13 Grudnia 2015

Gospodarka
DSC1116.jpg
autor: Agnieszka Burzyńska

Burzyńska odpowiada: Stracone pieniądze Orlenu

  • Orlen-Litva.jpg

PKN Orlen w piątkowym (11 bm.)  oświadczeniu stwierdził, że zakup 12 tysięcy ton destylatu od firmy Wilkiestone był konieczny, bo ratował rafinerię. Towar był dobrej jakości, a cena odpowiednia. To absolutnie nieprawdziwe stwierdzenia. Koncern przekonuje, że rafinerii groził przestój ze względu na sztorm na Bałtyku. I dlatego trzeba było dokonać ekspresowego zakupu. 

 

Jeśli rafinerii rzeczywiście groził przestój, to dlaczego Możejki pracowały w tym czasie nie na minimum, a niemal na maksimum mocy przerobowej? Minimalny przerób to 16 tysięcy ton ropy, maksymalny 28 tysięcy ton. Z naszych informacji wynika, że poziom przerobu na początku grudnia wahał się od 24 do 28 tysięcy ton dziennie. Pomimo sztormu. 

 

Łatwo obliczyć, że zakupione 12 tysięcy ton wystarczą zaledwie na kilkanaście godzin pracy rafinerii. To na pewno nie ratuje sytuacji. Najciekawsze jest jednak to, że ów produkt jest wlewany do instalacji zaledwie po 300 ton dziennie. Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że jest dobrej jakości. Parametry wskazują na to, że mamy do czynienia z mazutem albo smołą. Dlatego nikt nie odważył się na przerabianie całej partii produktu, który miał przecież uratować rafinerię przed przestojem. Dlatego dodaje się go po trochę, codziennie. Co z kolei jest zaprzeczeniem ratunkowego celu zakupu. 

 

Poza tym rafinerii nigdy nie grozi wyłączenie instalacji. W razie największego kryzysu można destylować gotowy produkt.

 

 

Co do certyfikatów dwóch firm oferujących ten sam produkt. Orlen twierdzi, że są takie same. Nie są. Firma Wilkiestone w swojej ofercie nie podaje takich parametrów jak: azot, toluen, ksylen, kwasowość czy punkt zapłonu. Certyfikat przedstawiony przez Emposual zawiera te informacje. Poziomy rozpuszczalników świadczą, że nie jest to produkt pierwotnej destylacji. 

 

Orlen insynuuje, że tekst był pisany w oparciu o informacje z firmy, która przegrała wyścig o miliony dolarów. To bzdura. I jedna, i druga firma chciała naciągnąć Orlen na duże pieniądze. Jedna i druga firma oferowała produkt marnej jakości, który w uczciwej ofercie powinien mieć cenę o 100 dolarów niższą za tonę. 

 

Nie wiem, dlaczego koncern tak bardzo przywiązał się do prawa własności produktu. Pracownicy w Możejkach nie przypominają sobie sytuacji, aby w przeszłości ktoś żądał od pośredników poświadczenia, iż towar należy do tej albo innej firmy. Najczęściej jest bowiem tak, że produkt jest własnością banku i może być oferowany przez kilka podmiotów. Ten argument, jakże eksponowany przez Orlen, nie ma zresztą żadnego znaczenia. Pytanie brzmi, dlaczego koncern zakupił destylat bardzo złej jakości za bardzo dużą cenę. 

 

Jeśli miałby to być korzystny zakup, to Orlen dałby do przebadania w niezależnym laboratorium tak zwaną próbę arbitrażową. I przedstawiłby wyniki. Bardzo chciałabym również, aby koncern pokazał dzienne poziomy przerobu ropy pod koniec  listopada i na początku grudnia oraz dzienny bilans stanów ropy w rafinerii i w Butyndze.

 

Tak na koniec jeszcze jedna refleksja. Skoro ów transport miał uratować rafinerię przed przestojem, to dlaczego w umowie jest aż 10 dni na dostawę. Przecież produkt znajdował sie zaledwie 100 kilometrów od Możejek. Dwa dni wystarczyłyby na dowiezienie destylatu. Wobec tych faktów można uznać, że oświadczenie Orlenu to po prostu ściema.

Tagi: orlen, możejki, ropa, agnieszka burzyńska

© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone