22 Lipca 2015

Nasze śledztwa
AiO.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska, Olga Wasilewska

Choroba w resorcie zdrowia

  • MZpolaczeniezbaneremUWAGAA.JPG

Bałagan, zastraszanie pracowników i fikcyjne kontrole – oto obraz Ministerstwa Zdrowia, który wyłania się  z rozmowy z Joanną Koczaj-Dyrdą. Kobieta jest głównym specjalistą w Departamencie Ubezpieczenia Zdrowotnego.


 

Do resortu trafiła w 2000 roku. Z konkursu. Wiele lat pracowała w spokoju. – Wszystko zmieniło się po kontroli w sprawie EuroMedic. W 2014 roku – zaczyna swoją opowieść.  To głośna, medialna historia opisana przez nas jeszcze we „Wprost”. Chodziło o gigantyczny kontrakt dla prywatnej kliniki, która nie spełniała wymogów zadeklarowanych w ofercie. W tle pojawiały się nazwiska ówczesnego szefa NFZ, Marcina Pakulskiego, i samego Bartosza Arłukowicza
 


O co chodzi z tą kontrolą?!

 

Wszystko zaczęło się od kontroli w EuroMedic i śląskim NFZ.


– Były prasowe doniesienia o nieprawidłowościach. Zaraz potem, telefon z dyrekcji: „Kontrola! Za kilka minut jedziecie do Katowic” – mówi Koczaj-Dyrda.

– O tym,  że mamy jechać, dowiedzieliśmy się 0 11:30 Wyruszyliśmy dwie godziny później. Pojechałam tak, jak stałam. Nie wiedziałam, po co mam jechać, ani o co chodzi. Wiadomo było tylko tyle, że wyniki kontroli mają być szybko – tłumaczy.

– Nie próbowała się pani dowiedzieć co konkretnie trzeba skontrolować? – pytamy.

– Przed wyjazdem poszłam do Neumanna (wiceminister Sławomir Neumann). Chciałam wiedzieć, o co właściwie chodzi z tą kontrolą. Usłyszałam: „A, bo ja nie wiem, co mam powiedzieć mediom”. 

 

– A jak wyglądała kontrola? 
 

– Do Katowic dojechaliśmy po siedemnastej. Dowiedziałam się że mam jednocześnie wejść do dwóch instytucji, do EuroMedic i do śląskiego oddziału NFZ. Jak miałam to zrobić? To było fizycznie niemożliwe.

W śląskim oddziale NFZ zastałam zaskoczonych pracowników. Na godzinę przed naszym przyjazdem zadzwoniłam tam i poprosiłam, żeby nie wychodzili z pracy. Mieli kserować dokumenty. Weszliśmy do budynku. Okazało się, iż na stole wielkim jak konferencyjny leży wysoki na metr stos dokumentów. Dwie osoby zaczęły to kserować. Polecenie było takie, że mamy wziąć wszystkie dokumenty i jeszcze tego samego dnia wrócić do Warszawy.


Dokumentów była tona, a i tak to nie wszystkie. Część wcześniej zabezpieczyło CBA. Tych nie dostaliśmy, chociaż, jak można przypuszczać, one były najważniejsze. Chaos informacyjny. Pracownicy kserowali i przekazywali jakieś strzępki informacji. Coś o pogróżkach wobec dyrektora: ktoś groził, że go załatwi. Nie wiedziałam, o co chodzi. Tak to wygląda, kiedy jedzie się na nieprzygotowaną kontrolę.
 

– Czy często zdarzały się takie wyjazdy „w ciemno” jak ten przy EuroMedic? – pytamy.

Słyszymy że „bardzo często, zwłaszcza jeśli o jakiejś sprawie napiszą media” i że „taka kontrola to żadna kontrola”.

 

Joanna Koczaj-Dyrda tłumaczy że z Katowic przywiozła może z 1% dokumentów. Bo „pracownicy NFZ po kilku godzinach kserowania byli nieprzytomni”, a kontrola musiała wracać do Warszawy.

 

– Jeszcze ciekawiej było, gdy około dziewiętnastej weszliśmy do EuroMedic – dodaje.

Tam zadanie polegało na skontrolowaniu urządzeń medycznych. Czy te, które firma zgłosiła w ofercie konkursowej, są identyczne z tymi, które stoją na miejscu. Urzędnikom odmówiono wejścia do EuroMedic z uwagi na dobro pacjenta. Wyszli z niczym.
 


Dyrektor krzyczy jak opętany

 

– Do Warszawy wróciliśmy o drugiej w nocy. Poprosiłam kierowcę, żeby zatrzymał się w pobliżu mojego domu. Wysiadłam. Poszłam spać o trzeciej. Rano musiałam być w pracy.

Następnego dnia zostaliśmy wezwani do Antoniaka (dyrektor generalny w MZ). Siedząc w lekceważącej pozie, zaczął na nas wrzeszczeć. Mówił, że do tej pory nic nie robiliśmy, że on nas nauczy pracować. Przez dwie godziny pastwił się nad nami. Poniżał. Zapowiedział, że będzie kontrolował nasze skrzynki, na jakie strony w internecie wchodzimy, a także naszą korespondencje e-mailową. Odebrałam to jako próbę zastraszenia i zmuszenia nas do posłuchu.
 

Kiedy zaczął krzyczeć, powiedziałam, żeby tego nie robił. Powiedział że: „Krzyczeć to on może dopiero zacząć”. Zaczął się drzeć jak opętany.


Zarzucał mi, że poprzedniego porzuciłam dokumenty. Bo o drugiej wysiadłam pod domem. Dokumenty były w bagażniku służbowego wozu z kierowcą z ministerstwa. Pojechały na Miodową razem z dwoma innymi pracownikami. Do głowy mi nie przyszło, że ktoś może mi zarzucić porzucenie dokumentów, które jechały służbowym samochodem z kierowcą i dwoma pracownikami resortu.


Kolejny zarzut, że „pracowałam opieszale”. Dlaczego? Bo ktoś doniósł mu że w drodze zrobiliśmy postój. Zatrzymaliśmy się, bo musiałam skorzystać z toalety. Raz. W drodze z Warszawy do Katowic!

Zarzucił mi też, że nie weszłam jednocześnie do dwóch instytucji i że podważałam kompetencje moich przełożonych. I że jawnie krytykowałam  sens kontroli. Czy krytykowałam? Tego nie wiem. Do dziś uważam, że ta kontrola, gdy wyjeżdżaliśmy tak jak staliśmy do Katowic, w tak ważnej sprawie jak EuroMedic, była zupełnie bez sensu. Tym bardziej że kompletnie nic nie załatwiliśmy. Nic.

– Ale protokół z kontroli musiała pani napisać?

– Tak. Oczywiście, choć ten był konsultowany z dwoma pracownikami, którzy byli na kontroli. Potem tygodniami mielony przez kierownictwo. Potem przyszedł do nas w kształcie, w jakim mieliśmy go podpisać.

 

To, co wy napisaliście we „Wprost” w sprawie EuroMedic, to był tylko czubek góry lodowej. Tam były i pogróżki, i groźby karalne, i lokalne układy. Megabagno. Protokół kontroli to było tylko prześlizgnięcie się po temacie, i to pisane na cito. 



Awantura w mediach? Jedźcie na kontrole!


Ministerstwo Zdrowia pracuje tak: jest awantura w mediach, jedziecie na kontrolę. Potem minister mówi: „Została wysłana kontrola!”. Jakby to miało załatwić sprawę. Jak kontrola jedzie w takich warunkach jak my do Katowic, a to się często zdarza, to co my możemy skontrolować?!

– Ale protokół z kontroli Pani podpisała.

– Tak. Co miałam zrobić, jak dyrektor zaczął się na mnie drzeć? Zresztą i tak 95% tego, czego dowiedziałam się podczas kontroli, to były rzeczy „poza protokołem”. Tak zastrzegali rozmówcy. 

– I nic się z tym nie dało zrobić? 

– Jedyne, co mogłam zrobić, to pójść do CBA. Z pozycji urzędnika ministerstwa prawda jest niemożliwa do ustalenia. Gdy jedzie na kontrolę, dostaje tylko te dokumenty, które położą przed nim na stole.

– A reszta dokumentów ze stołu w Katowicach dotarła chociaż do Warszawy?

– Tak. Za dwa dni, kierowca po nie wrócił. Bo minister wciąż nie wiedział, co ma powiedzieć mediom.

 

Co ciekawe, pojechał ten sam kierowca, który jechał z nami. U nas jest problem z czasem pracy. Kierowcy pracują na okrągło. Kierowca już w drodze z Katowic przysypiał. Ja szturchałam go, zagadywałam, żeby nie zasnął. 
 

 

Wszystko po to, żebyśmy zaczęli się bać



– Od kontroli w EuroMedic zaczęły się szykany. Podczas rozmowy dyrektor generalny groził nam: „Ja was dorwę”. Zgłosiłam do prokuratury, że jestem zastraszana. Jaki był cel tych gróźb i krzyków? Żebyśmy zaczęli się bać. Wykonywać bez szemrania polecenia. Żeby nam nie przyszło do głowy na cokolwiek się skarżyć. Przyglądać się. Łączyć fakty.
 

Urzędniczka pokazuje pismo do dyrektora generalnego wysłane również do ministra zdrowia i wszystkich wiceministrów. Ostrzega w nim, że sprawę kieruje do prokuratury, a jeśli nic się nie zmieni, to zawiadomi również policję i media.

– Na czym polegało szykanowanie?

– Dostałam się na aplikacją radcowską. W ramach podnoszenia kwalifikacji. Do czasu kontroli w EuroMedic nikt się tym nie interesował. Nie pytał o harmonogram zajęć. Po EuroMedic zaczęło się sprawdzanie. Kiedy wychodzę na zajęcia, czy wpisuję się w odpowiednie rubryki. Po dwie kontrole dziennie. 

 

Zaczęły też przychodzić pisma. Wydruki. Wyliczanie „niedopracowanego czasu”. Aplikacje w tym czasie robiło sporo osób z ministerstwa. Ja jako jedyna nie dostałam zgody na uczęszczanie na nie, więc za godziny spędzone na aplikacji obcinano mi wynagrodzenie. Po kilkaset złotych miesięcznie. 


Kolejny przykład nękania? Żądania dostarczania kopii wciąż tych samych akt. Ostatnio odbijałam prawie 2 tysiące dokumentów. Dwa dni przy ksero. Zlecanie czasochłonnych, pracochłonnych czynności niepotrzebnych absolutnie do niczego, to absolutny standard. To i konieczność zostawania po godzinach.


Sądy kapturowe



– Okazało się, że mamy w ministerstwie też sądy kapturowe. Jak wyglądają?

Dostałam upomnienie. Mimo iż o to prosiłam, do tej pory nie widziałam ani jednego dokumentu, na podstawie którego zostały sformułowane zarzuty.
Wiem tylko, że jednym z zarzutów jest oskarżenie że przez mnie nie było możliwe „zrealizowanie kontroli w Katowicach zgodnie z założonym harmonogramem”. Jakim harmonogramem? Chętnie go zobaczę. Nie było żądnego harmonogramu. Jechaliśmy tam w zupełnym chaosie.

Napisałam sprzeciw do tego upomnienia. Poinformowałam o swojej sytuacji. Pismo wysłałam do wszystkich. Nie było reakcji. A pisałam wszędzie.

Joanna Koczaj-Dyrda pokazuje pismo do dyrektora generalnego, wysłane również do ministra zdrowia, wszystkich wiceministrów, prokuratorów, szefostwa Służby Cywilnej, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Jacka Cichockiego i samego Donalda Tuska.


– Chciałam wiedzieć, czy ktokolwiek zareaguje. Pismo było rozpaczliwe. Pisałam, że zarzuty nie były poparte żadnymi dowodami, że nie miałam możliwości obrony. Że sprawa została skierowana do prokuratury. Pismo do premiera skończyłam zdaniem: „Mimo zawiadomienia wszystkich ministrów w MZ o tym, co się dzieje, nikt nie reaguje”. 

Nikt nic nie zrobił. Ze wszystkich adresatów odpowiedziała tylko jedna osoba. Napisała, że na tym etapie nie może zająć stanowiska.

 

Rzecznik pokrzywdzonych


Kiedy cierpliwość urzędniczki się skończyła? To były święta, podczas których co chwilę przychodziły pisma z pracy. Żądania wyjaśnień. Jedno po drugim.

 

W Wielką Środę wiadomość: „Proszę o informacje na temat dni i godzin, w których uczestniczyła Pani w zajęciach dla radców prawnych”. W Wielki Czwartek kolejne pismo: „Proszę o skonkretyzowanie. Odpowiedź w dniu dzisiejszym”. W Wielki Piątek: trzy pisma. Wyszczególnione, co trzeba skonkretyzować. Pouczenie, że niewykonanie będzie potraktowane jako niewykonanie polecenia służbowego. Wszędzie bardzo krótkie terminy odpowiedzi. Pismo o 14:30, odpowiedź do godziny szesnastej tego samego dnia.

– Całe trzy dni świąt miałam zniszczone. I to był impuls. Pomyślałam: tak dalej być nie może. Nie wytrzymałam. Napisałam list do wszystkich pracowników Ministerstwa Zdrowia.

W liście czytamy o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich miesięcy. Autorka tłumaczy, że to, co się dzieje, dotyczy nie tylko jej, ale i innych pracowników ministerstwa. Że nie rozumie, dlaczego nikt nie reaguje. Że przecież wszyscy wiedzą. Domaga się reakcji. Wkrótce po wysłaniu listu jej skrzynka e-mailowa zostaje zablokowana.

– Mimo blokady odezwało się do mnie mnóstwo ludzi. Jeśli ktoś chce, to znajdzie sposób. Pracownicy zaczęli opowiadać swoje historie. Zgłaszali się do mnie, jak do nieformalnego rzecznika sprawy. Wszyscy oni opowiadali potworne historie.

 

To duże obciążenie. Moja sprawa jest trudna, ale tamte były niewyobrażalne. Do jakiego stanu trzeba doprowadzić człowieka, żeby zaczął dostawać krwotoków na tle nerwowym?! Dopiero teraz wiem, jaka jest skala nadużyć władzy. Nie wiedziałam że jest aż tak źle.

 

Dziś ja te historie łączę i zgłaszam. Dlatego kolejne zawiadomienie do prokuratury zawiera już listę osób, które miały problemy podobne do moich. Pracownicy są wzywani. Składają zeznania. Część z nich ma już status pokrzywdzonych. Oczywiście, są też tacy, którzy byli szykanowani, ale gdy trzeba zeznawać, starają się zachować neutralność. Tak się jednak nie da. 
 

Praca na bombie zegarowej

 

– Jak pracuje się teraz w MZ? – pytamy. Słyszymy, że „Jak na bombie zegarowej”.


– Antoniak został zawieszony 1 czerwca, ale zawiesić można tylko na trzy miesiące. „Jego ludzie” spodziewają się, że on wkrótce wróci. Jego pomocnicy, też wymienieni w doniesieniu do prokuratury, wciąż pracują i zastraszają. Wciąż odbywają się sądy kapturowe. 


Gdy ktoś ze mną rozmawia, jest na cenzurowanym. Cześć się nie boi i mimo wszystko przychodzą. Niektórzy mówią: „Podziwiam panią za odwagę”.


To, że jest trudny rynek pracy, nie oznacza, że z pracownikiem można zrobić wszystko – tłumaczy Joanna Koczaj-Dyrda, nieformalny rzecznik pokrzywdzonych.

                                               


Prosiliśmy o rozmowę z Marcinem Antoniakiem. Rzecznik prasowy ministra zdrowia, Krzysztof Bąk, poinformował nas, że w związku z zawieszeniem dyrektora nie ma możliwości umówienia się na rozmowę z nim. Wciąż pracująca w MZ dyrektor Edyta Kramek, oskarżana o mobbing przez bohaterkę naszego poprzedniego tekstu, nie wyraziła zgody na rozmowę.

 

 

Z informacji dostarczonych przez MZ wynika iż:

– Pan Marcin Antoniak jest zatrudniony na stanowisku dyrektora generalnego Ministerstwa Zdrowia. Został zawieszony w pełnieniu obowiązków na czas trwania postępowania dyscyplinarnego.

– Zgodnie z zapisami ustawy, dyrektor pomimo zawieszenia zachowuje prawo do pełnego wynagrodzenia oraz innych przysługujących mu do tej pory uprawnień.

Tagi: ministerstwo zdrowia, mobbing, bartosz arłukowicz, euromedic, śląski NFZ, marcin antoniak, edyta kramek, joanna koczaj-dyrda

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone