08 Września 2015

Nasze śledztwa
SLiMM.jpg
autor: Sylwester Latkowski, Michał Majewski

Groźby pod adresem Kulczyka

  • Jan-Kulczyk.jpg Jan Kulczyk. Foto: PAP/Bartlomiej Zborowski

Groźby, obraźliwe wiadomości, rozsyłanie szkalujących SMS-ów. Czego obawiał się Jan Kulczyk, gdy wybuchła afera taśmowa?

 

Wrzesień 2014 roku. Centralne Biuro Śledcze wysyła pismo do jednej z korporacji działających w Warszawie. Pyta, kto od 1 maja do 30 czerwca 2014 korzystał z aparatu telefonicznego należącego do firmy. Policjanci podają typ telefonu i numer IMEI, identyfikujący komórkę. W odpowiedzi dostają imię i nazwisko osoby blisko, rodzinnie związanej z Janem Kulczykiem. W jakim celu CBŚ czynił takie ustalenia? 

 

Mętne tłumaczenia

 

Otóż z tego aparatu rozsyłane były szkalujące, dyskredytujące Kulczyka SMS-y. Dostawali je biznesmeni z czołówki listy najbogatszych Polaków. Jedną z takich wiadomości dostał też Kulczyk. Spotkaliśmy się z osobą, która została przez warszawską korporację wskazana CBŚ jako użytkownik telefonu. To człowiek, który przez ostatnie 10 lat doskonale znał Kulczyka i pozostawał z niedawno zmarłym miliarderem w zażyłych relacjach. Tłumaczenia rozmówcy są dość mętne. Można je streścić w następujący sposób: – Obraźliwa wiadomość na komórkę Kulczyka została wysłana ze służbowego telefonu, który użytkowałem, ale nie za pomocą mojej karty SIM. Wymienialiśmy się w biurze aparatami, sam miałem ich kilka. Być może zrobił to ktoś inny. Asystent, kolega z pracy. A rzecz została wyjaśniona z samym Kulczykiem, z którym pozostawałem w dobrych relacjach do jego ostatnich dni. 

Rozmówca twierdzi, że nie usłyszał żadnych zarzutów prokuratorskich, ale nie zaprzecza, iż był indagowany przez służby badające sprawę.     

Skąd w ogóle ta sprawa i dlaczego zajmowało się nią CBŚ?

 

Z Kwiatkowskim o groźbach 

 

Otóż Jan Kulczyk czuł się zagrożony. Wiosną 2014 roku miliarder spotkał się, w restauracji w Pałacyku Sobańskich, z szefem Najwyższej Izby Kontroli, Krzysztofem Kwiatkowskim. Po wybuchu afery taśmowej i wyjściu na jaw, że spotkanie zostało nagrane, Kwiatkowski tłumaczył, że biznesmen przyszedł do niego po radę jako do byłego ministra sprawiedliwości. Chodzić miało o to, że Kulczyk jest straszony przez swego byłego współpracownika z USA.   

To wydaje się dość wydumany pretekst do spotkania z szefem NIK dla miliardera, który może liczyć na najlepszą obsługę prawną w Europie. W rzeczywistości Kulczykowi chodziło o stworzenie dobrego klimatu w kołach rządowych dla swych inwestycji na niepewnej wówczas Ukrainie. 

Niewątpliwie jednak temat gróźb się pojawił, o czym obaj rozmówcy wspomnieli w zeznaniach złożonych w sprawie afery taśmowej. Szef NIK-u w Pałacyku Sobańskich radził Kulczykowi, by powiadomił o tym służby. O jakie groźby chodziło?

 

Detektywi i procent od łódki

 

Kulczyk i grono jego bliskich współpracowników otrzymywało pogróżki. Biznesmenowi wydawały się one na tyle niepokojące, że wynajął agencję detektywistyczną, by ustaliła, kto stoi za tą sprawą. 

– I detektywi ustalili, że robi to były pracownik Janka z Miami. Oszukał Kulczyka na duże pieniądze. Przepisał na przykład apartament Kulczyka na siebie i Janek musiał go potem odkupić. Przy transakcji związanej z jachtem Kulczyka zagarnął 1,5 procent wartości łódki. W sprawę była zamieszana asystentka Janka, która podsuwała mu do podpisania lewe umowy. Nieprzyjemna historia – opowiada bliski współpracownik miliardera. Kulczyk, najpewniej po rozmowie z Kwiatkowskim, powiadomił służby o groźbach. Przypuszczalnie dlatego sprawdzano również sprawę obraźliwych, szkalujących SMS-ów rozsyłanych wiosną zeszłego roku z telefonu jednej z warszawskich korporacji. Badano, czy może mieć ona jakiś związek z aferą taśmową. 

 

Przekonanie o kupionych taśmach

 

Ten sam rozmówca z otoczenia Kulczyka uważa, że biznesmen odkupił w zeszłym roku nagrania związane z aferą taśmową. Przypomnijmy, że Kulczyk został nagrany przez kelnerów kilka razy. Między innymi podczas rozmów z Kwiatkowskim, Pawłem Grasiem czy Janem Krzysztofem Bieleckim. – W otoczeniu Janka panowało przekonanie, że on zdobył taśmy, których był bohaterem – mówi nasz rozmówca.

 

Notatka prokurator Mazur   

 

W prokuratorskich aktach tzw. afery taśmowej natrafiliśmy na jeszcze jedną ciekawą informację dotyczącą gróźb. Informację, która pośrednio związana jest z Janem Kulczykiem. Otóż 18 czerwca 2014 r., czyli dwa dni po ujawnieniu przez nas pierwszych taśm na łamach „Wprost”, prokurator Renata Mazur sporządza ciekawą notatkę. Pisze, że zatelefonował do niej  prawnik. Mazur podaje jego nazwisko oraz numer telefonu. I opisuje: „Jak stwierdził, jego klientka jakiś czas temu otrzymała SMS-a, zawierającego groźby oraz nawiązującego do podsłuchanej rozmowy pomiędzy panem Kwiatkowskim i Kulczykiem. Ponownie podobnego SMS-a otrzymała w dniu wczorajszym”. We fragmentach akt ujawnionych przez media i opublikowanych potem w całości przez Zbigniewa Stonogę nie ma ciągu dalszego tej historii. A wydaje się ona ciekawa. 

 

Prawnik milczy jak grób 

 

Pierwszy tekst o aferze taśmowej ukazał się 16 czerwca 2014. Jak więc ktoś „jakiś czas temu” mógł posługiwać się wiedzą o rozmowie Kulczyk–Kwiatkowski? Przypomnijmy, że notatkę prokurator Mazur napisała 18 czerwca. Jeden z naszych rozmówców wskazał, że groźby były adresowane do niegdyś wysokiej rangą urzędniczki, która pracowała z resorcie związanym ze sprawami gospodarczymi. Skontaktowaliśmy się z nią. Zaprzecza, żeby ktoś groził jej treściami zawartymi w nieujawnionej do dziś rozmowie Kwiatkowski–Kulczyk. Prawnik, wskazany z notatce prokurator Renaty Mazur, odmówił nam odpowiedzi na pytanie, kim jest jego klientka, której ktoś miał grozić informacjami z taśm. 

Tagi: groźby, jan kulczyk, szkalowanie, nagrania, podsłuchy, afera podsłuchowa, sylwester latkowski, michał majewski

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone