01 Lutego 2016

Gospodarka
kulisy-logo-skrot.jpg
autor: Iwan Kozłowski 

Ukraińcy w Polsce. Zwykła-niezwykła Maria

  • ukraina.jpg Smereków, Ukraina, 12.01.2015. Ukraińscy górnicy z kopalń węgla kamiennego w obwodzie lwowskim blokują międzynarodową trasę ze Lwowa do Warszawy, uniemożliwiając pojazdom dotarcie do przejścia granicznego między Ukrainą a Polską w Hrebennem.PAP/Wojciech Pacewicz

Urodziła się w Nowym Rozdole na Ukrainie. Od 15 lat żyje i pracuje w Polsce.

 

 

Pierwsze miejsce pracy pani Marii to mikołajowska fabryka cementu. Następnie przez długie lata pracowała jako szefowa kuchni w szkole, gdzie musiała gotować obiady dla 1,2 tys. uczniów. Najważniejsze przykazania: zawsze pozostawać człowiekiem z dużej litery, nie pozostawać obojętną wobec problemów i potrzeb innych ludzi, pracować sumiennie i uczciwie, żeby nikt nic nie mógł jej zarzucić. Po ustabilizowaniu swojej sytuacji w Polsce, do powyższych zasad pani Maria dodała jeszcze jedną: w miarę możliwości pomagać rodakom.

 

W ten sposób rozmowa płynnie zeszła na historię przeprowadzki do Polski.

 

“Polski okres” rozpoczął się w dalekim 1995 roku, kiedy po śmierci matki, wraz z siostrą i koleżanką, przez firmę pośredniczą, przyjechała na zbieranie wiśni do gospodarstwa rolnego w pobliżu Suwałk na Białostocczyźnie. Spodobało jej się, ponieważ za pracę płacono godziwie, a pieniądze były jej bardzo potrzebne – dorastały córeczki. Toteż kontynuowała te „podróże zarobkowe” i nie uległa namowom siostry, która z czasem postanowiła spróbować szczęścia w Czechach.

 

Jak wyglądała adaptacja Marii w Polsce?

 

Było bardzo ciężko, w szczególności na początku. Ale z pozycji 15 lat zamieszkania i pracy tutaj ogólny wniosek jest następujący: na swojej „polskiej drodze życia” bardzo rzadko spotykała złych czy nieżyczliwych ludzi. (…) Miała (i na szczęście wciąż ma) do czynienia z bardzo życzliwymi Polakami, którzy pomogli zarówno z załatwianiem pracy, jak też z dokumentami pobytowymi. To samo dotyczy pomocy w przeniesieniu się do Polski dwóch córek: jedna wyszła za mąż za Polaka, druga przyjechała tu z trójką dzieci, które uczęszczają do szkoły i wszystko jest porządku. 

 

Wiadomo, że na początku łatwo nie było: 1,5–2 złote za godzinę pracy, kiedy pracowało się po 15–16 godzin dziennie. Potem „sezon wiśniowy” się skończył i Maria wraz z koleżanką przeniosła się do Warszawy. W poszukiwaniu pracy kilka dni kobiety spędziły na Stadionie Dziesięciolecia, spały na zimnej podłodze na dworcu, póki nie zaproszono ich „na jabłka” do Warki. Tam kobiety po raz pierwszy zetknęły się z nieuczciwym pracodawcą, który nie chciał zapłacić za wykonaną pracę. Pani Maria stanowczo zażądała zawiezienia ich tam, skąd zostały zabrane, to jest na Stadion Dziesięciolecia. Nie zdążyły wysiąść z auta, kiedy małżeństwo z okolic Ożarowa Mazowieckiego zaprosiło je do zbierania cebuli. Okazało się, że są cudownymi pracodawcami (absolutne przeciwieństwo „pana Tomka z Warki”): w sobotę gospodarze zapewniali wypoczynek i możliwość skorzystania z domowej kąpieli, zapraszali do swojego domu, serwowali śniadania i kolacje, a po zakończeniu sezonu, przed wyjazdem pracownic na Ukrainę, zabrali je na plac handlowy, kupili dużo różnych rzeczy, wśród których szczególnie zapamiętała lalkę Barbie: dla jej córeczek została ona „radością na całą Ukrainę”.

 

Gdy córki mieszkały na Ukrainie, a Maria pracowała na polu (zarabiając do 2,5 PLN na godzinę), przekazywała co miesiąc od 50 do 100 dolarów wraz z „paczką żywnościową”. Po przeniesieniu się córek do Polski wspomagała swojego ojca, głównie przez przekazywanie artykułów żywnościowych, a po jego śmierci sporadycznie wysyła paczki żywnościowe dla swojej cioci (głównie przed różnymi świętami).

 

Po jakimś czasie siostra wyjechała do Czech, zaś pani Maria została w domu. Z rodziną z Umiastowa kobiety nie traciły jednak kontaktu, nawet po powrocie na Ukrainę: z okazji każdych świąt składali sobie życzenia.

 

Niemniej po pewnym czasie trudna sytuacja znów zmusiła Marię do wyjazdu „za pracą”. Wraz z koleżanką Maria znów udała się do Ożarowa Mazowieckiego. Tym razem pracodawcy płacili 1,50 zł za godzinę i zapewniali wyłącznie chleb, toteż trzeba było poszukać lepszego miejsca. Kobiety zaczęły pracować w oranżerii, „w kwiatach”. Następnie była wytwórnia cieni do powiek, po której zostały bez pieniędzy, bez pracy i bez dokumentów zezwalających na legalny pobyt.

 

Koleżanka, która zaczęła sprzątać, przekonała panią Marię do tego „biznesu”. Od tego momentu rozpoczął się piętnastoletni już okres pracy pani Marii w Polsce – cały czas pracuje w tej samej rodzinie. Był też dziesięcioletni okres mieszkania i pracy „na czarno”, bo różnego rodzaju prawnicy straszyli deportacją, a trzeba było zarabiać, aby postawić na nogi córki. Wszystkie problemy pobytowe udało się rozwiązać dzięki pomocy wspomnianych „dobrych ludzi”, którzy powiedzieli Marii o abolicji. W jej ramach w 2012 roku zalegalizowała swój pobyt i pracę.

 

 

Schody zaczynają się, gdy Ukrainiec próbuje starać się o kartę pobytu

 

Zezwolenie na pracę od wojewody otrzymać jest dość łatwo. Schody zaczynają się wówczas, gdy Ukrainiec próbuje starać się o kartę pobytu.

 

Wizy tak dla pracowników Ukraińców (tych, którzy chcą pracować bez ograniczeń czasowych), jak i dla pracodawców Polaków (potrzebujących stabilnych rąk do pracy) są mało atrakcyjne, ponieważ, dla przykładu, przy rocznej wizie można przebywać w Polsce tylko 180 dni, później jest tzw. korytarz i bardzo trudne (korupcjogenne: wręcz graniczące z cudem jest zarejestrowanie się na złożenie dokumentów) załatwienie kolejnej wizy przez mające „ułatwić życie interesantów” centra wizowe.

 

Bohaterka naszej opowieści czekała na jej wydanie przez… cały rok, mimo że przepisy obligują Urząd ds. Cudzoziemców do załatwienia tej procedury w ciągu miesiąca–dwóch. Średnia czasowa „wyrobienia karty pobytu”, jak wynika z rozmów z Ukraińcami starającymi się o ten rodzaj dokumentu legalizującego pobyt w Polsce, wynosi do czterech miesięcy, co jest spowodowane wzrostem liczby chętnych.

 

I tu pojawia się też problem z zezwoleniem na pracę (dokładniej mówiąc, z jego przedłużeniem), ponieważ składając pakiet dokumentów na kartę czasowego pobytu Ukrainiec zobligowany jest załączyć też umowę o pracę, której pracodawca nie może sporządzić bez zezwolenia, czyli bez decyzji o wydaniu karty pobytu z prawem do pracy. A z kolei urząd nie może wydać karty, jeśli ubiegający się nie przedłoży umowy o pracę. A więc trzeba co i rusz donosić rozmaite zaświadczenia, wyjaśnienia, uzupełnienia. W taki oto sposób, po złożeniu „papierów” 12 stycznia 2015 roku, pani Maria 22 stycznia 2016 r. stała się szczęśliwą posiadaczką karty czasowego pobytu niby „na trzy lata” – do 1 stycznia 2018 roku, czyli tak naprawdę na 2 lata, ponieważ aby interesanci nie mogli oskarżyć go o zwłokę, urząd wystawia kartę z datą, która mieści się w przepisowym terminie. 

 

A jak powodzi się jej teraz?

 

Ogólnie jest dobrze. Cała rodzina Marii jest tutaj. Obecnie ma inną pracę, dużo jeździ po Polsce, ma większe doświadczenie i wiedzę. Po ostatnich wydarzeniach na Ukrainie (Rewolucja Godności) poznała dużo Ukraińców mieszkających w Polsce, z którymi utrzymuje kontakt, miedzy innymi przez spotkania w Ukraińskim Domu (przy ul. Zamenhofa w Warszawie).  Ale cały czas chce się do domu.

 

Jakie ma doświadczenia z Polakami?

 

Zawsze służą pomocą. Jak czegoś potrzebowała, zwracała się wyłącznie do Polaków, nie do rodaków. Nigdy nie spotkała się z agresją. Tylko jeden raz, gdy jeszcze pracowała na polu, jedna Polka powiedziała jej, że Ukraińcy przyjeżdżają tu i zabierają im pracę. Na to odparła, że jak ta Polka bierze wypłatę w sobotę, to dopiero w środę przychodzi do pracy (akurat była to osoba, która lubiła sobie popić) i pracuje na wódkę i na sklep, podczas gdy Maria zarabia na dzieci i dostaje wypłatę inną niż Polacy, a więc nikomu pracy nie zabiera. Nawet gospodarz wówczas ją pochwalił, że wiedziała, co ma powiedzieć. Maria odpowiedziała, że przyjeżdża pracować na utrzymanie dzieci, które zostały w domu, a nie zabierać innym pracy, tu praca jest dla wszystkich. Trzeba tylko chcieć i potrafić pracować. Jeśli chodzi o Polaków, to zaobserwowała, że są tacy, którzy w ogóle nie chcą pracować (pewnie tacy są w każdym narodzie), i tacy, którzy nie podejmują pracy za oferowane przez miejscowych pracodawców stawki.

 

Nie pytałem Marii o jej dochód miesięczny, ale powiedziała, że średnia pensja sprzątających Ukrainek wynosi od 2 tys. do 2,5 tys. PLN, czyli jest to kwota, która w jej kraju ani się śni nawet wykwalifikowanym pracownikom.

 

 

Jakie jest największe marzenie Marii?

 

Żeby na Ukrainie zakończyła się wojna, żeby nie umierali ludzie – to najważniejsze. I jeszcze żeby nareszcie Ukraińcy i z Polski, i z innych krajów, po których smutny los ich porozrzucał, mogli powrócić do ojczyzny. Bo szczerze mówiąc, na obczyźnie człowiek zawsze jest obcy.

 

A z takich bardziej przyziemnych marzeń – otworzenie pierogarni w Warszawie. Aczkolwiek na marzeniu się kończy, bowiem na to są potrzebne pieniądze, niezbędne jest też odpowiednie miejsce. Ale najważniejsze – to kapitał startowy. Może znajdzie się ktoś, kto byłby skłonny włożyć pieniądze w ten interes… Więc na razie przekazuje swoje umiejętności kulinarne Polakom i Ukraińcom oraz lepi pierogi na zamówienie dla znajomych.

Tagi: ukraina, ukraińcy, praca, imigranci

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone