01 Lipca 2015

Polityka
DSC1066.jpg
autor: Olga Wasilewska

Andrzej Hadacz. Człowiek, który zna wszystkich

  • pap201505010CR.jpg Warszawa, Prezydent Bronisław Komorowski (C) rozmawia z Andrzejem Hadaczem w trakcie Pikniku Europejskiego z okazji 11. rocznicy przystąpienia Polski do UE, PAP/Bartłomiej Zborowski

O spotkanie prosi w maju 2015 roku. Twierdzi, że ma niezwykle ważne informacje o osobach, które w 2010 roku zlecały prowokacje pod Pałacem Prezydenckim. Idę. Trochę z ciekawości. Czy było warto? Tak. Rozmowa z Andrzejem Hadaczem to coś jak safari. Pełna egzotyka. Miesza fakty, daty. Zmienia wersje wydarzeń. Na koniec twierdzi że ma nagrania. Ma. To nagrania... z sypialni. Oto relacja ze spotkania z najsławniejszym mitomanem RP.

 

 

Spotkanie zaczyna od pytania, dla jakiej gazety pracuję.

– Bo jakoś prawicowe media mnie nie lubią– zastrzega.

– Dziwi się im pan?

Brak odpowiedzi. Szeroki, błogi uśmiech.

 

Tu należy się czytelnikom krótkie wyjaśnienie, dlaczego prawicowe media nie lubią Andrzeja Hadacza.

To znany były obrońca krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Pojawił się tam zaraz po katastrofie smoleńskiej i spędził tam niemal dwa lata. Pikietował. Protestował. Krzyczał. Oskarżał zwolenników Platformy o sikanie do zniczy. Chciał wieszać ludzi. Jego „zaangażowanie” zostało skrupulatnie wykorzystane. Obraz „szalonego PiS-owca”, nawołującego do wieszania ludzi, był głównym motywem spotu wyborczego PO „Oni pójdą na wybory. A Ty?”. I zadziałało – PiS przegrał wybory. Elektorat PO pognał do urn w obawie, że Hadaczopodobni przejmą władzę. Dalsze losy Hadacza, zwanego też Andrzejem spod Krzyża, to prawdziwa polityczna epopeja. Pojawia się na marszu organizowanym przez Ruch Palikota. Potem w towarzystwie szefa OPZZ. Ostatni rozdział jego historii zapisuje miłość. Miłość do prezydenta Bronisława Komorowskiego.

 

– Pan tak z przekonania? – pytam o miłość do prezydenta

– Nie. Ja przypadkiem. Oni chętnie dzwonią do mnie, żeby w ich kampanii pojawiły się znane twarze, niby że mają poparcie – wyjaśnia Andrzej spod Krzyża.

 

Znana twarz

 

Przyglądam mu się uważnie. Wygląda normalnie. Czarna kurtka. Jeansy. Skórzany pasek ze srebrną klamrą z logo znanego włoskiego projektanta.

Wyrażam wątpliwość czy jest „znaną twarzą”. Oburza się. Z teczki wyciąga tablet. Pokazuje filmy.

 

–Nie zawsze w wyszukiwarkę wystarczy wpisać „Hadacz”. Czasem trzeba wpisać „Andrzej spod Krzyża”, „Andrzejek” albo...

– „Troll spod krzyża” – podpowiadam.

Zgadza się. To jeden z przydomków, który nadali mu internauci.

 

Oglądamy serię filmów. Hadacz jest szczególnie dumny z „występu” w „Kawie na ławę”.

 

Oszalały człowiek na barierkach

 

– Tu! Tu! Tu padnie moje imię i nazwisko – woła.

Na ekranie pojawia się wnętrze studia TVN24. Andrzej Hadacz odpływa. Program pochłania go bez reszty. Mnie trochę mniej. Widzę, jak Krakowskim Przedmieściem przemyka doradca prezydenta, Roman Kuźniar. Chyba chce mi pomachać, ale dostrzega mojego kompana i spłoszony przyspiesza kroku.

– Pani słucha! Pani słucha – wzywa Hadacz, bo właśnie znalazł odpowiedni fragment filmu.

 

W „Kawie na ławę”, Joachim Brudziński:

– ...Palikot był wykreowany nie tylko przez media, Palikot od początku do końca był tworem Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Przypomnę spot PO z 2012 roku, taki charakterystyczny, wydawałoby się oszalały, człowiek na barierkach krzyczący „Ja was nienawidzę!”. To był Andrzejek Hadacz, człowiek od Palikota, który dziś popiera Bronisława Komorowskiego – tłumaczy poseł PiS.

 

„Oszalały człowiek z barierek” na dźwięk swojego nazwiska znów odpływa.

 

Hadacz u prezydenta

 

–A co pan teraz robi?– pytam.

W odpowiedzi rozpoczyna się opowieść o Bronisławie Komorowskim.

Po pierwsze. Hadacz przekonuje, że prezydent zaprosił go na Marsz Niepodległości. Że wysłał zaproszenie i że czekał „z niecierpliwością”, niepewny, czy Pan Andrzej z zaproszenia skorzysta. Zaproszenie, imienne? Oczywiście! Ma je, ale nie może pokazać. Gdy pytam, dlaczego, udaje, że nie słyszy pytania. Tajemnica wyjaśnia się kilka minut później. Hadacz usłyszał w telewizji, jak prezydent zaprasza wszystkich Polaków na marsz i postanowił, że pójdzie.

– Jak zapraszał wszystkich to także i mnie – tłumaczy.

Zaproszenia imiennego nie było.

 

Opowieść o marszu to prawdziwa plątanina faktów i zmyśleń. Jest w niej Andrzej Hadacz, są funkcjonariusze BOR, którzy szukają go w tłumie, i prezydent, zmieniający trasę, by podejść specjalnie do niego.

Wedle relacji Hadacza spotkanie wyglądało tak:

 

–Dostałem zaproszenie, ale prezydent nie wiedział, czy ja z tego zaproszenia skorzystam, czy nie skorzystam. Ale ja skorzystałem. Nie szedłem jednak od samego początku, tylko stałem sobie przed pomnikiem Dmowskiego. Dwóch BOR-owców wypatrzyło, że tam jestem. Pewnie mnie szukali, bo to ważna rzecz była dla nich. Stanęło obok mnie dwóch wielkich drabów... i nagle ni stąd, ni zowąd, ja patrzę, a on idzie prosto na mnie! Tak. Prezydent Komorowski! Prosto na mnie! – słyszę.

 

Hadacz przytłoczony wspomnieniem tej chwili bierze głęboki wdech i kontynuuje opowieść.

 

– Podał mi rękę i pyta: Panie Andrzeju czy mogę panu podać rękę? Ja mówię: Oczywiście. On na to: A już myślałem, że pan nie przyjdzie. To jest nieprawdopodobne, ale to dla mnie jest niesamowite, że pan przyjął moje zaproszenie. Po czym trzy razy podał mi rękę, co się dotychczas nikomu nie zdarzyło. Powiedziałem mu, że to jest gest pojednania i że w ten sposób zakończam wojnę polsko-polską. Jemu się to bardzo spodobało. A ja odebrałem to dość pozytywnie, bo pomyślałem, że Kaczyński nie potrafi prowadzić dialogu ze społeczeństwem, a tu Komorowski wychodzi i tak ze mną rozmawia.

 

Mówiąc o tej chwili Hadacz nie kryje wzruszenia.

 

Drugie spotkanie z prezydentem

 

– Drugie spotkanie miałem z nim tu – wyjaśnia omiatając ręką duży obszar Krakowskiego Przedmieścia. – Jak prezydent mnie tu zobaczył, podszedł do mnie. Ja mu mówię, że chcę zgody. Podoba mi się to jego hasło, że zgoda buduje, bezpieczeństwo i ten tego... Ściskam go. On mnie ściska. I co się dzieje? Mówię mu, że ma mój głos, a on do mnie: Pana głos to tak jak 10 tysięcy głosów i ja pana głosu potrzebuję.

Zawiesza głos by podkreślić powagę chwili.

– To jest gdzieś zarejestrowane? – pytam.

 

Przed moimi oczami natychmiast pojawia się tablet. Tak. To zostało zarejestrowane. Chociaż wygląda nieco inaczej niż w opowieści. To nie prezydent podchodzi do Hadacza. To Hadacz przepycha się przez tłum w stronę prezydenta. Nie ma też ściskania. Reszta się zgadza.

 

–Ponad 32 tysiące ludzi to obejrzało. Pani zobaczy, jaki fenomen – słyszę. Pan Andrzej lubi to słowo. W ciągu godziny „niesamowitym fenomenem” nazywa siebie kilka razy.

 

Joasiu! Wieszamy się na krzyżu

 

– A pod Krzyżem był pan z przekonania?

– Tak, z przekonania. Pod pałacem wokół mnie stworzyła się silna grupa osób, która wkleiła się we mnie. To wszystko było moje. Potem pojawiła się ta Joanna Burzyńska. Ta, co uwiesiła się na krzyżu. A było to tak: ona miała się powiesić na krzyżu, a ja z miałem się na ten krzyż rzucić. Ale potem mówię jej: Joasiu, to ty się powiesisz, a ja będę w tłumie. Będę sterował tłumem. W miejscu, w którym byłem, działo najwięcej się. Gaz od strażników... Roznieśliśmy barierki...

 

Dalej następuje długa opowieść o tym, jakim jest doskonałym organizatorem, i o tym jak „to wszystko zostało mu zabrane”. Przez kogo? Według wersji Hadacza, Jarosław Kaczyński zaczął go sekować, gdy poczuł, że Hadacz wyrasta na gwiazdę.

 

Prowokacje pod pałacem

 

A prowokacje? Tu Andrzej spod Krzyża, opowiada o „sikaniu do zniczy”.

 

Doniesienia o tym, że grupa chuliganów przyszła nocą pod Pałac Prezydencki i sikała do zniczy, pojawiły się w mediach w 2010 roku. Obrońcy krzyża podawali je jako jeden z przykładów na barbarzyństwo zwolenników PO. Dziś Andrzej Hadacz twierdzi, że do zniczy nikt nie sikał. Że to on powiedział tak dziennikarzom, bo chciał pokazać, jak źle traktowani są ludzie koczujący na Krakowskim Przedmieściu. Przyznaje, że przesadził, ale jednak z efektu był zadowolony. Opinia publiczna na pewien czas przychylniejszym okiem spojrzała na obrońców krzyża.

 

Co dalej? Efekt medialny tych plotek miał spodobać się politykom pewnej partii. Chcieli więcej. Hadacz twierdzi, że kolejny incydent był starannie zaplanowany. Miał za niego dostać pieniądze i pomóc w realizacji.

 

Tu opowiada o słynnym krzyżu z puszek po piwie, który wniesiono na Krakowskie Przedmieście. Incydent oburzył obrońców krzyża i elektorat PiS-owski. Hadacz twierdzi, że była to prowokacja, ale na zlecenie... samego PiS-u. Pokazuje podpisany przez jednego z posłów dokument, jako dowód na to, że pokryto koszty zakupu piwa i wynajęcia ludzi.

 

Dokument jest. Podpis posła jest. Przekazana suma – 600 złotych. Wszystko się zgadza. Oprócz dat! Hadacz długo się głowi.

– To nie ten dokument – stwierdza wreszcie.

Ten to też pokwitowanie odbioru pieniędzy, ale na coś innego.

 

Dowody?

 

Dowodów prowokacji nie ma. Są kolejne dowody na to, że Andrzej Hadacz lubi rozmijać się z prawdą. Myli daty, nazwiska, twierdzi, że zna ludzi, którzy – wiem to dobrze – o jego istnieniu nie mają pojęcia. Większą wiarygodność wydają się mieć ludzie, których podobno porwało UFO.

 

Jest jednak nagranie. Nagrania nie kłamią. Hadacz twierdzi, że ma nagranie, na którym grupa tzw. mścicieli niszczy pomnik żołnierzy bolszewickich w Ossowie. Wśród nich ma być członek jednej z partii. Znana twarz. Na następne spotkanie Hadacz obiecuje przynieść nagranie.

 

Mściciele niszczą pomnik? Nagrania z sypialni

 

Siedzę z Andrzejem Hadaczem w foyer hotelu Bristol. On wyjaśnia, że jego i kolegów „spod krzyża” można tu często spotkać, bo miejsce jest przyjemne i ma tu wolny dostęp do sieci. Zastanawiam się, jak na „krzyżowców” reaguje obsługa Bristolu. Miny pracowników hotelu mówią same za siebie.

 

Mój rozmówca wyciąga wielką foliową torbę. Torba jest pełna kaset SD. Nie wiadomo tylko, na której z nich znajduje się film.

 

Poszukiwania właściwego nagrania trwają ponad dwie godziny. Przeglądamy je na małym okienku w kamerze. Jest kaseta z nagraniem uroczystości rodzinnej. Kolejna z bardzo długą drogą do Zakopanego i jeszcze dłuższym spacerem po Zakopanem. Jakaś impreza w zagranicznym klubie z głośną muzyką i nie do końca ubranymi ludźmi. Są też... nagrania innej treści.

 

Na ekranie ciemny pokój. Światło sączy się przez zaciągnięte żaluzje. Łóżko. Na łóżku wyciągnięty mężczyzna. Chyba nie w pełni odziany.

– A to, co?

– Nie wiem. Jakiś świr się nagrał.

Mężczyzna leży. Nagranie nieostre. Dziwne ruchy. Jeśli to mściciel, to nie ma zamiaru niszczyć pomnika w Ossowie. Przynajmniej nie teraz.

Krępująca cisza.

–Ale, jaki spryciarz, jak sobie to ustawił!– podnosi głos Andrzej Hadacz. Poznał bohatera nagrania.

 

Okazuje się, że film należy do kolegi, który chciał przyłapać żonę na zdradzie. Pożyczył kamerę. Ustawił w sypialni. To, co widzimy na ekranie, to efekty oczekiwania. Przewijam na podglądzie. Mężczyzna wciąż leży. Sam.

 

– Chyba nie udało się jej przyłapać?

– Udało się! Udało! Proszę patrzeć! – słyszę.

Fakt. Udało się. Do mężczyzny dołącza ktoś jeszcze. Wyłączam przewijanie na podglądzie. Obraz znika.

 

Czy nagranie istnieje?

 

Poszukiwanie filmu z Ossowa zaczyna przypominać poszukiwanie zaginionej Arki. Andrzej Hadacz stwierdza, że nagranie musiał mu ktoś zabrać. Było w pudełku. Pod łóżkiem...

Więcej nie chcę wiedzieć.

 

Idziemy Krakowskim Przedmieściem. Ja do samochodu. On na Pragę, gdzie, jak tłumaczy, mieszka kątem u ciotki. Mijamy Pałac Prezydencki. Hadacz opowiada, że Bronisław Komorowski zaprosił go na kawę, ale że on teraz tam nie pójdzie, bo jest dość zajęty. Mówi, że media marzą o wywiadzie z nim. Wciąż dzwonią telefony.

 

Dziś okazuje się, że CBA zatrzymało biznesmena, który miał oferować mojemu rozmówcy mieszkanie w zamian za atak na Andrzeja Dudę. Zatrzymany mężczyzna miał „powoływać się na wpływy”. Jeśli jednym z jego „wpływów” był Hadacz, to trochę śmieszne.

Gdyby traktować serio wszystko, co słyszy się od Andrzeja Hadacza, zatrzymań powinno być znacznie więcej. On zna wszystkich. A raczej tak twierdzi.

Tagi: Andrzej hadacz, Andrzej spod krzyża, PiS, PO, Komorowski, Duda, prezydent, Krakowskie Przedmieście, Smoleńsk

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone