24 Maja 2015

Polityka
DSC1066.jpg
autor: Olga Wasilewska

Tajemnica zaginięcia Andrzeja Hadacza

  • DSC0075.jpg

Największy nieobecny ostatniej przedwyborczej debaty zarzeka się, że decyzję, by nie pojawiać się przed TVN podjął sam. Doradził mu ją wprawdzie „znajomy”, ale jak zapewnia Andrzej Spod Krzyża, to osoba prywatna, niemająca ze światem polityki nic wspólnego.

 

Wieczór przed prezydencką debatą w stacji TVN. Zgromadzeni czekają na przybycie kandydatów. W tłumie przebijają się okrzyki: „Duda! Duda!”, na przemian z hasłami: „Komorowski! Komorowski”. Ale to nie koniec. Okazuje się, że poza dwoma głównymi bohaterami spektaklu jest też trzeci, na którego przybycie wielu oczekuje z niecierpliwością. Tłum znów pokrzykuje: „Gdzie jest Hadacz?! Gdzie jest Hadacz?!”

 

Chodzi o Andrzeja Hadacza. Jednego z nieformalnych bohaterów kończącej się właśnie kampanii. Kiedyś przywódca obrońców krzyża spod Pałacu Prezydenckiego, potem zdecydowany przeciwnik PiS. W ciągu ostatnich kilku tygodni pojawiał się wszędzie tam, gdzie swoje spotkania z wyborcami odbywał prezydent Bronisław Komorowski. Deklarował poparcie. Przed kamerami chętnie opowiadał o politycznym nawróceniu. O tym, jak z człowieka, który kiedyś zawzięcie, z błyskiem szaleństwa w oczach, krzyczał do zwolenników Platformy: „Ja was nienawidzę”, przemienił się w jej gorącego zwolennika i pokochał urzędującego prezydenta.

 

Media z kolei pokochały Andrzeja Hadacza, bo to postać bardzo wyrazista, ze wszech miar egzotyczna. Filmy z jego udziałem biją na YouTube rekordy popularności. Hitem jest, rzecz jasna, produkcja „Gdzie jest krzyż?!”, zatytułowana tak od, kultowego już dzisiaj hasła, które skandował Hadacz, wtedy jeszcze gorący zwolennik PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

 

Krzyż jest, Hadacz nie

 

W ostatnich dniach kampanii o byłym obrońcy krzyża znów zrobiło się głośno, w związku z incydentem, do którego doszło po zakończeniu pierwszej debaty pretendentów do prezydenckiego fotela, przed siedzibą TVP. Hadacz podbiegł do wychodzących z debaty członków PiS, z Andrzejem Dudą na czele, krzycząc, że PiS go oszukał. I nazywał wszystkich „pis-owską wścieklizną”. Było dużo hałasu i machania rękami. Zajście, rzecz jasna, zarejestrowały media.

 

Kilka dni później, przed kolejną debatą, zgromadzony przed TVN tłum najwyraźniej oczekuje powtórki. Wyglądają przybycia Hadacza. A Hadacza nie ma. Nie pojawia się, co jest o tyle dziwne, że do tej pory wykorzystywał niemal każdą okazję, by pokazać się w świetle kamer. Przed TVN pojawił się krzyż. A Hadacza nie ma. „Gdzie jest Hadacz?!” – zastanawia się tłum.

 

– Nie mogłem się pojawić. Doradzono mi, żebym nie przychodził – wyjaśnia wielki nieobecny.

 

Przypomina mi się rozmowa z jednym ze współpracowników prezydenta Komorowskiego. Kiedy spytałam go o obecność Hadacza w kampanii wyborczej, zrezygnowany, jedynie machnął ręką. – Więcej z nim kłopotu, niż z niego pożytku. On nam szkodzi. On sobie z tego nie zdaje sprawy, ale szkodzi –  tłumaczył.

 

Łysy i kumple od Dudy

 

Gorące uczucia, które Hadacz deklarował w stosunku do głowy państwa, ewidentnie nie cieszyły prezydenckiej kancelarii. Pomyślałam więc, że być może delikatnie doradzono panu Andrzejowi, żeby chwilowo dał sobie spokój z publicznym okazywaniem uczuć wobec Bronisława Komorowskiego. Ale największy nieobecny ostatniej przedwyborczej debaty w TVN zarzeka się, że decyzję, by nie pojawiać się przed stacją podjął sam. Doradził mu ją wprawdzie „znajomy”, ale jak zapewnia Andrzej Spod Krzyża, to osoba prywatna, niemająca ze światem polityki nic wspólnego.

 

Skoro nie strategia wyborcza to, co? Co powstrzymało najzagorzalszego zwolennika prezydenta przed dopingowaniem go na ostatniej prostej? – Nie chciałem się pojawiać, bo zagrożone było moje bezpieczeństwo. Grożono mi śmiercią. Pobili mnie. Dusili. Szarpali. Ten łysy mnie kopnął! Ten łysy w okularach! Będzie proces. Moi prawnicy już się tym zajmują – tłumaczy Hadacz.

 

Próbuję uporządkować fakty. Po pierwsze: Kto pobił? Po drugie: Kim jest „łysy w okularach”? Po trzecie: Czy „poszkodowany” złożył doniesienie na policję? Wreszcie: Kto będzie miał proces?

 

Hadacz wyjaśnia, że chodzi o zajście przed siedzibą TVP, a „łysy w okularach” to członek sztabu Dudy. To właśnie oni – łysy i jego koledzy ze sztabu kandydata PiS – mają zostać pozwani. Zawiadomienia na policji jeszcze nie ma, bo pan Andrzej „ma wakacje”. Ale nie omieszka go złożyć, jak tylko wakacje się skończą. Kiedy? Nie uściśla.

 

Wojna na argumenty

 

– Ja sobie stoję spokojnie, a oni rzucają się na mnie – mój rozmówca relacjonuje, jak jego zdaniem, wyglądało starcie ze sztabem kandydata PiS. Wszystko zostało nagrane. Łatwo zweryfikować fakty. Film już jest na YouTube, pod kilkoma alternatywnymi tytułami, m.in. „Troll Andrzej Hadacz szaleje po debacie prezydenckiej 2015”. Rzeczywiście, jest gorąco. Hadacz krzyczy i próbuje dostać się w pobliże Andrzeja Dudy. Członkowie sztabu zagradzają mu drogę. Hadacz wymachuje rękami i jeszcze głośniej krzyczy. Otoczenie Dudy próbuje go zagłuszyć, skanduje: „Duda! Duda!”. Hadacz jednak nie daje za wygraną, choć na moment traci pewność siebie.

 

Szuka właściwego argumentu. Znajduje go. Pokazuje skandującym środkowy palec. Krzysztof Łapiński ze sztabu kandydata PiS w odpowiedzi próbuje uścisnąć dłoń Hadacza. Ten, w ferworze walki, przyjmuje uścisk. Szybko pojmuje, że popełnił błąd. Znów pokazuje środkowy palec i krzyczy: „Nie dotykaj mnie, ty wścieklizno PiS-owska”. Sztab Andrzeja Dudy oddala się. Bohater wieczoru zaczyna wygłaszać mowę o niegodziwościach rządu Jarosława Kaczyńskiego. Robi to, w skierowanych na siebie blaskach kamer, wszystkich telewizyjnych stacji. Właśnie to nagranie ma stać się koronnym dowodem w procesie, który Hadacz ma zamiar wytoczyć sztabowi kandydata PiS. – Niech sobie pozywa – komentuje z uśmiechem Łapiński. Wiadomość o groźbach zwolennika Bronisława Komorowskiego, delikatnie mówiąc, nie wywołuje w sztabie PiS specjalnej paniki.

 

– Nie przyszedłem przed TVN, bo bałem się, że mnie tam zabiją. Skąd mogłem mieć pewność, że ktoś nie wyciągnie noża i nie wsadzi mi go w plecy? –  tłumaczy swoją nieobecność Andrzej Hadacz.

 

To zabawne. Po zajściu, do którego doszło po pierwszej debacie, przed drugą, która miała odbyć się w TVN, wiele osób obawiało się takiego scenariusza. Obstawiali tylko, że nóż pojawić się może nie w plecach, a w ręku… Andrzeja Hadacza. 

Tagi: hadacz, krzyż, debata, tvn, komorowski, duda, kampania prezydencka

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone