15 Czerwca 2015

Gospodarka
DSC1007.jpg
autor: Paulina Socha-Jakubowska

Unijna powtórka z ACTA?

  • pap200903010B8.jpg Bruksela, Belgia. Siedziba Komisji Europejskiej - wieżowiec Berlaymont. PAP/Radek Pietruszka

Wystarczyło kilkanaście dni, by na komunikat Komisji Europejskiej opisujący strategię wprowadzenia jednolitego rynku cyfrowego na terenie Unii, zareagowali przedstawiciele głównych brytyjskich nadawców telewizyjnych i producentów filmowych. Polscy twórcy też protestują przeciwko unijnym planom ujednolicenia dostępu do usług cyfrowych. Co więcej, do grona oburzonych pomysłem wprowadzenia JRC dołączyli obrońcy szeroko pojmowanej wolności w sieci, którzy o zapisach strategii mówią, że to „ukryte ACTA”.


Na swojej stronie internetowej magazyn Politico ujawnił, że przedstawiciele głównych brytyjskich nadawców, studiów filmowych i producenci telewizyjni, w tym ludzie związani choćby z BBC, stworzyli grupę lobbystów, a zarazem front przeciwko propozycji wprowadzenia jednolitego rynku cyfrowego w krajach Unii Europejskiej. Twierdzą, że zmiany dotyczące praw autorskich, czyli kluczowego elementu strategii cyfrowej proponowanej przez Komisję Europejską, uniemożliwią im finansowanie zwłaszcza ambitniejszych produkcji. Przedstawiciele świata mediów we Włoszech, w Belgii, Grecji, Szwecji i Holandii także zgłosili do Brukseli swoje zastrzeżenia. O JRC mówiono nawet na festiwalu w Cannes. Filmowcy, w tym David Puttnam, producent m.in. „Pól śmierci”, czy „Rydwanów ognia” otwarcie skrytykował inicjatywę.


– Jeżeli producenci brytyjscy protestują przeciw zmianom twierdząc, że na tym stracą, to tym bardziej stracimy polski rynek audiowizualny, który nie ma aż takiej siły przebicia, co brytyjski – ocenia Dominik Skoczek, przedstawiciel Stowarzyszenia Filmowców Polskich i Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych.


Stowarzyszenie Filmowców Polskich swoje stanowisko w sprawie JRC na razie przedstawiło Małgorzacie Omilanowskiej, minister kultury i dziedzictwa narodowego, oraz Andrzejowi Halickiemu, ministrowi administracji i cyfryzacji. Taki sam krok wybrało Stowarzyszenie Kreatywna Polska, które w liście do obu ministrów napisało:  „Istnieje przypuszczenie graniczące z pewnością, że stworzenie jednolitego paneuropejskiego rynku kultury doprowadzi do całkowitego zaniku polskiego rynku treści chronionych prawem autorskim oraz zmarginalizowania działalności polskich uczestników tego rynku. Polska kultura jest bogata, atrakcyjna i różnorodna. Niestety, polski sektor kultury jest jeszcze ciągle gospodarczo i finansowo słaby. Likwidacja możliwości udzielania terytorialnych licencji doprowadzi do pogłębienia się kontrastów, grzebiąc szanse na powolny choćby wzrost znaczenia polskiego sektora kreatywnego w Europie. Kwestie rodzimej kultury i tożsamości są istotniejsze, aniżeli konieczność realizacji demagogicznych postulatów”.


Chodzi o to, że w dyskusji na temat jednolitego rynku cyfrowego najczęściej porusza się kwestie ułatwień dla konsumentów. Sam Andrzej Halicki zachwalał: – Jednolity Rynek Cyfrowy to większy wybór i dostęp do towarów, treści i usług elektronicznych oraz możliwość korzystania z szybkiej, otwartej, wolnej i niepodzielonej sieci. To niepowtarzalna szansa dla polskich przedsiębiorców, którzy korzystając z internetu i wspólnego rynku, mogą dotrzeć do setek milionów konsumentów łatwiej, szybciej i taniej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Poza tym mówi się o uproszczeniu rozliczeń VAT w handlu elektronicznym. O tym, że Unia Europejska miałaby sie stać matecznikiem dużych przedsiębiorstw sieciowych i producentem usług, które kupujemy online – tym samym kończąc hegemonię amerykańskich platform (choćby YouTube).


Mówi się też o zniesieniu geoblockingu, czyli tego, że część usług, treści i produktów dostępna jest tylko w niektórych krajach.  I o tzw. dyskryminacji cenowej. Czyli rozwiązaniu patologicznej sytuacji, w której ceny pewnych usług w jednym kraju mogą być zdecydowanie wyższe, niż w innym. I co między innymi wpływa na fakt, że tylko 15 proc. mieszkańców UE robi zakupy w sklepach internetowych spoza swojego kraju. – I owszem, polski konsument skorzysta, bo być może dzięki zmianom, gdy zechce kupić butelkę perfum z Francji, nie zapłaci za przesyłkę równowartości połowy wartości tej paczki (tak jak jest obecnie), podczas gdy brytyjski konsument nie zapłaci nic. Bo w tym wymiarze geoblocking trzeba znieść. Problem w tym, że nie da się odgórnie, w całej Unii Europejskiej, narzucić sztywnych cen za dostęp do treści niematerialnych, bo między krajami są ogromne różnice, choćby w sile nabywczej pieniądza. Co z tego, że Polak dostanie dostęp do Netflixa, skoro będzie musiał zapłacić tyle, ile płaci konsument brytyjski albo niemiecki – dodaje Skoczek.
Zdaniem tych środowisk wprowadzenie jednolitego rynku cyfrowego może dla Polski okazać się tragiczne. I to na wielu polach.


Ponad granicami


Po pierwsze dlatego, że Komisja Europejska chce, by wszyscy obywatele Unii mieli transgraniczny dostęp online do utworów.  – Cała potrzeba „wielkiej” reformy wzięła się m. in. z tego, że wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Estończyk Andrus Ansip, nie może w Brukseli oglądać estońskiej telewizji i estońskich filmów. Tyle, że to nie wina prawa autorskiego i terytorialnych ograniczeń licencyjnych, a słabości estońskiego rynku audiowizualnego i indywidualnych decyzji estońskich dystrybutorów – mówi Skoczek.


Zdaniem Kreatywnej Polski zasada terytorializmu prawa autorskiego w żadnym razie nie stoi na przeszkodzie udostępnianiu filmów czy muzyki na skalę ogólnoeuropejską – jest to kwestia nabycia odpowiednich licencji. Stowarzyszenie w liście do minister kultury i ministra administracji i cyfryzacji zauważa, że potwierdzają to statystyki.  „Obecnie na rynku europejskim działa prawie 300 serwisów muzycznych online (takich jak Spotify czy Deezer) oraz prawie 3000 serwisów wideo na żądanie (video-on demand). Ich popularność i sukces finansowy są najlepszym dowodem na to, że obecny system prawa autorskiego nie jest przeszkodą w prowadzeniu działalności tego rodzaju”.


Kreatywna Polska zwraca uwagę także na to, że ograniczenie zasady terytorialności praw autorskich może zakończyć boom na polską kinematografię zauważalny w ostatnich latach. Wszystko dlatego, że dystrybutorzy z poszczególnych terytoriów współfinansują powstanie filmu na zasadzie nabycia praw eksploatacyjnych już na etapie powstawania produkcji. Dominik Skoczek dodaje: Przy koprodukcjach międzynarodowych – często aż 50 proc. budżetu to przedsprzedaż terytorialna. Zniesienie tego oznacza, że część filmów nie będzie mogła w ogóle powstać. Gdyby jednolity rynek cyfrowy istniał kilka lat temu, nigdy nie powstałaby np. „Ida”. Tak przynajmniej dzisiaj mówią jej producenci. Zagraniczni partnerzy nie chcieliby włączyć się w finansowanie produkcji, gdyby nie uzyskali jeszcze na etapie przed ukończeniem filmu wyłączności na dystrybucję „Idy” na poszczególnych terytoriach.


Kolejna sprawa – to monopolizacja rynku idąca za wprowadzeniem jednolitej strategii cyfrowej. Dla stowarzyszeń zrzeszających twórców jasne jest, że skorzystają najwięksi gracze, ci, których „dzieła” produkowane są w języku angielskim i mają charakter popularny. Bo przecież polski produkt nie jest tworzony, by konkurować na wszystkich rynkach jednocześnie, zawojować choćby rynek portugalski. Na zmianach skorzysta za to wspominany wcześniej Netflix i YouTube, bo obie platformy nie będą musiały nabywać pozwoleń i licencji na działalność w różnych krajach – od razu dostaną licencję na całą Unię. A to, że dla Polaka dostęp do Netflixa będzie droższy, to inna sprawa.


Europejski iloczyn


Dominik Skoczek przyznaje, że nie można znieść terytorializmu prawa autorskiego bez wprowadzenia jednolitego prawa autorskiego w całej UE. Bo czym innym jest terytorializm prawa autorskiego, a czym innym terytorialne ograniczenia licencyjne. Tłumaczy, że prawo obowiązuje na terenie kraju, w którym powstaje utwór, film. – Ograniczenia licencyjne polegają zaś na tym, że autor muzyki może zdecydować, jego utwór był rozpowszechniany tylko na terenie woj. Mazowieckiego lub tylko Warszawy. To jego święte prawo. KE chce zmusić autorów, by pozbywali się tego prawa. I by funkcjonowała transgraniczna, swobodna dostępność do wszelkich treści online.


W takim razie jak miałyby być nabywane prawa do Mistrzostw Świata w piłce nożnej? – Polski nadawca nigdy nie będzie w stanie zgromadzić takich środków, by móc zakupić prawa do pokazywania mundialu w całej UE – dodaje. I zauważa, że jeśli np. TVP będzie produkowała film, w którym będzie chciała wykorzystać 5 sekund amerykańskiego nagrania, np. ważnego momentu z historii USA – będzie musiała zapłacić za licencję na tę treść pomnożoną razy 28, czyli tak, jak gdyby dla wszystkich krajów UE. Zdaniem Skoczka rachunek ekonomiczny bardzo szybko spowoduje, że telewizje kosztem jakości swoich produkcji będą sięgać wyłącznie po treści archiwalne zamiast koncentrować się na produkcji nowych, wartościowych pozycji.


Cena licencji


Bartłomiej Okoń, ekspert prawny z Digital Economy Lab, czyli Laboratorium Gospodarki Cyfrowej przy Uniwersytecie Warszawskim jednak uspokaja rozemocjonowanych twórców. – Realna cena licencji paneuropejskich jest dziś tematem do dyskusji. Poza tym odbywa się lobbing i dziś tak naprawdę trudno przewidzieć, jaki ostatecznie kształt przyjmie jednolity rynek cyfrowy UE. Zdaniem prawnika polscy konsumenci nie powinni się obawiać wzrostu cen za dostęp do usług online, czy audiowizualnych treści. – Poza tym nie ma żadnych prawnych gwarancji, że niższe ceny w krajach Europy Wschodniej pozostaną przez kolejne lata – zauważa. – Proponowane zmiany są korzystne dla konsumentów. Jeśli chodzi o twórców, w Polsce nie dostrzegam problemów, o których piszą Brytyjczycy. Jako kraj nie jesteśmy potężnym medialnym eksporterem, nie sprzedajemy licencji na polskie programy. Dlatego wprowadzenie licencji paneuropejskich nie jest dla nas wyzwaniem. Mniej korzystne to będzie dla krajów, które, jak Wielka Brytania, są potentatami rynku medialnego.
Politico.eu podał, że brytyjscy producenci na sprzedaży licencji do krajów europejskich tylko w ciągu ostatniego roku zarobili 340 mln funtów. I w ten sposób zyskali więcej niż jakikolwiek inny kraj ( z wyjątkiem USA). Tyle tylko, że ich produkcje w dużej mierze finansowane były z pieniędzy, które producenci pozyskiwali ze sprzedaży „z góry” praw do innych krajów. A w Polsce taki problem zdaje się nie występować. – Argumentu dotyczącego „Idy” też nie do końca rozumiem. Grupy producentów medialnych nie są jedynymi, które mogą finansować powstawanie filmów. Przecież mogą funkcjonować kredyty, które pozwolą na tworzenie nowych produkcji.

„Ukryte ACTA”


Choć na razie strategia jednolitego rynku europejskiego przez KE zarysowana jest mgliście, a żadne konkretne rozwiązania nie zostały jeszcze zaproponowane – inicjatywa już doczekała się przeciwników. Oprócz twórców filmowych i telewizyjnych swój głos na „nie” coraz częściej wyrażają zwolennicy niczym nie ograniczanej wolności w Internecie. W dokumencie KE istnieje bowiem zapis, z którego wynika, że dostawcy Internetu, czy też osoby odpowiedzialne za umieszczanie treści w sieci – będą mieć obowiązek kontrolowania ich praw autorskich. Zgodnie z tym zapisem usługodawcy mogą być zmuszani do sprawdzania treści - cenzurowania ich. Czyli robienia tego, co m.in. zakładała międzynarodowa umowa ACTA, która ostatecznie, po fali protestów społecznych, została odrzucona.

Tagi: ACTA, UE, Unia, lobby, telewizja