13 Lipca 2015

Nasze śledztwa
AiO.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska, Olga Wasilewska

Mobbing w Ministerstwie Zdrowia. Wzywanie na gorące krzesła

  • AA.JPG Wioletta Drożdż, zdecydowała się złożyć pozew o mobbing (fot. O.Wasilewska)
  • P1010515.JPG Zadanie ostatniej szansy. Dokumenty do zarchiwizowania w trzy miesiące
  • P1010481b.JPG Schowek z dokumentami MZ
  • DSC0039.jpg
  • DSC0040.jpg
  • P1010481.JPG

Dwie osoby złożyły pozwy. Oskarżają Ministerstwo Zdrowia o mobbing. Kilku pracowników złożyło zeznania. Kilkunastu innych gotowych jest opowiedzieć przed sądem o tym, czego doświadczyły. Pod koniec maja Prokuratura wszczęła śledztwo. Jeszcze w kwietniu, Kancelaria Premiera rozpoczęła kontrolę. Jak dowiadują się Kulisy24.com, kontrola dobiegła końca. Minister Zdrowia zakwestionował projekt wystąpienia pokontrolnego. Rozmawiamy z Wilotettą Drożdż, byłą urzędniczką MZ. – Szykany miały doprowadzić do tego, że sama odejdę. Inni odchodzili – tłumaczy. Ona nie odeszła. Upór drogo ją kosztował. – Nie było ustawy o fizjoterapeutach, wielu ważnych rzeczy, bo szefowie zajmowali się intrygami, utarczkami i poprawianiem wyglądu dokumentów – mówi. Oto historia kobiety która pracowała w administracji publicznej.

 

Prace w Ministerstwie Zdrowia zaczęła w 2009 roku. Zapewnia, że na początku wszystko układało się dobrze. Do jej obowiązków należało zajmowanie się sprawami konsultantów krajowych i wojewódzkich. Także sporządzanie pism na potrzeby kierownictwa resortu.

– Wszystko się zmieniło, gdy departamentem zaczęła zarządzać Edyta Kramek – mówi Wioletta Drożdż, były starszy specjalista w Departamencie Nauki i Szkolnictwa Wyższego MZ. Rozmowa z nią trwa kilka godzin. O pięciu latach, które spędziła w resorcie, opowiada bardzo szczegółowo. Z jej opowieści wyłania się przerażający obraz tego, jak wygląda praca w resorcie zdrowia.

Na stole leży pełna dokumentów teczka. Wśród nich złożony przez Wiolettę Drożdż we wrześniu 2014 roku pozew przeciwko MZ. W pozwie wskazuje nazwiska odpowiedzialnych za mobbing dyrektorów. Zaraz za pozwem, wypowiedzenie. Otrzymane niecały miesiąc później.

 

Gotowanie żaby

 

Historia, którą opowiada, przypomina przepis na gotowanie żaby. Jeśli wrzucisz żabę do wrzątku, ucieknie. Co innego, gdy umieścisz ją w zimnej wodzie i będziesz powoli podgrzewał. Zwierze nie zorientuje się, że z minuty na minutę robi się coraz groźniej.

Jak przyrządza się żabę w Ministerstwie Zdrowia? Wioletta Drożdż opowiada, że zaczęło się od tego, iż ludzie zaczęli znikać.

Jako pierwsi zaczęli znikać tzw. urzędnicy mianowani. Tacy, którzy mają etaty. Zazwyczaj wieloletni pracownicy departamentu.

– Pracę tracili kompetentni i zasłużeni. Ci, którzy mieli większe kwalifikacje niż szefowa, byli eliminowani z zespołu – mówi Wioletta Drożdż.

– Z dnia na dzień dostawali wypowiedzenia? – pytamy.

– Nie, to też przebiegało etapami. Chodziło o to żeby uprzykrzyć im życie. Żeby sami zrezygnowali.

 

Jak to się robi w MZ

 

Zaczynało się od tego, że szefowa i posłuszne jej osoby zaczynały krążyć po departamencie i o danej osobie opowiadać, że nie ma kwalifikacji. Sugerowały, że źle pracuje. Na tak przygotowany grunt  wkraczała szefowa z argumentem: „Widzicie, cały departament huczy, że ta osoba powinna zostać zwolniona. Tyle rzeczy zawaliła, że już nic nie da się zrobić”.

W ten sposób z pracą pożegnała się pani Agnieszka. Jak przekonuje Drożdż – osoba bardzo kompetentna. Nazywana do tej pory „mózgiem departamentu”. 

– Zawsze dostawała trudne i skomplikowane sprawy i było wiadomo, że sobie poradzi. Była za to ceniona. Gdy Kramek zaczęła zarządzać departamentem, nagle okazało się, że do niczego się nie nadaje, wszystko zawala, robi błędy. Ona stwierdziła, że zdrowie jest dla niej ważniejsze i że nie wytrzyma presji. Zrezygnowała.

W departamencie zwalniały się kolejne biurka, a pani Wioletta nie przypuszczała jeszcze, że wkrótce przyjdzie czas także i na nią.

 

Dziwne rzeczy się dzieją

 

– Szefowa dawała mi dokumenty i mówiła, że muszę zanieść je pilnie do ministra. Zanosiłam. Gdy mnie nie było, nagle okazywało się, że ona mnie niezwłocznie potrzebuje. Wysyłała sekretarkę by mnie znalazła. Sekretarka chodziła po departamencie od pokoju do pokoju, po korytarzach, dopytując, gdzie jestem. Wracałam i słyszałam od koleżanek: „Idź szybko, wyjaśnij sprawę. Ona cię szuka. Wszyscy cię szukają, denerwują się a ciebie nie ma!”. Ja na to: „Jak to mnie szuka, skoro osobiście wysłała mnie z dokumentami?”. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że to celowe. Że najpierw mnie wysyłała, a potem podnosiła szum, że mnie nie ma, że ja gdzieś znikam, zamiast wykonywać pracę. Zaczęłam niepokoić się, że dziwne rzeczy się dzieją.

Znika kolejna osoba. Dotychczasowa naczelnik wydziału. Jej odejście poprzedza kampania czarnego PR. „Ona nie ma kwalifikacji. Należy ją zwolnić”. Jej miejsce zajmuje nowa osoba.

– Trudno sformalizować tę sytuację. Mówiono, że jest naczelnikiem wydziału, ale ponieważ nie spełniała wszystkich wymogów wpisanych w to stanowisko, formalnie wciąż była tylko starszym specjalistą.

Okazało się, że nowa przełożona szybko znalazła wspólny język z dyrektorką departamentu. Obie okazały się także... zagorzałymi przeciwniczkami myślników.

 

Walka o „ptaszki”

 

– Zaczęło się zmienianie dotychczasowych formatów pism. Już sporządzone dokumenty wracały do mnie z zarzutem, że są sporządzone niechlujne. Że np. na listach konsultantów medycznych nazwisko konsultanta ma być pisane nie od myślnika, jak do tej pory, ale od „ptaszka”. Argument był taki, że myślnik wygląda niechlujnie. Musieliśmy stawiać „ptaszki”.

Drożdż przerabia, więc myślniki na „ptaszki”. Poprawia kolejne dokumenty. Mimo to kierownictwo wciąż nie jest zadowolone z efektów jej pracy. Coraz częściej trafia „na dywanik” do gabinetu szefowej.

 

Gorące krzesła

 

– Wzywano mnie regularnie do gabinetu Kramek. Zawsze, gdy przychodziłam, naczelnik już tam była. Dla mnie zostawało do zajęcia jedno miejsce. Na krześle pomiędzy nimi. Siedziałam i obie panie na zmianę mówiły mi, jakim jestem bezwartościowym pracownikiem, że moje pisma są napisane na poziomie pięcioletniego dziecka, że nadaje się tylko do zwolnienia dyscyplinarnego i że ludzie się ze mnie śmieją. Pytałam: Jacy ludzie? Tego nie chciały powiedzieć.

Drożdż zapewnia, że zarzuty nie miały charakteru merytorycznego. Mówi: to były raczej połajanki.

O wzywaniu do gabinetu dyrektorki wspominają też inni pracownicy Departamentu. Joanna Koczaj-Dyrda, która pracuje w MZ do dziś, a jednocześnie procesuje się z resortem o mobbing, nazywa tę praktykę „wzywaniem na gorące krzesła”.

Co robi człowiek wezwany na gorące krzesło? Za pierwszym razem słucha. Za drugim, trzecim i dziesiątym razem też. Potem wciąż słucha, ale wiedząc, że to się będzie powtarzać, wychodzi coraz bardziej roztrzęsiony.

– Skończyło się na tym, że po każdym takim przesłuchaniu wychodziłam w zupełnej rozsypce. Wracałam do pokoju i płakałam.

 

Walka o szatę graficzną

 

– Rozmowa w gabinecie to był zaledwie pierwszy etap. Wtedy dawano mi „jeszcze jedną szansę”. Dostawałam zadanie do wykonania, na szybko. W stanie totalnego roztrzęsienia. Trzęsące się ręce. Litery rozmywały mi się na monitorze. Próbowałam zadanie wykonać, bo wiedziałam, że jeśli go nie wykonam, to będzie kolejny argument przeciwko mnie. Ale im bardziej starałam się uspokoić, tym bardziej nie mogłam się uspokoić ze strachu przed tym, co będzie, jeśli nie wykonam zadania.

Wykonywała pani zadanie? – pytamy

– Tak, robiłam wszystko, co mogłam. Starałam się. A było to o tyle trudne, że w międzyczasie obie panie do mnie dzwoniły pytając, czy już? Ile jeszcze czasu? Ze zdenerwowania zrobiłam czasem literówkę, albo nie zrobiłam gdzieś akapitu, a wtedy one mówiły: Sama widzisz, dajemy ci szansę, a ty jej nie wykorzystujesz.

Chcemy wiedzieć czy „pilne” zadania były naprawdę pilne. Słyszymy, że niektóre z nich zalegały wcześniej całymi tygodniami.

Słuchając naszej rozmówczyni dowiadujemy się niezwykle ciekawej rzeczy o funkcjonowaniu MZ. Okazuje się, iż priorytetem dla kierownictwa była nie tyle zawartość merytoryczna dokumentów, ile ich szata graficzna.

Z opowieści wyłania się obraz urzędu, którego pracownicy nie tylko całymi godzinami przeprawiają myślnik na „ptaszki”. Mają też inne zadania. Walczą o równo profilowane akapity. Kropki, czy odpowiednio wyboldowane nagłówki. Niewybaczalnym błędem jest tu postawienie zamiast średnika, dwukropka.

Do dokumentów przedstawianych przez Wiolettę Drożdż, szefowe wciąż mają uwagi. O ile wcześniej była na cenzurowanym, teraz ewidentnie trafia „na czarną listę”.

 

Kozia ławka

 

– Zostałam przesadzona i siedziałam sama. Czasami siedziały ze mną osoby zatrudniane na umowy zlecenia, ale były uprzedzane, żeby ze mną nie rozmawiać, bo to się może dla nich źle skończyć. Jedna z kobiet powiedziała mi: one tak na panią nagadały, że bałam się z panią pracować.

Większość osób się od niej odsuwa. Udzielają wsparcia tylko, gdy nikt nie patrzy. Kiedy wychodzi roztrzęsiona z gabinetu szefowej, ludzie spuszczają wzrok albo odchodzą w inną stronę.

„Sesje” gorących krzeseł odbywają się regularnie. Raz, dwa, trzy razy w tygodniu. Za każdym razem dostaje „ostatnią szansę”. Wszystko wedle schematu. Trzęsące się ręce. Praca pod presją zwolnienia. Ubolewanie, że znów nie wykorzystała szansy. 

– Miałam poczucie winy. Zaczęłam myśleć, że naprawdę do niczego się nie nadaję.

O tym, że to nie nieudolność a wyczerpanie nerwowe, przekonuje ją dopiero psychiatra, do którego postanawia pójść, gdy myśli, że dłużej już nie wytrzyma.

Pytamy czy nie myślała o tym, żeby zrezygnować z pracy?

– Chyba podświadomie bałam się innej pracy. Zaczęłam wierzyć, że do niczego się nie nadaję. Mam silną osobowość. Nie podlegam łatwo wpływom. Mimo to zaczęłam o sobie myśleć tak, jak moja szefowa chciała, żebym o sobie myślała. Że jestem nieinteligentna, nieudolna i że ludzie mają prawo się ze mnie śmiać.

 

Giną dokumenty

 

– Pojawiła się kwestia długich weekendów. Zawsze umawiałyśmy się z koleżankami na dyżury. To było podzielone. Później przyszedł moment, gdy ja nie uczestniczyłam już w tym podziale i okazało się, że muszę przychodzić do pracy w każdy weekend. Pytałam, dlaczego. Słyszałam: Tak wyszło. Trudno.

Wykorzystanie urlopu też okazało się trudne. Gdy ktoś szedł na urlop, ona wykonywała jego zadania. Gdy ona brała urlop, po powrocie na biurku czekał stos dokumentów. Kilka dni po urlopie spędzała na „odkopywaniu się z zaległości”.

Potem okazało się, że stan biurka po urlopie to najmniejszy problem.

W 2013 złożyła podanie o urlop. Szefowe wyraziły zgodę. Kazały tylko najpierw wykonać zaległe zadania. Wykonała. W ostatnim tygodniu siedziała codziennie niemal do 21. Poszła na urlop w poniedziałek. Już w środę zadzwoniła do niej koleżanka uprzedzając, że dzieje się coś niebezpiecznego. Że nie ma jej wniosku urlopowego i że to może skutkować zwolnieniem z pracy.

Wniosek urlopowy złożyła na długo przed urlopem. Szefa wniosek podpisała i przyjęła. Teraz okazało się wniosek do kadr nie dotarł. Zniknął w tajemniczych okolicznościach.

– Zadzwoniłam do naczelnik i zapytałam. Powiedziała, że nie ma problemu, że przecież wszyscy wiedzą, że mam zgodę i że mogę być na urlopie. Ja jej powiedziałam, że pamiętam, jak było z inną panią, która pracowała u nas. Też myślała, że ma urlop. A kiedy wróciła, okazało się, że nie ma już pracy.

Historię pani Zosi, sekretarki, w MZ, pamiętamy także my. Szeroko opisywały ją media. Pani Zosia, kobieta zwolniona tuż przed osiągnięciem wieku emerytalnego, nie odzyskała pracy.

– Zadzwoniłam do Kramek. A ona mówi, że ten wniosek musi się znaleźć. Że może go nie złożyłam, albo że mam na biurku. Tak czy inaczej wniosku nie ma.

Rozpoczynają się negocjacje. Wioletta Drożdż wyjechała z Warszawy. Nie może wrócić. Grozi jej utrata pracy. Udaje się jej wybłagać czas do następnego poniedziałku. Po tygodniu urlopu, który miał trwać dwa tygodnie, wraca do pracy. Składa wniosek. Tym razem dla pewności sama zanosi go do kadr prosząc o kserokopie i pieczątkę: wniosek przyjęto.

Już nigdzie nie wyjeżdża. Nie ma sensu. Jest zdenerwowana i zmęczona. Drugi tydzień wolnego spędza w domu, myśląc o pracy i o tym, co będzie, kiedy tam wróci.

 

Czekając na dyrektora

 

– Po urlopie było jeszcze gorzej.

Pisma, które Drożdż sporządza na potrzeby ministerstwa, wracają do niej z dopiskiem „proszę o rozmowę”. Ona idzie do szefowej. Szefowa nie ma dla niej czasu. Ona czeka. Wraca kilkakrotnie w ciągu dnia. Słyszy: Przyjdź później, wezwę cię. Czeka. Mija 16:15, godzina, o której urzędnicy kończą pracę. Czeka. Godzina 17, 18. Boi się iść do domu. Miała czekać. Gdy okaże się, że wyszła bez zgody, będą problemy. Po jakimś czasie wpada na pomysł. Sprawdza, czy na parkingu jest samochód szefowej. Jeśli nie ma, może iść do domu, bo to oznacza, że opuściła już teren ministerstwa i że wróci dopiero następnego dnia.

– Najpierw myślałam, że to przypadek. Że zapomina o tym, że chciała ze mną rozmawiać. Na drugi dzień tak to tłumaczyła. Kiedy sytuacja zaczęła się powtarzać, trzy, cztery razy, zaczęłam myśleć, że robi to specjalnie.

 Zaczynają się problemy ze zdrowiem. Pani Wioletta postanawia iść do lekarza. Problem polega na tym, że nigdy nie wie, o której będzie mogła wyjść z pracy. Przekłada kolejne wizyty.

Tu ciekawa refleksja, zwłaszcza że padająca z ust pracownika resortu zdrowia.

– Na kolejny termin musiałam czekać kilka tygodni, mimo iż umawiałam się do lekarza prywatnie. Na NFZ nie wiadomo jak długo bym czekała.

 

Arial czy Calibri?

 

Czuje się coraz gorzej. Obiecuje sobie, że kolejnej wizyty nie może już odwołać. Mówi o tym szefowej. Obu przełożonym. Tego dnia, tuż przed końcem dnia pracy, okazuje się, że jest „pilna sprawa”. Musi zostać w pracy. Jak długo? „Będziesz siedzieć tak długo jak to potrzebne” – słyszy.

– O 16 powiedziały, że mam przygotować wykaz telefonów do konsultantów. Na początku zadanie wyglądał na proste. Miałam ten wykaz. Aktualizowałam go raz na jakiś czas.

Zadanie tylko wyglądało na proste.

– Przekazałam wykaz, ale okazało się, że to musi być dopracowane. Zaczęły się dyskusje o czcionce. Nie Arial, ale Calibri? Nie podobało im się coś, same nie wiedziały, co. „Jak myślisz, Edytko, to może tę datę wyłonimy spod nazwiska i wpiszemy do oddzielnej kolumny?”. „Może masz racje, ale czy w pionie czy w poziomie?”. – relacjonuje dyskusje przełożonych Drożdż.

Czas mija. O 17:50 mówi, że koniecznie musi wyjść. Proponuje, by szefowe, gdy już zdecydują,  napisały jej w e-mailu, jak chcą, żeby wyglądał wykaz. Ona go zrobi w domu. Po raz drugi słyszy, że będzie siedzieć tak długo, jak będzie to konieczne.

– Za wszelką cenę chciały zatrzymać mnie w pracy. Powiedziałam, że musze wyjść. Wyszłam. Następnego dnia usłyszałam, że to, co zrobiłam, kwalifikuje się do dyscyplinarnego zwolnienia. Musiałam napisać notatkę służbową z tłumaczeniem, dlaczego samowolnie oddaliłam się z pracy.

 

Dyrektor: twoja praca jest beznadziejna 

 

Przetrzymywanie w resorcie powtarza się. Pilne zadania dostaje zazwyczaj tuż przed końcem pracy. Kiedyś w piątek do późna w nocy wysyła faksy do instytucji, mimo iż wiadomo, że tam odbiorą je dopiero w poniedziałek rano.

Choruje. Lekarz doradza zwolnienie lekarskie. Tłumaczy, że musi nabrać dystansu. Ona tłumaczy jemu, że boi się wracać do pracy, ale że wziąć zwolnienie boi się jeszcze bardziej. Nie wie, co będzie, gdy wróci do pracy. Lekarz dziwi się. Zazwyczaj to pacjenci przekonują go do wystawienia zwolnienia, a nie on ich, żeby je wzięli.

Wioletta bierze zwolnienie.

– Miałam zwolnienie lekarskie. Poszłam je zanieść. Dostałam wezwanie do dyrektora generalnego. Kramek już tam była. Zostałam poformowana, że dostaję upomnienie za oddalenie się z pracy bez zgody przełożonego. Tłumaczyłam, że byłam u lekarza, że wróciłam już po godzinach pracy. Dyrektor nie przyjął mojego tłumaczenia. Śmiał się i mówił, że nie robię łaski, że przychodzę do pracy.

Wręczając upomnienie dyrektor mówi jej, że jej praca jest beznadziejna i że do niczego się nie nadaje. Że to wstyd dla urzędu przedstawiać komukolwiek dokumenty przez nią sporządzone. Dodaje, że upomnienie to ostatnie ostrzeżenie. Jeśli się nie poprawi i szefowa nadal będzie z niej niezadowolona, zostanie zwolniona.  

Ona  upomnienie przyjmuje. Idzie na zwolnienie. Kiedy wraca, jest jeszcze gorzej.

 

Komfort pracy zapewni wiatrak

 

– Celowo wyciągano ode mnie wersje robocze dokumentów. Pisma w fazie przygotowania. Dokumenty były drukowane i pokazywane jako skończony materiał. Wszystko, żeby udowodnić, jak niechlujnym jestem pracownikiem – twierdzi Wioletta Drożdż

Kiedy mówi szefowej, że dłużej nie wytrzyma, bo nie ma żadnego komfortu pracy, w odpowiedzi słyszy, że w pokoju ma wiatrak, więc komfort pracy jest.

– Pewnego dnia nie wytrzymałam. Powiedziałam, że to, co robią, to działania czysto mobbingowe i że ja to zgłoszę.

Szefowe postanawiają zgłosić sprawę pierwsze. Piszą notatkę, w której donoszą, że zarzucono im mobbing. Dyrektor generalny powołuje specjalną komisję do zbadania sprawy.

– Ucieszyła się pani? – pytamy

– Raczej się przestraszyłam. W komisji zasiadły osoby wskazane przez dyrektora. Tego samego, który śmiał się ze mnie i mówił, że moja praca jest do niczego. Co mogło z tego wyniknąć?

Z prac komisji wynikło niewiele. Przesłuchano Wiolettę Drożdż i jej szefowe. Ona powiedziała swoje. One swoje. Komisja zakończyła pracę stwierdzeniem, że działań mobbigowych nie dopatrzono się.

 

O pomoc do ministra

 

Tymczasem do zespołu dołącza nowa osoba. Na zebraniu wydziału szefowa ogłasza, że od tej pory to ona przejmuje wszelkie sprawy dotyczące konsultantów medycznych. Wioletta Drożdż pyta, czym w takim razie ona sama będzie się zajmować. Słyszy, że dostanie zadania i że ma nie histeryzować.

Na nowe zadania czeka siedząc całe dnie niemal bezczynnie. Rzadko coś dostaje. Po korytarzach ministerstwa kolejny raz rozchodzi się wieść, że „jest na wylocie”. Niektórzy chwalą się, że wkrótce zajmą jej stanowisko. Tymczasem nowa osoba nie radzi sobie z jej dawnymi obowiązkami i dostaje do pomocy pracownika przyjętego na umowę zlecenie.

– Leżały rezydentury, było zamieszanie z miejscami specjalizacyjnymi. Bardzo poważne sprawy były zaniedbane, a ja siedziałam bezczynnie, mimo iż prosiłam o przydzielenie mi czegoś z mojego zakresu obowiązków – tłumaczy Drożdż.

Pisze do władz departamentu. Chce wiedzieć, czemu nie dostaje nowych zadań.

Zwraca się do kolejnych, coraz wyżej postawionych osób, z wiceministrem Aleksandrem Soplińskim na czele. Opisuje swoją sytuację. Prosi o przeniesienie do innego departamentu. Ten obiecuje pomóc. Przeniesienia jednak nie ma. Pojawia się za to zadanie.

 

Stajnia Augiasza

 

W jednym z pomieszczeń resortu, gdzie leżą stare dokumenty, będzie instalowany dźwig. Pomieszczenie trzeba opróżnić. Wioletta Drożdż zostaje oddelegowana do archiwizacji (patrz galeria zdjęć - red).

– To nie wyglądało jak archiwum, ale jak skład makulatury. Segregatory, pospinane pisma. Luźne kartki z lat dziewięćdziesiątych. Jakieś akredytacje. Wszystko, co gromadzono od niemal 30 lat – wyjaśnia.

Patrzymy na zdjęcia, które przyniosła. Zrobiła je w magazynie, gdy pojawiły się zarzuty szefostwa, że za wolno pracuje. Na pracę w archiwum dostała trzy miesiące. Widząc zdjęcia, można uwierzyć, że ten bałagan gromadził się przez 30 lat. Trudniej uwierzyć, że ktokolwiek mógłby w trzy miesiące zarchiwizować złożone w nim dokumenty.

Tym bardziej że pewnego dnia dokumenty zaczynają wędrować. Najpierw, bez wiedzy mającej je archiwizować urzędniczki, papiery wyrzucono na korytarz mieszając i tak już chaotyczny materiał. Potem, także bez jej wiedzy, wywieziono dokumenty do budynku oddalonego o ponad 8 kilometrów.

Dostaje możliwość korzystania ze służbowego samochodu. Ma przewozić kolejne partie dokumentów, archiwizować i przekazywać do archiwum. Jak zrobić to w trzy miesiące? Wpada w panikę, archiwizacja to kolejna „ostatnia szansa”.

– Pewnego dnia spotkałam na dziedzińcu resortu pracownika biura dyrektora generalnego. Skarżył się. Mówił, że mi współczuje i że sam jest już kłębkiem nerwów. Mówił, że wzywają go w nocy do pracy. Że wydzwaniają z jakimiś wyimaginowanymi zarzutami. Mówił, że nie wie, ile jeszcze wytrzyma. Wkrótce potem dowiedziałam się, że nie żyje. Odnowił mu się nowotwór. W zaskakująco szybkim tempie. Jego rodzina uważa, że to na skutek stresu – słyszymy.

Wioletta Drożdż postanawia, że sama tak nie skończy. Postanawia złożyć w sądzie pozew o mobbing. Miesiąc później zostaje zwolniona z pracy. Jednym z oficjalnych powodów zwolnienia jest zarzut, że nie wykonała archiwizacji w wyznaczonym terminie.

 

Widzimy się po raz ostatni

 

– Wezwano mnie do gabinetu dyrektora generalnego. Na powitanie powiedział: „Ostatnio często się spotykamy, ale to jest już nasze ostatnie spotkanie”. Przed sobą miał dokument. Powiedziałam, żeby mi go dał. On, że jestem tu gościem, a to gospodarz ustala reguły. Chwila dyskusji. Cisza. Podał mi zwolnienie mówiąc, że to nic osobistego bo jest katolikiem, więc kocha wszystkich ludzi – wspomina Drożdż.

Wzięła zwolnienie. Podpisała. Wyszła. Zrobiło jej się czarno przed oczyma. Była zdenerwowana, ale udawała, że się nie denerwuje, żeby nie dawać szefom satysfakcji.

Czy składając pozew o mobbing liczyła się z możliwością utraty pracy? Tak, ale nie myślała, że nastąpi to tak szybko.

Dlaczego, mimo to, zdecydowała się zgłosić sprawę do sądu? Dlaczego? Kolejne choroby. Stany depresyjne. Stres. Spowodowane stresem cukrzyca i problemy kardiologiczne. – Wiem, że sprawy o mobbing są szalenie trudne, skarżącego się pracownika łatwo przedstawić jako awanturnika lub histeryka, ale pomyślałam, że tak nie będzie. Że przynajmniej będę mieć poczucie, że coś zrobiłam – mówi była urzędniczka MZ.

 

Życie po mobbingu

 

Po zwolnieniu z resortu zdrowia, Wioletta Drożdż od ponad roku szuka nowej pracy. Skończyła 50 lat. Osoby w tym wieku nie są chętnie zatrudniane.

Wytoczone przez nią procesy trwają. Jeden o mobbing. Drugi o przywrócenie do pracy.

– Czasem chciałabym to zostawić, ale uważam, że nie mogę. Z powodu osób, które były moimi świadkami. Podjęły dla mnie ryzyko. Zaryzykowały własną pracę. Muszę doprowadzić sprawę do końca – mówi.

Na złożenie zeznań i mówienie o mobbingu w MZ zdecydowało się wiele osób. Wśród nich są trzy obecne pracownice resortu.

– Dyrekcja się dowiedziała. Powiedziano im to wprost. Od tej pory ich życie w departamencie stało się nie do zniesienia – słyszymy.

 

TVN "Uwaga" i "Fakt" informują o mobbingowaniu przez szefostwo Ministerstwo Zdrowia

 

W połowie kwietnia „Fakt” i TVN „Uwaga” jako pierwsze donosiły o problemie mobbingu w Ministerstwie Zdrowia. Dziennikarze dotarli do urzędniczki z wydziału kontroli, Joanny Koczaj-Dyrdy, która zdecydowała się przerwać trwające od 3 lat milczenie. Pracownicy resortu, z którymi rozmawiali dziennikarze, o mobbing obwiniali dyrektora generalnego, Marcina Antoniaka, oraz dwóch nominowanych przez niego zastępców. W efekcie publikacji Antoniak został zawieszony, a Kancelaria Premiera zleciła w resorcie kontrolę.

Kontrolę zakończono w maju, jednak – jak dowiadują się Kulisy24.com – minister zdrowia zgłosił zastrzeżenia do projektu wystąpienia pokontrolnego. Problemy mają też osoby, które zdecydowały się zeznawać w procesie o mobbing. – Dyrekcja się dowiedziała. Od tej pory ich życie w departamencie stało się nie do zniesienia – mówi o kolegach z pracy Wioletta Drożdż. Kobieta od kilku miesięcy walczy z MZ w sądzie.

Pod koniec maja Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie psychicznego znęcania się nad jedną z pracownic resortu.

Po rozmowie z Wiolettą Drożdż, próbowaliśmy skontaktować się z Edytą Kramek, obecnie zastępcą dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego MZ. W sekretariacie usłyszeliśmy, że wszelkie pytania związane z zarzutami o mobbing należy kierować do zespołu prasowego. Nalegaliśmy na rozmowę z dyrektor Kramek. Poinformowano nas, że jest nieobecna. Miała wrócić za godzinę.

Ponowna próba skontaktowania się z Edytą Kramek nie przyniosła efektów. Dyrektor wciąż nie wróciła ze spotkania. Sekretariat kolejny raz uprzedził nas, że na wszystkie pytania o zarzuty dotyczące mobbingu odpowiada tylko i wyłącznie rzecznik ministerstwa. – Taka jest polityka resortu – usłyszeliśmy.

Krzysztof Bąk, rzecznik resortu, zaznacza, że sprawa domniemanego mobbingu jest „delikatna”. Prosi o przesłanie oficjalnej prośby o rozmowę z dyrektor Kramek wraz z listą pytań. Dyrektor zdecyduje, czy chce się do nich odnieść. Prośbę o rozmowę z dyrektorką przekazaliśmy. Czekamy na odpowiedź.

Pytania o mobbing do Ministerstwa Zdrowia skierowaliśmy jeszcze w środę (8 lipca br.). Rzecznik resortu poinformował, że odpowie na nie Departament Służby Cywilnej. Ci zaś odesłali listę pytań do Centrum Informacyjnego Rządu. Do dziś nie uzyskaliśmy odpowiedzi na zadane pytania.

 

Wobec braku możliwości rozmowy z Edytą Ramek, przekazujemy treść zeznań jej i naczelniczki wydziału, w którym pracowała Drożdż, złożonych w 2013 roku przed komisją antymobbingową.

Naczelniczka wydziału, odpowiadając na pytania komisji zeznała, że:

Wiolettę Drożdż zna od około dwóch lat.

Początkowo ich „znajomość układała się dobrze”. Stosunki uległy pogorszeniu, gdy została koordynatorem wydziału. Naczelnik tłumaczy, że według niej to awans doprowadził do pogorszenia relacji.

Wkrótce po awansie „zaczęły się nieprzyjemne sytuacje”. Naczelniczka twierdzi, że Wioletta Drożdż „nie słuchała wskazówek koordynatora na temat realizowanych przez nią zadań służbowych”.

Na początku naczelniczka „przekazywała podwładnej polecenia w sposób spokojny i zrównoważony, gdy jednak ta okazywała swoje niezadowolenie, ton rozmów uległ zmianie”.

„Gdy uwagi nie docierały do pani Drożdż, rozmowy przeniosły się do gabinetu pani dyrektor Kramek” – zeznała przed komisją naczelniczka wydziału.

Szefowa Drożdź zapewnia, że próbowała pomóc podwładnej „w dostosowaniu się do standardów departamentu”, mimo to ona wciąż popełniała błędy przy sporządzaniu pism. Były to błędy „ortograficzne, stylistyczne i merytoryczne”.

Na pytanie czy więcej było błędów technicznych, czy merytorycznych, naczelniczka odpowiada, że w przygotowywanych przez Drożdż pismach „dużo jest błędów stylistycznych i ortograficznych”.

Pytana, czy inni pracownicy też robią błędy, naczelniczka tłumaczyła, że w odróżnieniu od Drożdż „inni pracownicy praktycznie nie poprawiają swoich pism”.

Pytana, które zadania podwładna wykonuje dobrze, szefowa Drożdż odpowiada, że „żadnych zadań nie wykonuje dobrze”.

Naczelnik zapewnia, że inni pracownicy „chwalili styl przekazywania im poleceń służbowych”.

„Pani, Wioletta polemizowała ze wszystkim, co się jej zarzucało... Zachowanie pani Drożdż było zaskakujące, często wychodząc z gabinetu trzaskała drzwiami, mówiła, że idzie wykonać polecenia, a szła do domu”. Takie rozmowy „odbywały się od maja 2013 po godzinie dziennie”. A z panią Kramek „przynajmniej raz w tygodniu” – czytamy w protokole komisji.

Naczelnik widzi możliwość porozumienia, „jeśli zmieni się postawa pani Wioletty Drożdż”. Na koniec dodaje, że trudno ocenić, czy ostatnio zaszły jakieś zmiany w wykonywaniu przez podwładną obowiązków, bo ta przebywa na zwolnieniu lekarskim, a część jej obowiązków została powierzona dwóm pracownikom zatrudnionym na umowę zlecenie.

 

Edyta Kramek, przed komisją zeznała, że:

„Często, gdy była jeszcze naczelnikiem wydziału, wysłuchiwała od pani Drożdż narzekań na dyrekcję departamentu”.

Postrzega ją jako „osobę mądrą i inteligentną”, ale „nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, z czego wynika jej opór co do wykonania poleceń, które zleca jej koordynator wydziału”.

Spotkania w swoim gabinecie opisuje tak: „Na początku padały pytania, dlaczego po raz kolejny jest coś źle wykonane. Na co pani W. Drożdż odpowiadała, że w zakresie obowiązków nie ma wpisanego myślenia, gdyż jest tylko starszym specjalistą”. „W trakcie dalszej rozmowy pani Drożdż podnosiła głos, trzaskała drzwiami, wychodziła z gabinetu”.

Pytana o popełniane przez Drożdż błędy, Kramek zeznała, iż „błędów jest ogrom, ale zdarza się, że dokumenty są sporządzane dobrze”.

Zapewnia, że starała się rozmawiać z podwładną o jej postępowaniu. Przypomina, że Drożdż za swoje zachowanie otrzymała od dyrektora generalnego karę upomnienia. Po wręczeniu upomnienia „sytuacja trochę się jakby poprawiła”.

Zdaniem Kramek, Wioletta Drożdż „nie radzi sobie ze stresem. Gdy jest zdenerwowana, nie jest w stanie wykonywać powierzonych obowiązków”.

– Czy podwładna zostaje po godzinach? – pytali członkowie komisji. Kramek odpowiedziała: „Nieczęsto, ale zdarzały się takie sytuacje, nie raz z inicjatywy pani Wioletty Drożdż”.

O rozmowach w swoim gabinecie, na które zapraszana jest naczelnik i Drożdż, Kramek mówi „na początku spokojne, ostatnio bardzo emocjonalne”. Tłumaczy, że spotkania w gabinecie wynikały z faktu, iż naczelnik wydziału nie mogła wyegzekwować od Drożdż wykonywania obowiązków.

 

Odpowiedź Edyty Kramek na zarzut pozbawienia podwładnej wykonywanych dotąd obowiązków.

(Z oficjalnego pisma MZ. Edyta Kramek odpowiada dyrektorowi generalnemu departamentu, Marcinowi Antoniakowi. Czerwiec 2014).

 

Kramek: „Informuję, że Wioletta Drożdż wielokrotnie odmawiała mi wykonania polecenia służbowego (...) Zachowując się jednocześnie wysoce niestosownie (krzyczała, trzaskała drzwiami) Ponadto (...) opuszczała stanowisko pracy bez zgody. Wobec powyższego, jak również częstych nieobecności w pracy (...) zmuszona byłam delegować (jej) zadania na innych pracowników. Zaznaczam, że miało to znaczący wpływ na organizację pracy departamentu, a także powodowało konieczność pozostawania innych pracowników po godzinach”.

Na koniec przełożona dodaje, iż podwładna otrzymała upomnienie, ale jej praca „nadal pozostawia wiele do życzenia”.

 

Stanowisko naczelnik wydziału w sprawie zarzutów Wioletty Drożdż, jakoby nie powierzano jej zadań należących do zakresu jej obowiązków. 

(Z oficjalnego pisma MZ. Naczelnik wydziału odpowiada dyrektorowi biura kadr. Czerwiec 2014).

 

Naczelnik twierdzi, że wbrew temu, co twierdzi Drożdż, powierzała jej zadania. Zaznacza jednak, iż „odrębną kwestią” jest fakt, iż podwładna zadania te „wykonywała wybiórczo”, zupełnie odmawiała ich wykonania lub wykonywała nieterminowo.

Tagi: wioletta drożdż, mobbing, ministerstwo zdrowia, proces

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone