14 Czerwca 2015

Polityka
SLiMM.jpg
autor: Sylwester Latkowski, Michał Majewski

Szef MSW: Państwo polskie istnieje teoretycznie

  • pap201407110F5.jpg Warszawa, 11.07.2014. Minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz po głosowaniu. Sejm odrzucił 11 bm. wniosek PiS o wotum nieufności dla szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza. (cat) PAP/Tomasz Gzell

Lipiec 2013 r. Marek Belka, Bartłomiej Sienkiewicz i Sławomir Cytrycki rozpoczynają spotkanie. Początkowo rozmowa dotyczy koniaków, Sienkiewicz opowiada o fascynacji araratem. Fachowo rozprawia o smakach i kolorach trunku. – On ma w sobie taką miękkość, którą miały wszystkie dobre koniaki w Sowietii. A ja miałem takiego wuja, który trochę zastępował mi ojca. Chodziłem z nim na polowania. Uważał, że to najlepszy napój stworzony przez człowieka. Mi proponował calvadosa. Twierdził, że frukta są zdrowe dla młodzieży, ale jeśli chodzi o bardziej podniosłe uroczystości, to tym araratem się raczyliśmy. Zostało mi w pamięci – opowieść szefa MSW zachęca resztę do podzielenia się wiedzą na temat koniaków i podróży do Armenii. Ożywioną dyskusję przerywa kelner. Towarzystwo zamawia przystawki: carpaccio z mathiasa holenderskiego, kawior z anchois, rzodkiewki piklowane, kawior z łososia, tatara, carpaccio z mlecznej jagnięciny oraz grillowany kozi ser ze szparagami. Głównym daniem mają być policzki, ogony wołowe oraz ośmiornica. Po krótkiej naradzie i stwierdzeniach, że wino do śledzia nie pasuje, zapada decyzja co do trunku. – Sześć wódeczek – ordynuje Sienkiewicz. To na początek. Po dwa kieliszki na głowę. Opowieść przenosi się do Hiszpanii. Szef MSW wspomina konsultacje międzyrządowe w Kordobie. Z podziwem mówi o hiszpańskim premierze Marianie Rajoyu i jego refleksie w sytuacji kryzysowej. To czas, kiedy Hiszpanią wstrząsa afera korupcyjna. Z opublikowanych przez media dokumentów wynika, że partia premiera Rajoya przez lata przekazywała czołowym dygnitarzom gotówkę, wpłacaną przede wszystkim przez biznesmenów z branży budowlanej i sektora nieruchomości. Przez dziesięć lat z tej czarnej kasy wypłacono ponoć 7,5 mln euro. Rajoy jest w tarapatach.

 

Belka:  kilka miesięcy przed faktem zadzwoniłem do Donalda i powiedziałem mu, że sprawa Amber Goldu jest dość poważna

 

Bartłomiej Sienkiewicz: Miałem możliwość obserwowania premiera obcego kraju w sytuacji kompletnej prowizorki. […] Stoją na konferencji i jestem bardzo ciekawy, jak się zarządza tego rodzaju piękną katastrofą. Co ten facet powie? Pierwsza sprawa: nie spocił się. Druga sprawa to świetny komunikat, który brzmiał: „Królestwo Hiszpanii jest państwem prawa i żadne państwo nie ulegnie szantażowi. To jest wszystko, co mam do powiedzenia”.

Marek Belka: Ciekaw jestem, jak by to wyglądało u nas, gdyby sytuacja była podobna. Tylko jak to zawsze mówią, jaki kraj, taki terroryzm, więc jaki kraj, takie awantury. Młody Tusk się okazuje jest zatrudniony w firmie, kurwa, nie wiadomo jakiej.

BS: OLT [firma lotnicza Marcina P., twórcy piramidy finansowej Amber Gold – red.].

MB: Nawiasem mówiąc, ja o tym nie wiedziałem. Ale kilka miesięcy przed faktem zadzwoniłem do Donalda i powiedziałem mu, że sprawa Amber Goldu jest dość poważna. To jest piramida finansowa, ale poważniejsza ze względu na to, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express. Że będzie jakaś awantura z tym OLT Expressem, ale...  Przez myśl mi nie przeszło, że to ma coś związane… Ja nie wiem, czy on nie myślał sobie…

SC: O tym żeby…

MB: To ja wiem, nie – skąd!

BS: On nie wiedział o synu

MB: No to prawdopodobne. Natomiast, natomiast, wiesz: tu jest firma, która, kurna… Na

przykład moje lotnisko im. Reymonta, czyli w Łodzi, […] malutkie lotnisko, chuj wie

komu potrzebne, ale jest… Ale jeszcze nie aż tak bardzo niepotrzebne jak to lotnisko w

Gdyni, jak się okazuje. [...] Otóż to lotnisko, to lotnisko w Łodzi wisiało na tym OLT.

BS: No tak, tak jak wisi... na WizzAirze i Ryanairze. [...] Dlatego my ich dotujemy pod stołem, żeby w ogóle był jakiś ruch lotniczy.

 

Belka: Rynki łykną deficyt

 

Rozmowa o młodym Tusku i firmie OLT Express obniża nieco nastroje biesiadników. Belka zmienia temat rozmowy, oświadczając, iż wierzy w to, że Polska zaczyna wychodzić z kryzysu. Ocenia zwiększenie deficytu jako dobre posunięcie Jacka Rostowskiego. – Rynki łykną to kompletnie – podsumowuje pomysł nowelizacji budżetu, który w tamtym czasie rozgrzewa opinię publiczną. Sienkiewicz jest jednak sceptyczny.

MB: W ogóle nie ma problemu.

BS: No tak, ale co nie zmienia faktu...

SC: Politycznie jest zawierucha i hałas.

BS: Politycznie być może. Ale nie wygląda to dobrze z punktu widzenia takich swobód budżetowych, bo...

SC: Bo wojsko zostanie trachnięte…

BS: Nie zostanie. […] Przecież my nie możemy złamać zapisu.

MB: Eee, naprawdę?

BS: Tak, tak. Poprzednie oszczędności z dwutysięcznego...

MB: Przechodzą na następne?

BS: Tak.

MB: To w takim mamy jakąś kupę pieniędzy do wydania. [...]

 

 

Mości książę, Marek jestem!

 

Kupa pieniędzy do wydania zdecydowania rozluźnia atmosferę. Prezes Narodowego Banku Polskiego proponuje ministrowi spraw wewnętrznych przejście na ty.

MB: Ja proponuję, ponieważ, jak rozumiem, ja jestem tutaj najstarszy, z wyjątkiem…

SC: Chuja […].

MB: …z wyjątkiem tego chuja, po prostu, który się o trzy tygodnie wcześniej urodził… [Belka urodził się w styczniu 1952 r., Cytrycki w grudniu 1951 r. – red.].  

SC: Bez uzgodnienia?

MB: Bez uzgodnienia, chuju stary.

SC: Inaczej musiałaby mnie donosić matka...

MB: Chciałbym zaproponować, żebyśmy przeszli, że tak powiem, na mości książę i tak dalej, czyli, mówiąc krótko: ja jestem Marek.

BS: Bardzo dziękuję. Bartek.

 

Prezes i minister o dodrukowaniu kasy

 

Sienkiewicz wraca do tematu kiepskiej sytuacji budżetowej. Stwierdza, że 25 dużych baniek (25 mld zł) jakoś da się wyskrobać, ale 35 dużych baniek się nie wyskrobie. Dopytuje prezesa NBP o możliwość druku pieniędzy. Belka odpowiada, że nie ma takiej potrzeby, bo sytuacja nie jest dramatyczna. Sienkiewicz drąży temat.

BS: Rozmowa nie jest o tym, że ten temat grzęzł tak jakby, tylko teza Rostowskiego, co parę razy już słyszałem. Z dwa razy osobiście, raz od premiera, który też nie bardzo rozumiał, o co w tej sprawie chodzi – brzmiała tak: „[…] mamy zakaz drukowania pieniędzy”.

MB: Tak, to znaczy konkretnie mówiąc, mamy zakaz finansowania przez Narodowy Bank Polski deficytu budżetowego.

BS: Tak. A co to znaczy?

MB: To znaczy, że Belka nie może – w odróżnieniu od Bank of England czy Federal Reserve, Bank of Japan, ale tak jak w Bundesbanku, który się obecnie nazywa European Central Bank… Belka nie ma prawa zakupić bezpośrednio od Rostowskiego papierów wartościowych. Nie ma.

SC: Finansować polskiego długu.

MB: Co by to oznaczało? Ja bym od niego kupił papiery. Ja był mu dał złotówki, a on by je sobie wydał, czyli to byłoby zwiększenie deficytu budżetowego, zwiększenie ilości pieniądza w ogóle.

BS: Hm. Ale poza tym, rozumiem, że istnieje możliwość uruchomienia maszyn nieprzeznaczonych na wykup obligacji, tylko na zwiększenie ilości i masy pieniądza na rynku, tak?

MB: Co ja mogę zrobić? Co ja mogę zrobić? Czego, oczywiście, dżentelmeni nie mówią i o czym on [Jacek Rostowski – red.] kiedyś powiedział publicznie, a ja powiedziałem, że prawnie on ma rację, ale dżentelmeni się na ten temat publicznie się nie wypowiadają. Otóż, gdyby się okazało w jakimś momencie, że minister finansów nie może sfinansować swoich potrzeb pożyczkowych, bo rynki odmawiają zakupu obligacji, polskich papierów, tak jak zrobiły to w przypadku Grecji, Irlandii i innych krajów. No bo uznały, że ten kraj jest niewypłacalny.

SC: A on musi deficyt sfinansować...

BS: Tak. 

MB: Albo są w stanie kupić te papiery po jakichś niezwykle atrakcyjnych cenach, czyli po wysokiej rentowności. Wtedy – i to jest sens posiadania własnej waluty, a nie euro – wtedy bank centralny Polski może powiedzieć tak: „No, ja bym ewentualnie mógł kupić pewną ilość obligacji. No nie bezpośrednio na aukcji w Ministerstwie Finansów, ale na przykład w BGK lub PKO BP, czyli z czegoś, co formalnie...

SC: To nie jest wtórny rynek.

BS: […] de facto wtórnym rynkiem nie jest.

MB: No oczywiście, że tak.

BS: OK.

MB: Czyli ja bym wtedy mógł kupić te obligacje. Oczywiście, to by musiało być pod jakimiś tam warunkami, coś takiego.

 

 

Nie dopuścić PiS do władzy

 

Sienkiewicza nadal nurtują wątpliwości. Pyta Belkę, jak ewentualny skup obligacji przez NBP wpłynąłby na wycenę polskiego długu. Prezes NBP uspokaja. Mówi, że reakcja byłaby pozytywna. Opowiada, że taki kraj jak Polska nie może zbankrutować we własnej walucie. Wywód przerywa pojawienie się kelnera. Na stół wjeżdżają przystawki. Po chwili prezes NBP wraca do tematu upadku finansów państwa, finansowania deficytu przez NBP. Wyjaśnia, że mogłyby być ogromne trudności z powrotem polskich obligacji na rynek. Groziłoby nam wyższe oprocentowanie długu. – Dlatego lepiej tego nie dotykać – puentuje Belka. Przytakuje Sienkiewiczowi, gdy ten pyta, czy taki scenariusz miałby siłę broni atomowej, której nie należy wykorzystywać, jeśli nie trzeba tego robić. Ta dyskusja to jednak tylko wstęp do kulminacyjnego momentu wieczoru. – A mogę zadać inne pytanie, znacznie trudniejsze? – pyta Sienkiewicz. I przedstawia Markowi Belce hipotetyczną sytuację, w jakiej może się znaleźć rząd na osiem miesięcy przed wyborami do Sejmu. Sytuacja jest trudna. PiS ma 43 proc. poparcia. W budżecie państwa brakuje pieniędzy, opóźniają się wpływy do kasy państwa, cięcia są niewystarczające. Rząd ma jednak świadomość, że sytuacja nie jest beznadziejna, bo w dłuższej perspektywie będzie lepiej. Ale w tej sytuacji wybory wygra PiS. A to oznacza katastrofę – z Polski wycofują się zagraniczni inwestorzy, pogarsza się sytuacja finansowa. Sienkiewicz sonduje Belkę, czy jego zdaniem w takiej sytuacji lepiej jest nic nie robić, czy podjąć działania specjalne, o których rozmawiali wcześniej – czyli m.in. finansowanie deficytu przez NBP. Cel jest oczywisty: nie dopuścić w ten sposób do zwycięstwa PiS. Sienkiewicz nie ma wątpliwości, że takiej operacji specjalnej nie da się przeprowadzić z ministrem finansów Jackiem Rostowskim – bo powie „w życiu!”. Marek Belka nie widzi problemu. Mówi, że jego warunkiem jest dymisja ministra finansów. I proponuje powołanie technicznego, niepolitycznego ministra finansów, który znajdzie w banku centralnym pełne wsparcie. Cztery miesiące później szef resortu finansów Jacek Rostowski zostanie odwołany, a jego miejsce zajmie pozbawiony politycznego zaplecza Mateusz Szczurek.

BS: A mogę zadać inne pytanie, znacznie trudniejsze?

MB: Proszę bardzo, spróbujemy.

SC: Mamy deficyt budżetowy, ryzyko przekroczenia progu, 43 proc. w CBOS dla PiS-u i osiem miesięcy do wyborów...

MB: Bardzo mi się podoba takie postawienie sprawy. Jeszcze raz.

BS: Dobra. Warunki wyjściowe do worst case scenario.

MB: Hm.

BS: Mamy dupę pogłębiającą się na poziomie budżetu państwa. OK, Polska wychodzi z kryzysu dzieje się to na tyle wolno, wszystko, wszystko działa, tylko problem polega na tym, że wpływy są opóźnione i wiemy, że buchnie pieniędzmi, tam nie wiem, w 2015 r. pod koniec, ale na razie nie bucha. Są sygnały, że idzie ku lepszemu. Brakuje pieniędzy w budżecie, cięcia są niewystarczające. I mamy osiem miesięcy do wyborów – jak zmniejszymy ten okres, to ten warunek jest bez znaczenia wtedy – i PiS ma czterdzieści trzy procent w sondażu CBOS-u. Czyli, nie czarujmy się, idziemy w taki wariant, że tylko i wyłącznie ekonomika decyduje o ocenie stabilności kraju. [...] Tylko wiemy, że to się skończy katastrofą, ponieważ zwycięstwo PiS-u oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych...

MB: No i oczywiście...

BS: I parę innych kłopocików, ale to już takich wewnątrzpolskich. I to jest dokładnie taka sytuacja, w której trzeba podjąć decyzję, co my robimy z tym. Czy jest to moment na uruchomienie tego rodzaju rozwiązania, czy nie? Bo ja mam takie poczucie, że to jest wariant OK, worst case scenario, ale on nie jest kompletnie hipotetyczny. […] W związku z tym albo idziemy wariantem czysto finansowym i wtedy nie ma żadnego powodu, żeby uruchamiać tego typu rodzaju mechanizmy, albo jednak rozumiemy, że między polityką a stabilnością finansową państwa jest również pewien związek, który w ostatnich latach w szczególnie mocno ujawnił się w Europie.

MB: Dobrze. Podoba mi się ten sposób stawiania sprawy. Bo on dotyczy Polski, a nie tylko jakiejś pierdolonej gospodarki czy jakiegoś tam...

BS: Dokładnie. Ja się boję w tej sytuacji jednej rzeczy, że na to wszystko kolega Rostowski mówi „w życiu!”. „W życiu!”, bo to nam zdewastuje opinię, bo to jest niewykonalne, bo tego nie wolno robić. Ja już w to nie chcę wchodzić, dlaczego tak powie, bo to oddzielna sprawa, ale... No tak, no.

MB: Dobrze. Po pierwsze, ja bym chciał mieć partnera, który się nazywa prezes Rady Ministrów, a nie minister finansów. Ja bym wtedy... Bo to oczywiście oznacza bardzo istotną zmianę w statusie, nie moim osobistym, bo ja to tam w ogóle wiesz... Tylko tej instytucji, którą kieruję. I ja wtedy mówię premierowi: „Bardzo dużo jest możliwe”. Mamy oczywiście tę pieprzoną Radę Polityki Pieniężnej, ale jesteśmy w stanie z nią zagrać. Ale wtedy moim warunkiem excuse-moi, jest dymisja ministra finansów. Przychodzi nowy minister finansów, na razie nie muszę wam mówić, kto by mógł być, ale takie nazwiska i tacy ludzie są w kraju. I wtedy zrobimy to, co trzeba, żeby uniemożliwić, mówiąc krótko, aby kraj to zrozumiał.

BS: To nie może się zdarzyć później niż osiem miesięcy przed wyborami.

MB: Nawet jeszcze troszkę wcześniej.

BS: Dla nas chyba wcześniej, bo...

MB: Tak...

BS: Tak, zgoda. To jest taki termin, że to już właściwie...

MB: Mówiąc po prostu, jeśli w drugim półroczu gospodarka zdecydowanie nie przyspieszy, to będzie problem. To będzie być może konieczne tego rodzaju niestandardowe działanie. A wtedy trzeba serdecznie ze wszystkimi, jakby to powiedzieć, możliwymi tymi różnymi lansadami podziękować hrabiemu von Rothfeld-Rostowskiemu i powołać technicznego, niepolitycznego ministra finansów, który znajdzie w banku centralnym pełne wsparcie. Także...

BS: Z takim patriotycznym zacięciem...

MB: Tak. I wtedy piwotalny członek Rady Polityki Pieniężnej, czyli Hausner [Jerzy –red.], zgodzi się...

BS: Piwotalny...

MB: Piwotalny właśnie on jest, kurwa mać... A patrz, jak on się temu chujowi podoba, że on jest piwotalny. I wtedy...

SC: On dodaje ten... gravitasu.

MB: Gravitasu on tylko dodaje i myśli, że ma dłuższego. No niestety, każdy człowiek ma jakieś słabości, nawet on. W każdym razie tak naprawdę to o to chodzi.

SC: Nigdy nie był w kiblu w Jakarcie, gdzie jest napisanie na szybie: „Przesuń się, masz krótszego, niż ci się wydaje”.

BS: Panowie [wznosi toast], za dobre anegdoty i za to, aby się złe scenariusze nie spełniały.

SC: Oczywiście, że nie spełniały... Dlatego powinieneś wcześniej zrobić...

MB: Zadałeś pytanie bardzo.

SC: Dlatego powinieneś wcześniej zrobić zmianę w ustawie o NBP.

MB: Tak, bardzo ważna sprawa.

SC: Rostowski tego nie zrobi...

MB: Mogę to zrobić tylko z Tuskiem.

 

 

Belka:  jak ja bym miał sygnał od premiera, że mogę tam wstawić to, co będzie trzeba, to wstawimy, różne rzeczy, które umożliwiałyby mi wywieranie...

 

Marek Belka szybko przechodzi do konkretów. Postanawia wyłuszczyć Sienkiewiczowi, czego oczekuje od rządu. – My mamy swoje drobne interesiki bankowe – stawia sprawę jasno. Pierwszym, jaki chce załatwić, jest powołanie Rady Ryzyka Systemowego. Wówczas trwały dyskusje na temat powołania takiej instytucji – jej celem miałoby być przyglądanie się sektorowi finansowemu i wykrywanie ryzykownych sytuacji dla całej gospodarki. Prezes NBP narzeka, że minister finansów nie chce powołać rady ze względów ambicjonalnych – nie może znieść, że byłby w takiej radzie zastępcą Belki. – Ja nie mam żadnego problemu, ja w jakiejś radzie mogę być zastępcą, bo ja mam naprawdę długiego chuja, a on nie ma. I w związku z tym musi go sobie sztukować. I to jest problem – skarży się

Belka na ówczesnego ministra finansów. Po chwili przychodzi pora na drugi deal, o wiele ważniejszy. O nowelizację ustawy o NBP.

BS: Macie projekt tej ustawy?

MB: No raczej. Wszystko jest! 

BS: Gdzie on jest?

SC: Tam sobie, tam sobie wytrychy porobimy…

MB: W ministerstwie.

SC: Ale nie ma wszystkiego w tych...

MB: Dobrze, ale kurde, jak ja bym miał sygnał od premiera, że mogę tam wstawić to, co będzie trzeba, to wstawimy, różne rzeczy, które umożliwiałyby mi wywieranie...

SC: Nie mamy partnera dziś do rozmowy...

MB: No, nie mamy...

SC: Czemu nie macie partnera? Przecież Tusk zrzucił to na kontakty Rostowskiego, doradców.

MB: Ja mu się zresztą nie dziwię, on się na tym nie zna. Natomiast Rostowski sprawia wrażenie, że panuje nad wszystkim. Ponieważ on nawet problemów takich typu, tam wiesz, Smoleńsk, kurwa, jakieś pierdoły.

BS: Co ma wspólnego Rostowski ze Smoleńskiem?

MB: No nic, ale ma Tusk. […]

 

Sienkiewicz: ludzie mają w dupie Orliki i autostrady

 

Sienkiewicz i Cytrycki chcą wyjść na zewnątrz na papierosa. Pytają Belkę, czy pali. – Nie lubię palenia, ale nienawidzę wychodzenia – brzmi odpowiedź. Przy okazji prezes NBP raczy ich anegdotą: – Dwóch gości w podeszłym wieku siedzi sobie na ławeczce w parku i taka lasencja przechodzi, że zaczynają rozmawiać o tych sprawach. „Pan jeszcze może?”. „No, niestety, od dziesięciu lat nie mogę”. Ten drugi ożywił się, rozpromienił i mówi: „Aaa, a ja, odpukać, dopiero od pięciu”. Ha. Po krótkim wybuchu radości powraca jednak atmosfera powagi.

BS: Społeczeństwo jest żywiołem. Ja z żywiołami, tak jak z górami i morzem... Wszyscy, którzy twierdzą, że się na tym znają, to pieprzą. Więc spokojnie, zawsze to widać, niestety nawet w dłuższym dystansie. Ale szykowane na wrzesień [2013 r. – red.] jakieś próby konstrukcji obrony, ofensywy, to jest taka rzecz, którą trzeba wykonać tak czy owak. Natomiast to nie zmienia faktu, że będziemy przed takim trudnym wyborem. Ten 2014 r. wydaje się o wiele ważniejszy niż cokolwiek innego. Moim zdaniem w 15 będzie po herbacie. W 15 się można rozejść. Ja Ośrodek Studiów Wschodnich zbudowałem na upadających ekipach. Potrafię te sygnały rozkładu widzieć, zanim one następują. One jeszcze nie następują, wbrew pozorom. Ale jeśli tak się zdarzy, to już nie będzie odwrotu. To już kartka, której nie da się już przewrócić. To już jest wtedy koniec i moim zdaniem 14. Nie 15, nie rok wyborów, to jest zawracanie dupy. Albo ludzie poczują, że nastąpiła pewna zmiana, bo jak ja poznaję ten proces, to jest tak: wierzą w możliwość [...] drogi, bla, bla, bla […]

wielkie pieniądze tu i tu, to już kompletnie nie działa. Dlaczego nie działa? Bo przeciętny Kowalski patrzy na te autostrady, estakady, na ten dworzec, na cokolwiek innego...

MB: Bo to się, kurwa, należy po prostu.

BS: Bo jego podstawowe pytanie jest: a co ja z tego kurwa mam?! Gdzie jest ten pieniądz u mnie w portfelu? A nie że ma wypierdolonego orlika przed oknami, bo on ma w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie! Bo dla niego jest pytanie o efekt rozbudzonych aspiracji, jak się rozbudziło aspiracje, to są pewne konsekwencje. Najpierw są takie aspiracje, aby państwo było bardziej umyte i bardziej przypominało to, co ma na Zachodzie albo co sobie wyobraża. A potem się aspiracje przesuwają do własnego portfela. I jest pytanie, co ja z tego mam. Więc centralny problem polityczny, jaki jest przed nami, to problem 14 roku i portfela Kowalskiego. Koniec kropka. To się da jakoś zarządzić na poziomie jakichś działań moim zdaniem, takich gdzie… Nie finansowych, to znaczy jest kupa rzeczy, które ludzi wkurwiają, szkodzą im, są absurdalne, bo to państwo jest źle skonfigurowane. To się da jakoś tam przeprowadzić. Ale nie ucieknie się od – prawdę mówiąc – od pieniędzy, i to nie jest kwestia za dwa lata, to jest kwestia przyszłego roku. ***

Tajny deal NBP i Platformy na wybory

Pełen troski wywód przerywa telefon. Do Sienkiewicza dzwoni prawdopodobnie Jacek Cichocki. Sienkiewicz pyta go, czy to coś pilnego. Słucha odpowiedzi, po czym ironizuje: – Co znaczy „czy mogę?”?! Jak szef wzywa, to co za pytanie zadajesz? Naucz się od Grasia komunikacji pod tytułem: „Słuchaj, kurwa, jutro 11.15 i cześć!”. Dobrze, przepraszam cię, Jacku, jestem na spotkaniu. 11.15 jestem u szefa – szef MSW żegna się i odkłada telefon. Powraca temat trudnego roku 2014.

BS: Ludzie nie są w stanie poczuć zmian w okresie sześciu miesięcy czy ośmiu. Ja zakładam, że w ekstremalnych sytuacjach można wykonać jakąś gigantyczną operację na dziesięć miesięcy przed wyborami, może osiem, jak się ma wielkie szczęście. Ale to już jest po decyzji, bo sprawa rządu lewicowego [w którym byli Belka i Cytrycki – red.] i jego przyszłości rozstrzygnęła - na ile?

SC: Dwa lata.

BS: Na dwa lata. To jest dokładnie ten moment. To jest dokładnie ten moment. I liczenie na to, że się jakaś Platforma, która jest dość dziwnym tworem, zepnie się w roku wyborczym, to jest po prostu proszenie się o kłopoty. To jest odmeldowanie się na własne życzenie. Takie rzeczy się rozstrzyga rok przed rokiem wyborczym, a nie w roku wyborczym. Czy ustawa o NBP by to ułatwiała?

MB: Ułatwiałaby, tak. Ułatwiała. […] Część rzeczy już mamy. To nie jest tak, że jesteśmy na ugorze, jesteśmy w wielkiej kuwecie zwanej Saharą. Tylko że po prostu ja muszę mieć instrumenty, żeby na przykład objeżdżać Radę Polityki Pieniężnej.

 

Belka: to są takie oto warunki

 

Tym razem rozmowę przerywa wejście kelnera. Na stole pojawia się danie główne: jagnięcina, ośmiornice, policzki i ogony. Towarzystwo wybiera czerwone wino. – Ale żeby mnie było stać, kurwa, przecież was zaprosiłem – oświadcza Cytrycki. Kelner popisuje się refleksem i oświadcza, że nie chciałby obrazić pana ministra zbyt niską ceną. Po czym opuszcza pomieszczenie. Belka wraca do tematu Rady Polityki Pieniężnej.

MB: W każdym razie to by nam pomogło, że tak powiem, objechać Radę... [Radę Polityki Pieniężnej - red]. Są pewne rzeczy, w których oni mogą jeżeli nie przeszkodzić, to mogą robić jakąś awanturę. [...] Żeby była jasność, dla części członków Rady Polityki Pieniężnej problemem nie jest premier i nie jest Platforma oczywiście, tym bardziej. Nazwisko tutaj padło, nie tylko jedno...

BS: Ale rozumiem, że to są kwestie bardziej osobowościowe?

MB: Trochę tak, ale... Tak i nie. No, nie mogę... Jakby... Muszę mówić to, co, jakby to powiedzieć, potem jestem gotów, że tak powiem, dostarczyć.

SC: Jak ta rozmowa ma mieć sens, to... [...]

MB: Nie mogę im mówić, że jest rzecz, tak, ogólnie, tylko jeżeli mam dostarczyć to, to są takie oto warunki, o kurczę pieczone.

 

 

Sienkiewicz: Państwo polskie istnieje teoretycznie

 

Czas na kolejny wątek, czyli Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW) i Mennicy. Jednym z pomysłów Bartłomieja Sienkiewicza po objęciu w lutym 2013 r. fotela szefa MSW było podporządkowanie kierowanemu przez niego resortowi PWPW zajmującej się m.in. drukowaniem banknotów, obligacji i banderol. Mimo ostrego sprzeciwu środowisk związanych ze spółką, dzięki poparciu premiera w lipcu ub.r. Sienkiewicz dopiął swego. Minister skarbu Włodzimierz Karpiński scedował na MSW swoje uprawnienia w tym przedsiębiorstwie. W tym czasie w kuluarach zaczęły się pojawiać informacje, że Sienkiewicz ostrzy sobie zęby także na część majątku Mennicy Polskiej (która na zlecenie NBP zajmuje się biciem monet groszowych) należącej do Zbigniewa Jakubasa, jednego z najbogatszych Polaków.

MB: My musimy przejść przez ćwiczenie pod tytułem „negocjacje na temat nowych monet”. Bo te negocjacje w dużej mierze... Myśmy się zdecydowali te drobne monety, bo chcieliśmy je w ogóle zlikwidować, ale z jakiś powodów niezrozumiałych i, szczerze mówiąc, jak to zwykle bywa. […] Tutaj Jacek [Rostowski – red.] zachował się po prostu jak cipa. No i tam uległ jakimś tam tego i zaczął walkę. OK. Więc myśmy postanowili te monety zamienić na inne, takie same dla ludzi, ale tańsze w produkcji. Przy okazji żeśmy stwierdzili, dlaczego by nie urynkowić tego procesu, czyli zapytanie ofertowe żeśmy wysłali do trzech mennic, w tym polskiej.

BS: Trzymajcie kciuki, aby ta była najtańsza. [...]

MB: To się zaczyna. Powiem, że nawet gdyby oni dali nam najlepszą ofertę... nawet nie najlepszą ofertę. Tylko problem jest taki, że jak wygrają, no to będą bardzo drodzy, a jak przegrają, to będą bardzo tani. A my nie chcielibyśmy, żeby oni przegrali, ale żeby byli bardzo tani. No i jesteśmy w związku z tym w dupie. Jesteśmy wobec trudnych negocjacji z człowiekiem [Jakubasem – red.], który już uważa, żeśmy go okradli.

BS: [...] To może trzeba mu powiedzieć, jak można go bardziej okraść. Może zrozumie.

MB: Myślę, że on to wszystko wie, ale zdaje się, że on jest przyzwyczajony do tego, że jak ma partnera państwowego, to znaczy, że ma cipę przed sobą, a on sam gra twardych ludzi. Jemu wszystko wolno, a państwowemu nic nie wolno. On o tym doskonale wie. My się spodziewamy oczywiście czarnego PR z ich strony. [...] My musimy dbać o pewne zasady, a on w ogóle zasad nie przestrzega. Z tym że w końcu tę pałę to ma państwo.

BS: Tak. Na cały obszar.

MB: Na cały obszar. I tu trzeba ścisłej współpracy, z tą pałą.

BS: Ja mam taką możliwość, ostatnio mi się pojawiła, bo założyłem takie – to ci opowiadałem – zrobiłem taki konkurs w sprawie ścigania przestępczości zorganizowanej, gdzie mamy zapięte CBŚ, UKSy, wywiad skarbowy, z całymi warsztatami, wspólnymi celami […] działalności i itd. Mam wrażenie, że za jakiś czas to będzie bardzo przyzwoite narzędzie także do rozgrywania naszych gier z takimi tłustymi misiami, którzy uważali, że są kompletnie bezkarni. A byli bezkarni, dlatego że sam CBŚ wobec takiego Jakubasa to mógł mu nagwizdać, sam UKS to mógł mu nagwizdać i wywiad skarbowy też mógł mu nagwizdać. Wszystko razem złożone do kupy to już zupełnie inna, zupełnie inna bajka. [..] To jest... banalne, to znaczy... Państwo w Polsce istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność. Tylko jakoś nikt nie chce korzystać z tej...

MB: Nie ma kultury współpracy instytucji.

BS: Dokładnie. Jak się ją wymusza różnymi gestami, takimi, śmakimi, to się okazuje, że można dostać na jakieś przyzwoite narzędzia.

MB: Masz w nas absolutnego sojusznika. To jest rzecz, która nas, można powiedzieć, prześladuje wręcz. Brak współpracy instytucji państwowych.

 

Belka:  w Polsce dwie trzecie banków jest we władaniu zagranicznym

 

Sienkiewicz daje przykład takiej współpracy. Opowiada, jak najpierw nawrzeszczał na prokuratora generalnego w programie telewizyjnym. A potem, gdy Andrzej Seremet zadzwonił i zapowiedział się z wizytą, szef MSW wezwał kamery przed ministerstwo, aby zarejestrowały wejście prokuratora do budynku. – W związku z tym on przeszedł przez ten szpaler 50 dziennikarzy, kamer, fleszy. Po czym dowiedział się, że będzie musiał do nich wyjść na końcu – Sienkiewicz triumfalnie opisuje, jak szybko udało mu się załatwić wszelkie sporne kwestie z prokuratorem Seremetem. – Przy całym rozkichaniu państwa polskiego da się takie rzeczy robić – oznajmia triumfalnie. Przy okazji tematów prokuratorskich Belka zauważa, że spodziewa się wezwania z krakowskiej prokuratury. Od jakiegoś Więckowskiego. Sienkiewicz pyta, czy to w sprawie Kiejkutów. – Nie, ja w sprawie Kiejkutów nic nie wiem – brzmi odpowiedź. Teraz Belka zaczyna narzekać na to, co go gryzie. Tą sprawą są banki.

MB: Nie potrafimy wyrównać szeregu i wydobyć z siebie jako państwo wspólnego komunikatu w sprawie banków. [...] Znaczy w Polsce dwie trzecie banków jest we władaniu zagranicznym. To nie jest tak, że ja robię z tego jakiś problem typu PiS-owskiego, wiesz suwerenność, srelność. Dodam, że myśmy per saldo na tym zyskali. [...] Nie jesteśmy pokrzywdzeni. Ci inwestorzy zachowywali się przyzwoicie, zachowują się dalej przyzwoicie. Tylko że oni są w kryzysie. Część z nich już, proszę ciebie, poszła na ulicę. Te mamusie banków polskich już są przecież skurwione. Vide Irlandczycy, vide Portugalczycy [...], ale także mamy do czynienia z sytuacjami krańcowymi. Takimi jak w przypadku BGŻ i Rabobank. Rabobank to jeden z najwspanialszych i najbardziej konserwatywnie prowadzonych banków europejskich. [...] Tylko że okazało się, że oni gdzieś ponieśli jakieś straty...

BS: Publicznie nigdzie się nie wykładają, bo są spółdzielnią...

MB: To ci spółdzielcy powiedzieli, kurwa, trzeba by coś zrobić, sprzedać Polaków. I naraz bank, któremu po prostu nie można niczego zarzucić. Świetnie prowadzony bank, zarówno Rabo, jak i BGŻ, jest do sprzedaży. Ten bank jest na sprzedaż. Oczywiście, problem jest, czy ktoś od niego tego Rabobanka kupi, ale uważam, że Polska nie może pozwolić, żeby kawał polskiego państwa, bo BGŻ to nie jest tylko kawał systemu bankowego, to kawał państwa, żeby po prostu poszedł w ręce jakiegoś, znów nie wiadomo jakiego inwestora. Wystarczyłoby wypowiedzieć się ustami premiera lub ministra finansów [...], ale myślę, że już nie niżej, bo prezes Narodowego Banku Polskiego na ten temat może mówić, tylko nic z tego nie wynika, bo on nie ma władztwa. Że każda taka zmiana musi być zaakceptowana przez państwo.

BS: To dlaczego tego nie chcą powiedzieć?

MB: Bo minister finansów jest przeciwny temu. Natomiast albo Donald nie wie, jakie to jest ważne, albo się też boi.

 

Sienkiewicz: Ch…, dupa i kamieni kupa

 

Belka nie kończy narzekania na bezradność państwa polskiego. – Minister finansów nie ruszy palcem. Dla szefa Komisji Nadzoru Finansowego najważniejsze jest, aby jego dupa była kryta – mówi coraz bardziej poirytowany prezes NBP. Wskazuje, że BGŻ mógłby zostać przejęty przez Polskie Inwestycje Rozwojowe. Wszak jego koszt to zaledwie 3 mld zł. – Polskie Inwestycje Rozwojowe są, niestety, jak to się górnolotnie nazywa i bardzo eufemistycznie… Ich po prostu nie ma. „To chuj, dupa i kamieni kupa” – Sienkiewicz bezlitośnie podsumowuje jeden z kluczowych projektów rządu. Rozmowa schodzi na Biuro Ochrony Rządu. Sienkiewicz pyta, czy Belka jest zadowolony ze swoich „borowików”. Prezes NBP jest bardzo zadowolony z Kamila. Z Grzegorza już mniej.

MB: Te ośmiorniczki to…

BS: Ho, ho, ho. Bardzo dobre. […] Kurczę, z tym BOR-em. Kłopot polega na czymś innym. Nie na zarządzaniu bieżącym projektem, bo to jest stosunkowo proste, tylko… W czymś innym. To jest stara służba, do której się nikt nie dotykał przez lata. Wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. Niech to zostanie między nami, ale odebrałem 15 telefonów od wszystkich najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym broń Boże nie robił krzywdy, więc mam wykręcone ręce. I zbieram w pysk za ewidentną wpadkę formacji. Nikt się nie interesował, jak wygląda szkolenie, jak są finansowani, bo syndrom sztokholmski zapewnia jednej i drugiej stronie pewną symbiozę, czyli fakty się nie liczyły. Gdyby to było pięć miesięcy... Minister spraw wewnętrznych na początku czteroletnich rządów, toby to wyglądało inaczej, ale ja nie bardzo mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy parę istotnych decyzji w tym kraju na kwartał przed wyborami, bo to jest samobójstwo, he, he. 

 

 

Fragment książki Sylwestra Latkowskiego i Michała Majewskiego „Afera Podsłuchowa. Taśmy Wprost.”. Wydawnictwo Zysk i S-ka (2014).

Tagi: bartłomiej sienkiewicz, afera taśmowa, taśmy wprost, marek belka, sławomir cytrycki, OLT express

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone