12 Lutego 2017

Nasze śledztwa
luka2.png
autor: Łukasz Pawelski

ABW w Ministerstwie Zdrowia

  • ABW.jpg
  • Robert-Galazkowski.jpg Robert Gałązkowski - dyrektor LPR

Projekt nowego prawa zawiera szereg kontrowersyjnych zapisów m.in. wprowadzenie państwowego monopolu w ratownictwie medycznym, który naraża Skarb Państwa na konieczność wypłaty odszkodowań działającym już prywatnym firmom. Funkcjonariusze ABW badają nasze komputery, a także obieg poczty służbowej – tłumaczy nam urzędnik Ministerstwa Zdrowia. Powód? Projekt nowego prawa zawiera szereg kontrowersyjnych zapisów m.in. wprowadzenie państwowego monopolu w ratownictwie medycznym, który naraża Skarb Państwa na konieczność wypłaty odszkodowań działającym już prywatnym firmom. Zarzuca mu się także narażenie zdrowia i życia pacjentów poprzez zabranie lekarzy z załóg pogotowia ratunkowego czy też zwiększenie uprawnień ratowników do podawania leków, które niewłaściwie stosowane mogą powodować kalectwo lub śmierć (np. słynny lek zwiotczający mięśnie pavulon).

 

Według naszych rozmówców ABW interesuje się, kto był autorem projektów. Służymy pomocą. Do niedawna to Robert Gałązkowski, Marcin Podgórski i Mateusz Komza na jednej z konferencji organizowanej przez państwowe Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (LPR) podawali się za jego autorów. Właśnie ta państwowa agenda najbardziej skorzystałaby na nowym prawie, stając się monopolistą na szkolenie i zarządzenie rynkiem ratownictwa w Polsce. Ministerstwo zapytane o to kto jest autorem projektu stwierdziło, że procedowane obecnie w MZ projekty ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym czyli: 1) projekt ustawy o zmianie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym oraz niektórych innych ustaw, 2) projekt ustawy o zmianie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym oraz ustawy o zmianie ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia oraz niektórych innych ustaw „były przygotowane w Ministerstwie Zdrowia w Departamencie Spraw Obronnych, Zarządzania Kryzysowego, Ratownictwa Medycznego i Ochrony Informacji Niejawnych, przeszły standardową procedurę uzgodnień wewnętrznych i zostały skierowane do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji publicznych. W przygotowywaniu ww. projektów – oprócz konsultacji poprzedzających przygotowanie założeń – nie uczestniczył żaden podmiot ani osoba spoza resortu zdrowia.”. Szefem LPR jest 40-letni Gałązkowski, który stoi na czele tej agendy od czasów rządów Platformy Obywatelskiej (2008 r.). Prywatnie ma doskonałe układy z byłą premier z PO Ewą Kopacz (z zawodu lekarka). Nie wiadomo, jaka jest rola polityków PO w przygotowaniu nowej ustawy. Rzecznik prasowy LPR zaprzecza, aby w ogóle takowa była.

 

Relację między Ewą Kopacz a obecnym szefem LPR dobrze pokazuje historia z 12 sierpnia 2011 r., gdy doszło do katastrofy kolejowej w pobliżu stacji kolejowej Baby. Na miejsce oprócz premiera Donalda Tuska przybyła też Ewa Kopacz. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że przyleciała tam śmigłowcem LPR razem z Robertem Gałązkowskim. Dyrektor LPR wykorzystał więc maszynę, która spaliła kilkaset litrów paliwa, tylko po to, aby na miejsce wypadku wygodnie dowieźć polityka. Komentując tę sprawę, rzecznik LPR stwierdził, że podstawą przewiezienia Ewy Kopacz na miejsce katastrofy kolejowej była umowa zawarta pomiędzy Ministerstwem Zdrowia i Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym z 2007 r. Oficjalne stanowisko jest takie, że Gałązkowski osobiście włączył się do współkoordynowania akcją ratunkową w zakresie wykorzystania lotniczych zespołów ratownictwa medycznego. Jednocześnie w uzgodnieniu z ministrem zdrowia Ewą Kopacz podjął decyzję o udaniu się na miejsce zdarzenia śmigłowcem rezerwowym celem dokonania bezpośredniej oceny sytuacji. Rzecznik LPR nie odpowiedziała na pytanie, czy obecność Ewy Kopacz na miejscu tragedii w Babach była niezbędna dla przeprowadzenia akcji ratowniczej. Z tym pytaniem polecono nam zwrócić się do resortu zdrowia. Jednocześnie potwierdzono nam, że za przelot Ewy Kopacz na miejsce tragedii zapłaciło LPR. Czyli my, podatnicy.



Obrotowy urzędnik

Robert Gałązkowski, szef Lotniczego Pogotowia Ratunkowego często występuje publicznie w kostiumie ratownika medycznego lub w charakterystycznych dla pogotowia czerwonych barwach. Podkreśla to jego wizerunek jako człowieka, który jest ratownikiem, a nie biurokratą. Ta demonstracja sprawiła, że złośliwi zaczęli nazywać go „czerwonym baronem”. W środowisku jest kontrowersyjną postacią. Wrogowie zarzucają mu robienie kariery za wszelką cenę, wyrachowane korzystanie z politycznego wsparcia, a także mściwość i opryskliwość wobec niepokornych podwładnych. Dla przyjaciół to ponadpartyjny autorytet, mający – jak wszyscy ludzie – wady i słabostki.


Gałązkowski z pogotowiem lotniczym jest związany od 2000 roku. Jest jego byłym rzecznikiem. W latach 2001-2007 był szefem Ratownictwa Medycznego Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Od 2008 roku pełni funkcję dyrektora LPR. Od kilku lat jest stale obecny na liście stu najbardziej wpływowych postaci świata medycyny w Polsce. Ma mocne polityczne plecy. Za rządów SLD (2001-2005) był doradcą ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Janika, wpływowego barona lewicy. Chociaż dziś stanowczo temu zaprzecza, to jego związki z polityką są niepodważalne. W 2009 r. został wyróżniony przez ówczesnego ministra zdrowia tj. Ewę Kopacz nagrodą imienia błogosławionego Gerarda. W 2010 roku minister spraw wewnętrznych Jerzy Miller odznaczył go Srebrną Odznaką Zasłużonych dla Ochrony Przeciwpożarowej. W 2011 r. został mu przyznany Brązowy Medal za Długoletnią Służbę. Tym razem odznaczał go prezydent Bronisław Komorowski. Relacje na linii Kopacz-Gałązkowski są ciepłe od dobrych kilku lat. Kilka tygodni po katastrofie smoleńskiej Ewa Kopacz chwaliła dyrektora LPR. Gałązkowski dostał pochwałę za to, że jest pasjonatem swojej pracy i oddanym firmie dyrektorem jednostki. Minister Kopacz stwierdziła nawet, że „my was w ministerstwie doceniamy i po prostu lubimy”. Po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych Gałązkowski został powołany do rady naukowej przy ministrze zdrowia.


Gałązkowski jest też członkiem rady naukowej Instytutu Medycyny Wsi w Lublinie – w którym od lat rządzi PSL jednostki badawczej podlegającej ministrowi zdrowia,. Instytut jest powiązany z Uniwersytetem Medycznym w Lublinie. Instytut wykonuje badania do doktoratów, to prawdziwa kuźnia doktoratów medycznych dla ważnych ludzi w resorcie zdrowia. Wielu dyrektorów z Ministerstwa Zdrowia, szefów jednostek medycznych przyjeżdża właśnie do Lublina robić doktoraty. Dziennikarzom „Gazety Finansowej” udało się dotrzeć do osoby związanej z lubelskim Instytutem Medycyny Wsi. „On jest głęboko powiązany z PSL. Ma dobre układy na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach” – twierdzi nasz rozmówca. To dawna wyższa szkoła rolnicza im. Georgija Dymitrowa, którą przekształcono w uniwersytet. Rzecznik LPR zaprzeczył, aby Gałązkowski pomagał tam załatwiać badania naukowe do swojego doktoratu oraz swoich znajomych. Dużo mówi o Gałązkowskim historia z 2009 r., gdy pod Olsztynem doszło do incydentu z udziałem samolotu, którym poruszał się Donald Tusk. Samolot polskiego premiera złamał przepisy, startując zbyt blisko stojącego śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Podmuch powietrza wytworzony przez startującą maszynę wyrwał drzwi w śmigłowcu. Donald Tusk odlatywał właśnie z Olsztyna po konwencji wyborczej kandydatów PO do Parlamentu Europejskiego. Ewidentna wina pilota premiera została przerzucona na załogę śmigłowca. Przygotowano raport, w którym obarczono ją winą za zdarzenie. Sam Gałązkowski winił za incydent pielęgniarkę, która według niego „nie domknęła drzwi”. Po tym zdarzeniu województwo warmińsko-mazurskie było pozbawione śmigłowca LPR przez dłuższy czas. Według rzecznik LPR, Gałązkowski nie miał żadnego wpływu na wynik postępowania wyjaśniającego związanego z tym wypadkiem. Nasi informatorzy twierdzili, że działania w tej sprawie miał podjąć po telefonie z kancelarii premiera. Rzecznik LPR w jego imieniu poinformowała nas, że nie „kojarzy” on takiej rozmowy. Jednocześnie poinformowała, że LPR nie jest upoważnione do przekazywania komukolwiek bilingów telefonicznych szefów. Podkreśliła, że decyzje w tej sprawie podejmowała specjalna komisja, która ukarała pielęgniarkę i pilota.
 

Wielki pisarz
Obecny dyrektor Lotniczego Pogotowia Ratunkowego lubi podkreślać swój dorobek naukowy. Jest autorem kilku publikacji książkowych oraz niezliczonych artykułów. Publikuje i podpisuje się pod tekstami w zakresie dziedzin medycyny, z którymi niewiele go łączy. Jest redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego „Emergency Medical Service. Ratownictwo Medyczne”. Pismo jest adresowane do środowisk związanych z medycyną ratunkową i ratownictwem medycznym. Ten fakt nie jest bez znaczenia, pokazuje bowiem, że Gałązkowski ciągle podnosi swoje kwalifikacje zawodowe i naukowe. Publikacje w prasie czy stanowisko redaktora naczelnego, poprawiają jego notowania jako pracownika naukowego i mają znaczenie dla kariery naukowej. Jego przeciwnicy pytają, jak to jest możliwe, że w nawale obowiązków Gałązkowski znajduje jeszcze czas na tak liczne własne publikacje? I to tak wszechstronne. Z jednej strony uraz czaszkowo-mózgowy, z drugiej hypotermia, potem echokardiografia i szereg prac o psychologii. „Prace dyrektora LPR mają charakter jednokierunkowy. Skupiają się na szeroko rozumianym ratownictwie medycznym i medycynie ratunkowej w ujęciu organizacyjnym, analitycznym oraz merytorycznym” – skomentowała w przesłanej nam odpowiedzi rzecznik.


Wielbiciele eurokopterów

W 2007 r. przeprowadzono w LPR kontrowersyjny przetarg na śmigłowce. W trakcie procedury zamówienia, Ministerstwo Zdrowia wyeliminowało z procedury przetargowej polskiego producenta śmigłowców PZL-Świdnik. Powodem był jeden nieprzetłumaczony dokument certyfikacyjny. Eurocopter, który miał dostarczyć dokumentację z poważniejszymi błędami, wygrał przetarg. Pomimo tego, że inna firma zaoferowała śmigłowiec znacznie nowocześniejszy, szybszy oraz tańszy. Część obserwatorów procedury przetargowej wyrażała przekonanie, że przetarg został rozpisany pod Eurocoptera. Chodziło o takie dane jak długość śmigłowca, typ podwozia czy wymiar kabiny. Oferta Eurocoptera pomimo tego, że była gorsza, miała też być droższa o 6 milionów złotych. Gałązkowski w ówczesnych publicznych wypowiedziach dyskredytował konkurentów Eurocoptera. O śmigłowcu oferowanym przez firmę AgustaWestland mówił: „doskonale się nadaje, ale tylko do transportu stabilnego pacjenta z jednego szpitala do drugiego, ponieważ na pokładzie tej maszyny nie można wykonywać masażu serca”. Jak się okazało parę lat później, to maszyna Eurocoptera nie była w stanie przetransportować 5-letniego chłopczyka w stabilnym stanie z jednego szpitala do drugiego. Powodem miał być brak przyszpitalnego lotniska. Ostatecznie umowę na dostawę śmigłowców marki Eurocopter podpisała Ewa Kopacz.

 

Robert-Galazkowski.jpgRobert Gałązkowski - dyrektor LPR


W 2015 roku lotnicze pogotowie zakupiło kolejne 4 śmigłowce. Piloci LPR mieli odmówić latania na nowo na zakupionych maszynach. Chociaż śmigłowce nabyto za większą kwotę niż poprzednie, to nie były one wyposażone w radary. Oczywiście wcześniej zakupione maszyny (tańsze!) takie radary posiadały. Oficjalna wersja brzmi „Kupiliśmy helikoptery bez radarów, bo tylko takie były na rynku. Teraz dokupujemy radary”. Tyle tylko, że to przecież LPR przygotowuje przetarg i określa, jakich maszyn potrzebuje. Jeżeli producent nie jest w stanie spełnić wymogów stawianych śmigłowcom, nie powinien wygrać przetargu. Jednak to nie koniec kontrowersji związanych z maszynami Eurocoptera EC 135, które latają w LPR. Chociaż w baku EC 135 jest miejsce na 710 litrów paliwa, to „polskie” Eurocoptery są tankowane trochę ponad połowę. Wszystko przez ciężar sprzętu i załogi. Śmigłowce są tak załadowane sprzętem, że mają problem z poderwaniem się do lotu. Ciężki sprzęt, np. inkubator, kilku rosłych chłopów, jako załoga śmigłowca i maszyna przy wysokiej temperaturze powietrza nie lata. Postanowiono zatem odchudzić i śmigłowce, i ich załogi. Drogie elementy śmigłowca, za które zapłacono potężne pieniądze, zwyczajnie usunięto. Natomiast załogom zapewniono możliwość skorzystania z maszyn do ćwiczeń fizycznych na terenie placówek LPR. Ponieważ i tego było mało, zdecydowano, że mniej paliwa to mniej kilogramów. W ten sposób skrócono o połowę zasięg EC 135, który lecąc na dalszą akcję czy w ramach transportu musi ponownie zatankować paliwo. Według rzecznika LPR śmigłowce EC 135 mają wystarczającą ilość mocy, aby latać przy pełnym zatankowaniu. Śmigłowce LPR mają jeszcze jeden problem. Otóż przy lądowaniu ich turbiny zasysają kurz. Efektem jest nawet zatarcie silnika maszyny. Remont zaś to koszt sięgający milionów złotych. Dlatego postanowiono zastosować specjalne filtry. Jednak i to rozwiązanie ma swoje wady. Powoduje spadek mocy maszyny i konieczność dalszego poszukiwania zbędnych kilogramów. Tak więc mamy drogie helikoptery, których nie można w pełni zatankowaći nie mają wystarczającej mocy do pracy w Pogotowiu Lotniczym. Co więcej, śmigłowce LPR EC 135 Eurocopter nie posiadają klimatyzacji. Latem w kabinie panuje nadmierna temperatura, że piloci śmigłowców wbrew przepisom prawa lotniczego zdejmują hełmy. Ratownicy w trakcie lotu narzekają, że wpływa to na jakość ich pracy. – Przy temperaturze 40 stopni w słońcu, zamknięci w stalowej puszcze nie jesteśmy w stanie oddychać, a co dopiero lecieć na miejsce zdarzenia – mówi pilot, do którego udało nam się dotrzeć. Wszystkiemu winny ma być niski poziom zasilania EC 135. Po podłączeniu aparatury medycznej, chłodzenia silników zabrakło mocy na klimatyzację. Dlatego chcąc czy nie, ratownicy LPR są skazani na pracę w temperaturze zagrażającej życiu ich oraz transportowanych pacjentów. Według rzecznik takie śmigłowce latające jak w LPR tak latają także w i innych państwach w Europie i na świecie. Poza niektórymi firmami w Hiszpanii oraz na Bliskim Wschodzie nie mają instalacji klimatyzacyjnej na pokładzie. Za to „polskie” Eurocoptery są wyposażone w instalację ogrzewania i wentylacji kabiny. W wypadku ich niesprawności śmigłowce nie są użytkowane. Brak klimatyzacji ma nie wpływać negatywnie na bezpieczeństwo operacji lotniczych. Na pytanie, czy 40 stopni Celsjusza może zagrażać bezpieczeństwu pracowników LPR i pacjentów, udzielono odpowiedzi, że nie. Według rzecznika „40 stopni Celsjusza to jest temperatura tylko o 3-4 stopnie wyższa od naszej fizjologicznej temperatury. W podobnej temperaturze są umieszczane noworodki w inkubatorach. Wszystko jednak zależy od wielu czynników jak np. stan pacjenta, czas przebywania w podwyższonej temperaturze, wilgotności, możliwość oddawania temperatury przez chorego itd. Trzeba pamiętać, że czas przebywania w śmigłowcu jest relatywnie krótki, dodatkowo załoga medyczna ma możliwość czynnego schłodzenia kabiny śmigłowca”.


Bez przebaczenia

Gałązkowski jest też krytykowany za swoje podejście do kolegów ratowników oraz lekarzy. Nie tylko za to, co mówi, ale i jak. Kłopoty mają lekarze, których niedawno starał się wyeliminować z pracy zespołów ratunkowych. W odpowiedzi na zadane pytania Gałązkowski stwierdza, że niezwykle ceni kolegów lekarzy, a także… że jest przeciwny usunięciu lekarzy z zespołów ratownictwa medycznego, ponieważ mają oni do odegrania ogromną rolę w medycynie ratunkowej. Wcześniej miał być przeciwnego zdania (takie zapisy są w firmowanym przez niego projekcie). Miało to bowiem dać oszczędności w budżecie, za które szefa LPR tak polubił minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Rezygnacja z lekarzy oznaczałaby jednak znaczne rozszerzenie uprawnień ratowników medycznych. Przedstawiciele lekarzy anestezjologów stwierdzili wprost, że zwiększenie uprawnień ratowników medycznych do podawania leków zwiotczających przyczyniłoby się do wzrostu liczby zgonów w karetkach pogotowia. Na pytanie, czy Gałązkowskiemu zdarza się krzyczeć na podwładnych, rzecznik LPR udzieliła nam następującej odpowiedzi: „Bardzo rzadko zdarza się, że dyrektor LPR podnosi głos w ekspresyjnych wypowiedziach dotyczących konkretnych tematów, jednak nie ma to charakteru personalnego”. Lotnicze Pogotowie Ratunkowe jest kreowane na wzorową jednostkę organizacyjną polskiego systemu opieki zdrowotnej. Tak jednak nie jest. Transport zwykłymi karetkami jest przez wielu lekarzy uważany za bezpieczniejszy i nierzadko, zwłaszcza w nocy, szybszy niż ten wykonywany przez śmigłowce. Co więcej, nie wszystkie maszyny znajdujące się w dyspozycji Gałązkowskiego i jego podwładnych są w stanie technicznym pozwalającym na loty. Część jest po prostu uziemiona. Czekają na przegląd, remont lub zwyczajnie piloci nie chcą na nich latać. Tak jest w wypadku samolotów transportowych, które przechodzą już od dłuższego czasu remont w Niemczech. LPR chwali się posiadaniem takich maszyn na swojej oficjalnej stronie, chociaż aktualnie żadna z nich nie lata. Chodzi o samoloty Piaggio P.180 Avanti. Oba samoloty są obecnie w trakcie obsługi technicznej. Pierwsza z maszyn jest w tzw. obsłudze od 10 października 2016 roku, druga trafiła do remontu miesiąc później. Chociaż standardowo przegląd maszyny powinien trwać od 3 do 4 tygodni, to samoloty nadal są uziemione. Jak się okazało, podczas przeglądów zostały zidentyfikowane rozległe uszkodzenia korozyjne. Na pytanie, czy Ministerstwo Zdrowia wydało zgodę na jednoczesną naprawę samolotów należących do LPR, rzeczniczka Pogotowia stwierdziła, że „Ministerstwo Zdrowia nie powinno zajmować się oceną stanu korozyjnego statków powietrznych i wydawaniem zgód na większy lub mniejszy zakres uszkodzeń korozyjnych”. Tak więc LPR posiada flotę dwóch zardzewiałych maszyn transportowych. Tylko w przeciągu ostatnich 7 lat LPR wydało na te samoloty ponad 35 milionów złotych. Nabycie zaś prawa do ich użytkowania wyniosło 39,5 mln zł. Jak widać czasem prościej zaoszczędzić na lekarzach w składzie zespołu ratowników, niż racjonalnie wydawać pieniądze.
 

Tagi: robert gałązkowski, ewa kopacz, lotnicze pogotowie ratunkowe, konstanty radziwiłł, ratownictwo medyczne, ratownik medyczny, pogotowie, smoleńsk, katastrofa smoleńska, ekshumacje, ec 135

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone