27 Maja 2015

Polityka
DSC1116.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska

Krajobraz PO bitwie. Pomysł na rekonstrukcję rządu

  • DSC0086.JPG Sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego. Ogłoszenie wyników.

Rekonstrukcja rządu, wymiana premiera, rozliczane horrendalnych sum pieniędzy, władowanych w wyjątkowo nieudolną kampanię prezydencką, przerzucanie się odpowiedzialnością za porażkę i gorączkowe szukanie winnego. Krajobraz w Platformie przypomina ten po tsunami. Zewsząd słychać pytanie: „Co dalej?” Ale, póki co, pozostaje ono bez odpowiedzi.

 

Bronek nie będzie się wtrącał

 

Poniedziałek po przegranych przez kandydata Platformy Obywatelskiej wyborach prezydenckich. Siedziba PO przy ulicy Wiejskiej w Warszawie. – Rozmawiałam z prezydentem. To była bardzo dobra rozmowa – Ewa Kopacz lakonicznie informuje zarząd partii o efektach spotkania w cztery oczy z Bronisławem Komorowskim. Nic więcej nie chce powiedzieć. Politykom PO takie słowa jednak wystarczają. – To znaczy, że Bronek nie będzie się wtrącał. To też ucięcie absurdalnych dyskusji o tym, że nasz świeżo upieczony emeryt mógłby objąć funkcję szefa partii albo premiera –  ocenia jeden z członków zarządu. – A co teraz będzie robił? – dopytuję. – To, co lubi najbardziej. Wróci do polowań, przeprowadzi się z powrotem do swojego mieszkania na Powiślu. Taka przyśpieszona emerytura – podsumowuje.

 

Tyszkiewicz nic nie mógł

 

– To była koszmarna kampania. Nie ma o czym gadać. Wszyscy to widzieli –  podsumowuje rozmowę na temat dokonań sztabu Komorowskiego współpracownik Ewy Kopacz. Podczas spotkania zarządu rzeczywiście nikt nie ma co do tego wątpliwości. Kolejni politycy PO okładają szefa kampanii, Roberta Tyszkiewicza. Ten początkowo próbuje się bronić, zrzucając winę na słabą komunikację z Pałacem Prezydenckim, czyli zarówno z samym prezydentem, jak i jego otoczeniem. Ostatecznie jednak bierze całą winę na siebie. – Gdy zgodziliśmy się dać kasę na kampanię, postawiliśmy warunek, że szefem sztabu musi być ktoś z partii. Bronek z kolei postawił warunek, że ma to być Tyszkiewicz, który jest stronnikiem Grzegorza Schetyny – wyjaśnia współpracownik premier i przekonuje, że tak naprawdę, decyzje podejmował szef MSZ (Schetyna – red.) do spółki z prezydenckim ministrem, byłym posłem, Sławomirem Rybickim, również bliskim współpracownikiem Schetyny. –Robert niewiele mógł zrobić sam – ocenia mój rozmówca i dodaje, że dlatego trudno go rozliczać.

 

Gdzie się podziała kasa PO?

 

– Po mieście krążą informacje o gigantycznych sumach, które wydaliśmy na kampanię. Czy są prawdziwe? – zagaja Radosław Sikorski. To jeden z najtrudniejszych wątków rozmowy o kampanii wewnątrz PO. – Mogę tylko powiedzieć, że daliśmy więcej, niż to było ustalone – ucina lakonicznie Ewa Kopacz. Według ustaleń zarządu sprzed kilku miesięcy, miała być to kwota 15 milionów złotych. – To były i tak gigantyczne pieniądze, jak na reelekcję. Taką samą sumą Bronek dysponował w 2010 roku, kiedy był zaledwie pretendentem do przejęcia władzy w Pałacu Prezydenckim i walczył o nią z Jarosławem Kaczyńskim, tuż po katastrofie smoleńskiej – oburza się poseł Platformy.

 

Według informacji, do których dotarły Kulisy 24, sama pierwsza tura wyborów pochłonęła aż 12 milionów złotych, druga – kolejne 6, z okładem. – Wyrzuciliśmy tyle kasy, a w ogóle nie było tego widać. Kilkanaście spotów i bronkobusy nie mogły tyle kosztować – to zgodna opinia wszystkich polityków PO. Podczas zarządu zapada więc decyzja: trzeba to sprawdzić. Kontrolerem ma zostać Hanna Gronkiewicz-Waltz. Podejrzenia budzą głównie pieniądze wydane na badania sondażowe. – Te badania to była jakaś lipa, a kasa poszła na nie gigantyczna – mówi członek sztabu. – Ile? – dopytuję.– Niech kontrola odpowie na to pytanie – słyszę odpowiedź.

 

To jeszcze nie wszystko. Według naszych informacji, na ostatniej prostej kampanii, Robert Tyszkiewicz poprosił o dodatkowe 10 milionów złotych, które chciał przeznaczyć na kampanię w Internecie. – Skarbnik, jak to usłyszał, to go zatkało. – mówi przedstawiciel sztabu. Ostatecznie, Tyszkiewicz dodatkowych pieniędzy nie dostał, ale kwota ponad 18 milionów złotych i tak rozsierdziła polityków PO. – PiS-owcy wydali o wiele mniej i stworzyli kandydata od początku. Kilka miesięcy temu Duda był nikim – podsumowuje kwestię wydatków poirytowany współpracownik szefowej rządu.

 

Ewa daje się „omisiać”

 

Na moje pytanie: „co dalej?”, jeden z polityków PO odpowiada: – Trzeba brać się do roboty i biec do przodu. – Ale w którym kierunku? – dopytuję. – A, to bardzo dobre pytanie. Gdybyśmy znali odpowiedź, bylibyśmy spokojniejsi – mój rozmówca zdecydowanie nie tryska entuzjazmem. – Najgorsze jest to, że Ewa (premier Ewa Kopacz – red.) nie jest Tuskiem. On potrafił na podstawie kilku różnych opinii wyrobić sobie własną. U niej, w kwestiach partyjnych i politycznych, rację ma ten, kto ostatni wejdzie do gabinetu – podsumowuje styl zarządzania szefowej rządu jeden z polityków PO.

 

Na razie konkurują ze sobą dwa pomysły: albo zdecydowany zwrot na lewo, albo ulubiona formuła Tuska, nazywana frontem jedności narodowej, czyli poszerzanie wpływów zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Pierwszy pomysł nie podoba się konserwatystom z PO. Drugi, nie podoba się frakcji liberalnej. – To Misiek (Michał Kamiński – minister w KPRM – red.) namawia do tego Kopacz, bo chce wciągnąć do PO swojego kumpla, Romana Giertycha i nie rozumie, że to katastrofa dla Platformy. Ale Ewa czasami daje się tak „omisiać”. My nie mamy czego szukać po prawej stronie – tłumaczy inny współpracownik szefowej rządu. Na razie drugi scenariusz wydaje się być o wiele bardziej prawdopodobny.

 

Wymienić premiera?

 

– Najlepszym rozwiązaniem byłaby wymiana premiera. Na przykład na Scheta (Grzegorz Schetyna, jeden z polityków PO- red.). Kopaczowa słabo wypada na wiecach, na konferencjach, głos jej się łamie. Z nią może być trudniej niż z Bronkiem dojechać do wyborów parlamentarnych – przekonuje stronnik Schetyny. Takie rozwiązanie nie jest jednak możliwe. Nie pozwoli na to szefowa partii, która ma zdecydowaną większość w zarządzie PO. – Jedyny scenariusz, jaki można by było rozważyć, to podmiana Ewy na kogoś takiego, jak Tomek Siemoniak (minister obrony narodowej – red.). Tyle, że do tego musiałby przekonać Ewę sam Donald Tusk. A Ewa chce walczyć i będzie walczyć – zapowiada współpracownik szefowej rządu. Jak? – pytam. – Po pierwsze, konieczne jest nowe otwarcie. Młode twarze w rządzie. Energia – mój rozmówca zamyśla się. – Czyli na przykład kto? – Trzeba się nad tym zastanowić – słyszę odpowiedź.

 

Pomysł czerwcowej rekonstrukcji rządu od kilku tygodni zajmuje polityków PO. Ma on też swoje drugie dno. – To ostatnia okazja, aby pozbawić wpływów Scheta. Jeśli nie teraz, to na jesieni będzie za późno. I Grzesiek dorwie Ewę, a potem nas – ocenia jeden z posłów.

 

Rekonstrukcja mogłaby również służyć innemu celowi. Wciągnięciu do rządu osób związanych z Leszkiem Balcerowiczem. Kogo dokładnie? Na przykład Ryszarda Petru. – On od dawna aż przebiera nogami, aby zostać ministrem. Tym samym, mielibyśmy załatwioną kwestię ewentualnej partii Balcerowicza, która podbierałaby nasz żelazny elektorat – podsumowuje inny poseł PO.

 

Co na to szefowa rządu? – Jak to Ewa. Raz jest prawie pewna i bliska podjęcia takiej decyzji, a za chwilę stwierdza, że to bez sensu. Zależy z kim właśnie porozmawiała.

Tagi: rekonstrukcja, platforma obywatelska, kampania parlamentarna, bronisław komorowski, tyszkiewicz, ewa kopacz, schetyna

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone