę własnej spółki sugeruje Pan, że działam na własną szkodę. To modna ostatnio teoria o polskich przedsiębiorcach, ale ja jej nie podzielam – odpowiedział Skowrz na pytania „Gazety Finansowej”, nie odpowiedział jednak na pytania o kwoty transakcji. Wbrew pozorom nie chodzi tylko o stratę jego spółki, ale także o należne podatki, a to już wszystkich interesuje.

 

źródło "Gazeta Finansowa".

Tagi: andrzej skworz, gazeta finansowa, press, magazyn press, tomasz lis, poznań, jan piński, kamil durczok, do rzeczy, gala press, grand press, press spółka z o.o., fundacja grand press, krs, press spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone